Ostatnio napisałam parę słów o naszej kotce, Flei, która dokonuje swego żywota i zachęciłam do wsparcia kocich fundacji. Z racji tego, że sama nie mogę zostać ani domem tymczasowym, ani w ogóle domem dla żadnego kota [Flejtuch źle reaguje na inne koty, a zwłaszcza teraz, gdy ledwo zipie, wolę jej tego oszczędzić] poprosiłam czytelników o zastanowienie się, czy nie chcieliby sami wesprzeć fundację. I wtedy się zaczęła jatka.

 

 

 

Ja wiem, że w internecie są zbiory różnych ludzi. Ostatnio na prośbę syna kupiłam chomika i okazało się, że nawet chomiki mają swoje grupy na fejsie i rygorystyczne wymogi hodowlane. Z wdzięcznością wysłuchałam porad mądrzejszych ode mnie, bo ostatni mój chomik dożył sędziwego wieku trzech lat jakieś 20 lat temu i od tamtej pory z pewnością wiedza o tych stworzonkach się znaczenie poszerzyła. To oczywiste i nie zamierzam się na to wściekać. Muszę kupić chomikowi większą dostosowaną klatkę, nasypać mu więcej podłoża i zdecydowanie zmienić karmę na taką bez zapychaczy. I to zrobię.

 

Jest to dla mnie oczywiste, bo ufam ludziom, którzy zajmują się czymś z pasją i poszerzają swoją wiedzę, logicznie argumentując swoje stanowisko. Pod postem o kocich fundacjach napotkałam natomiast opór kilkunastu oburzonych osób, które zawiedzione narzekały na głupie wymogi fundacji, która, mimo że tak pragnie oddawać kotki, to im akurat odmówiła. I te osoby, zamiast logicznie pomyśleć, sugerowały jakieś dziwne machlojki, złą wolę i „niewiadomopocowspierać”, skoro potem fundacja nie pozwala wziąć kociaka. Mimo usilnych tłumaczeń, w które włączyli się członkowie fundacji, owe osoby nie potrafiły zrozumieć stanowiska, uznając je za głupie i niepotrzebne. Ja wiem, że tym tekstem również ich nie przekonam, ale może ktoś z was kiedyś będzie chciał wziąć kotka z kociej fundacji lub ze schroniska i nie będzie rozumiał, po co takie instytucje ustalają pewne reguły, to ja w takim razie wszystkim takim osobom z chęcią wytłumaczę. A co. Bo to jest proste i  całkiem logiczne.

 

ŻYWIENIE KOTA 

Twój kot nie kupowałby Whiskas. Serio. Jest bardzo niewiele na rynku karm będących naprawdę zbilansowanym dla kota posiłkiem i nie są nimi na pewno popularne kocie marki. Kot jest zwierzęciem mięsożernym. To, co znajdziecie w większości marketowych karm, zobaczcie na zdjęciu:

 

Na powyższym zdjęciu widać, że karma [Purina, swoją drogą] dla zwierzęcia mięsożernego składa się tak naprawdę w 15 procentach z łososia, a reszta? Zboża i jakieś upychacze. Zazwyczaj w takich karmach mieszczą się wszystkie odpady, jakieś zwierzęce pazury, dzioby, włosy. To na tych karmach nazwane jest „produkty pochodzenia zwierzęcego”. 15 procent to i tak dużo. Bywa, że mięsa w takiej karmie jest 4 procent, a część wypełniaczy to zwykły odpady, do tego nawet nie ze zwierząt.  Zerknijcie kiedyś na składy, obowiązują te same zasady, co przy żywieniu dzieci. Tanie marketowe karmy to zazwyczaj głównie odpadki gorszego sortu. Co więc dawać kotom? O matko, no co? Mięso, oczywiście. I zapewniam, że nie musicie dawać cielęcinki czy jakiejś polędwiczki [choć zawsze moim kotom odkrawam kawałki z naszych porcji]. Ale kupuję im również podroby, które wcale nie są drogie, czasem mój ojciec przyniesie im złowione ryby, Łajza wyłapuje nam chowające się w piwnicy żaby i jeśli jej smakują, to cóż. Z pyska jej wyrwę. Kupuję im też przez internet karmy, które, o dziwo, wcale nie wychodzą tak drogo, ja by się zdawało. Na grupie „O kotach – merytorycznie” podsumowano to zresztą zgrabną grafiką:

 

Grafika z grupy „O kotach – merytorycznie”

 

 

Więcej o kocim żywieniu przeczytasz na kocich grupach, między innymi: „Merytoryczne o kotach”  i „Wszystko o naszych kotach” oraz na blogu Kocie Porady Behawioralne [linkuję wam zakładkę o zdrowiu kota]. Polecam też list „Dlaczego nie każdy lekarz weterynarii zna się na żywieniu?„.

 

 

Oczywiście, znajdą się i tacy, co powiedzą, że ich kot to to i tamto i nie widać, żeby było mu źle. No jasne, raka u człowieka też zazwyczaj na pierwszy rzut oka nie widać. Ludzie palą papierosy i niektórzy dożywają 90. Niektórzy pijacy piją całe życie i nic im nie jest. Czy w takim razie palenie i picie jest zdrowe? No właśnie. To oczywiste, że kiedy fundacja pyta o karmienie kota i słyszy o suchej karmie kiepskich marek, nie będzie patrzeć przychylnym okiem na poświęcenie ci podopiecznego. Wiele fundacji i domów tymczasowych w umowie adopcyjnej wręcz prosi o złożenie oświadczenia, że stan finansowy przyszłego właściciela zwierzaka pozwala na optymalne i zdrowe wykarmienie kociaka. I to też jest logiczne, więc nie zdziwcie się, gdy coś takiego przeczytacie.

 

 

WYCHODZENIE KOTA NA DWÓR – kot na dworze przecież będzie szczęśliwy!

Jako „matka” ponad 100 kotów [wiadomo, jak jest na wsi] o zagrożeniach, jakie czyhają na kocury na dworze, wiem praktycznie wszystko. Od postrzału, po otrucie, od przejechania przez samochód, po atak dzikiego zwierzęcia. Czworo moich kociąt porwał orzeł, kilkoro „coś” zjadło w nocy, kilkanaście przejechał samochód, a przecież mieszkamy z dala od miasta, żaden nie został otruty, ale truchła takich widziałam w stolicy, jednego kota kiedyś wiozłam z prędkością światła z odrąbaną łapą, bo wsiadł pod maskę auta i podczas ruszania w coś się zaplątał, kilka dni temu widziałam faceta w przepięknej kurtce z podszewką z oskórowanych kotów [chwalił się nią głośno], moja Pusia zamarzła pod domem na sztywno, gdy jako dziecko nie zagnałam jej wieczorem do domu, kolejne zagryzały psy lub inne stworzenia, albo po prostu ginęły. To wszystko czyha na koty, które, nie oszukujmy się, mają rozum często czterolatka i nie widzą dla siebie wielu zagrożeń. To oczywiste, że nikt, kto uratował kota, poświęcił czas na jego złapanie, pieniądze na jego leczenie, nie będzie się cieszył, gdy ty z lekkością stwierdzisz, że twój kot będzie mógł wychodzić. To nielogiczne, bo fundacja zrobiła wszystko, by uratować kota od takiego jednego być może wyjścia. I prosi cię, żebyś nie wypuszczał swojego na dwór, bo nie chce znów ratować go z opresji. Ma jeszcze inne koty, którym musi poświęcić czas. I kasę.

 

Swoją drogą, moje koty wychodzą na podwórko. Flejtuch ma na tyle odwagi, że wychodzi na parapet, ale nie umie już z niego zeskoczyć, jest za stara. Czasem wygrzewa się na kamieniach przed domem [zawsze przy otwartych drzwiach wejściowych, bo jak są zamknięte, już i ona chce do domu]. Łajzie również się zdarza wyjść z nami przy nodze [od urodzenia mieszkała na dworze], ale preferuje bezpieczny dom, polowanie w piwnicy na żaby i zabawę piłeczką. Ale. Pierwszy rok, gdy mieszkaliśmy w nowym domu i wcześniej dwa, gdy mieszkaliśmy u rodziców, koty były zamknięte w domu i staraliśmy się zapewnić im na tyle rozrywek, by nie ryzykowały na dworze zagryzienia przez lisy i borsuki, które podchodziły pod dom nocami. I kocice wcale nie były smutne czy zbytnio rozrabiające. Kotu trzeba zapewnić po prostu rozrywkę i zrozumieć trochę tryb życia tego czworonoga.

 

 

Grafika z grupy „O kotach – merytorycznie”
Grafika z grupy „O kotach – merytorycznie”

Ciekawych naukowych badań i racjonalnych wyjaśnień odsyłam na blog Animalus i tekst „Koty wychodzące„, cytując zarazem jego autora:

 

Główną przyczyna przedwczesnej śmierci kota to wypadki związane z wychodzeniem poza dom a biorąc pod uwagę, że wg tego badania 90%, „pańskich” kotów domowych w Anglii to koty wychodzące, to patrząc na liczby wyżej każdy wypuszczający kota sporo ryzykuje, a robi to jeszcze bardziej jeśli kota nie szczepi na wszystko co możliwe i go nie sterylizuje/kastruje. Beztroscy opiekunowie kotów mogą właściwie rzucać monetą, czy kot dożyje starości, czy też umrze przedwcześnie.

[…]

Samo powyższe powinno już wystarczyć do zasadnych twierdzeń, że kot nie powinien opuszczać 4 ścian naszego domostwa, jeśli nam na nim zależy – co jednak dochodzi do tego jeszcze, to spustoszenie jakie wychodzące koty sieją w ekosystemach i krzywda innych zwierząt jaka wiąże się z wypuszczeniem kotów domowych. Koty nawet najedzone będą polować (bo takie mają instynkty) a ich łupem będą padać zwierzęta które ginąć będą bez sensu, bo kot „wychodzący” ich zjadać generalnie nie będzie. Ktoś mógłby próbować to zbijać argumentem „ale przecież koty zabijają szkodniki”, i pozornie trzyma się to kupy, póki nie spojrzymy na badania w tym temacie – bo po tym okaże się, że duża część, jak nie znaczna większość ich ofiar to nie są „szkodniki” tylko np. małe, urocze ptaszki.

 

 

ZABEZPIECZANIE BALKONU I OKIEN – czy ta fundacja oszalała, mam jeszcze instalować siatkę?

Teraz tu moja, wstydliwa historia. Opisując ją, mam czerwone policzki. Otóż Łajzę znaleźliśmy pod szpitalem w Piszu. Leżałam tam z zagrożoną ciążą z Kosmykiem i kiedy pozwolono mi na na pierwszy spacer, wyszłam przed budynek czekać na odwiedziny rodziców i Chłopa. Rozglądałam się przy tym uważnie, bo już w nocy słyszałam rozpaczliwe miauczenie. Szaro-białą kulkę znalazłam pod schodami. Była brudna, śmierdząca, a długie włosy miała skołtunione jak u jakiegoś niewyrośniętego diabła. Akurat kiedy ją niosłam, przyjechał Chłop. Już po jego wzroku widziałam, że nie zostawi jej samej. Ja zostałam w szpitalu, on wziął Łajzę do domu.  Odwiedził z nią weterynarza, wykąpał, wyczesał, izolował przed Flejtuchem. A potem wróciliśmy do Warszawy. Nie mieszkaliśmy u siebie i musieliśmy prosić naszego właściciela mieszkania o zgodę na zamontowanie siatek. W końcu się udało. Łajza już podrosła i mogliśmy umówić ją na kastrację. W tym czasie okazało się, że siatki przyjdą z opóźnieniem, bo podałam zły kod czy coś i wróciły do sprzedawcy. Staraliśmy się pilnować okien, ale mimo to, któregoś dnia Łajza zniknęła. Znaleźliśmy ją pod balkonem. W pooperacyjnym kubraczku leżała zaplątana w krzak, który uratował ją od upadku z piątego piętra. Mimo to, to, co przeżyliśmy u lekarza, to nasze. Oczywiście, że zanim wzięliśmy kota, powinniśmy zabezpieczyć okna i się przygotować. Ale fakt, że nie planowaliśmy przygarnięcia, a Flejtuch trzymała się od okien z daleka, przerażona ptakami na parapecie, spowodowały, że kompletnie tego nie ogarnęliśmy.

 

To nie jest jakiś wymysł – wymóg osiatkowania okien i drzwi balkonowych. To konieczność dla każdego, kto trzyma kota na piętrze, nawet na parterze, bo z parteru kot nie spadnie, ale może uciec, zjeść coś z trucizną, wejść do jakiegoś rozgrzanego samochodu w poszukiwaniu ciepła i zginąć w silniku, zginąć pod kołami czy jako rozszarpana przez psa maskotka. Z tego samego powodu, co podczas wychodzenia, wymóg zabezpieczenia balkonu nie jest dziwny. Celem fundacji jest znalezienie bezpiecznych domów dla swoich kotów, a jeśli twój nie jest i nie zamierzasz by był bezpieczny, czemu się dziwisz, że ktoś nie chce dać ci kota? A tłumaczenie, że „mój kot wychodzi i nic mi się stało” jest tak samo beznadziejny, jak że nigdy nie wpadnę pod samochód, bo jeszcze mi się to nie zdarzyło.

 

Grafika z grupy „O kotach – merytorycznie”

 

 

KASTRACJA I STERYLIZACJA – dlaczego nie mogę rozmnażać kotów, które przygarnęłam z fundacji?

Tu odsyłam do tekstu „Nie gwałcić kotka, proszę”. Tam będą dalsze linki. Zacytuję wam fragment:

 

Wiecie, że seks dla kotów nie jest przyjemny? Facet posiada na pindolu takie maleńkie haczyki, które wpinają się w pochwę kotki  i boleśnie ją ranią przy wyjmowaniu. Stąd te nocne wrzaski, jęki i rozpaczliwe krzyki. Seks dla kotek jest bolesny. Sama ruja zresztą jest szalenie męcząca. Dziś jestem padnięta przez te  nocne awantury, więc zamiast się rozpisywać na ten temat, radzę poczytać wam TO i TO.

 

W dodatku celem fundacji jest zadbanie o bezpańskie, porzucone, zaniedbane, chore koty i zminimalizowanie ich wolno żyjącej populacji, która zagraża nie tylko sobie, ale też i zwierzętom [chronionym również]. Absurdem byłoby oczekiwać, że rozmnażanie kotów i niekastrowanie ich będzie przez taką fundację popierane. Sama tego nie popieram, bo napatrzyłam się już na tabuny rozjechanych, topionych, zasmarkanych, niepotrzebnych nikomu kociąt, które powstały, bo ktoś żałował jednej czy dwóch stówek na operację, która zapobiegnie rozmnażaniu i kolejnym bezdomnym osobnikom.

 

 

I JESZCZE ROŚLINY MAM WYRZUCIĆ?

Najczęściej zapominana kwestia. Spis roślin trujących dla kota i powodujących różnego rodzaju schorzenia jest duża [tutaj]. Często też weterynarze nie potrafią zdiagnozować, skąd się dane schorzenie bierze. Na przykład, kiedy wzięliśmy Flejtucha, przerażonego i non stop schowanego pod łóżkiem, nie wzięłam pod uwagę, że ona kiedyś odważy się wyjść i zamiast postawionej specjalnie dla niej trawy, zeżre mojego Fikusa. Trzy tygodnie zajęło nam zdiagnozowanie i leczenie. Weterynarz snuł różne teorie o jej nerkach i innych rzeczach, kazał nam wymienić miski na ceramiczne, stosować różne drogie zabiegi, bo może coś, a może jeszcze coś innego. Nie zapytał o kwiatki w domu. Sama to znalazłam i czym prędzej postawiłam mojego fikusa na wyższą półkę. Zaczerwienienie znikło, jak zabrakło czynnika,który je powoduje, a fikus przestawiony w inne miejsce zdechł. Dopiero po sześciu latach  [kilka dni temu] odważyłam się kupić i fikusa i dracenę i nawet filodendrona. Ale stoją tak, żeby koty nie miały do nich dostępu. Dla spokojności podaję listę roślin, które kotom przypadną do gustu: tutaj.

 

 

 

DLACZEGO TA GŁUPIA FUNDACJA NIE CHCE MI DAĆ KOTKA I STAWIA JAKIEŚ DZIWNE WYMOGI? 

Dlatego, że fundacji nie zależy na twojej potrzebie posiadania kota, ale na znalezieniu mu bezpiecznego i pełnego miłości miejsca, z którego ten kot już nigdy nie trafi z powrotem w progi takiej fundacji. Już pomijam kwestię tego, jak dużo kosztuje uratowanie, wyleczenie i opieka nad takim znalezionym na dworze kotem. To też kwestia logiki: kastrujemy koty, żeby nie zwiększać ich populacji, która, gdy będzie nadmierna, zagrozi innym stworzeniom i samej sobie, rozprzestrzeniając choroby. Dbamy o ich bezpieczeństwo w domu, żeby kolejny raz nie musiały się błąkać narażone na niebezpieczeństwa. To na tym zależy fundacji. Twoja satysfakcja z adopcji też jest ważna, ale na pierwszym miejscu zawsze będzie kot, bo nim się fundacja zajmuje.

 

Więc nie zdziw się, jeśli kot, którym zajmuje się fundacja, nie będzie ci przeznaczony, bo kot od urodzenia był wychodzący i ciężko będzie go przestawić na dom zamknięty, w którym aktualnie mieszkasz. Takiemu kotu fundacja poszuka bezpiecznego wychodzącego domu. Nie zdziw się też, gdy fundacja woli, by kociaki wychowywały się w domu zamkniętym, z którego nie można uciec na dwór lub wypaść z balkonu. Albo stwierdzi, że nie da ci kota, bo nie zamierzasz osiatkować okien, usunąć szkodliwych roślin ani dokształcić się z karmienia.

 

I nie dziw się, choć ja się dziwię zdziwieniu i oburzeniu niektórych [które zostało wyrażone pod tym postem]. Że jak te fundacje mogą, że głupie, bo oddają koty, ale nie wszystkim i czemu nie chcą dać mi. Swoją drogą, to właśnie jest świetnym kryterium doboru i przesiewa tych, którzy nasilają problemy z bezdomnymi i chorymi kotami. Oburzanie się na zasady, jakie panują w takich placówkach, których celem jest bezpieczeństwo i dobro kotów przede wszystkim, jest jak oburzanie się na absurdalne znaki ograniczające prędkość lub ustalające zasady ruchu na drodze. Trochę absurdalne, bo wszystko po coś służy. Jeśli uważasz, że to bez sensu, to twój wybór, twój kot, ale nie dziw się, że nie każdy będzie to popierał. A tym bardziej fundacje, którym zależy na dobru kota i na tym, żeby bezpiecznie i szczęśliwie mieszkał. To, że ty chcesz być po prostu posiadaczem kota jest w danym momencie najmniej ważne. Ty jesteś też jego opiekunem i jeśli chcesz zrobić wszystko, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo, każda z fundacji przyjmie cię z otwartymi ramionami.

 

 

Wszystkie grafiki pochodzą z grupy „O kotach – merytorycznie”.

Zachęcam do wsparcia fundacji Jo Kot oraz przemyślenia, czy warto się poświęcić dla przyjaciela [odpowiadam – tak!]