Ostatnio napisałam parę słów o naszej kotce, Flei, która dokonuje swego żywota i zachęciłam do wsparcia kocich fundacji. Z racji tego, że sama nie mogę zostać ani domem tymczasowym, ani w ogóle domem dla żadnego kota [Flejtuch źle reaguje na inne koty, a zwłaszcza teraz, gdy ledwo zipie, wolę jej tego oszczędzić] poprosiłam czytelników o zastanowienie się, czy nie chcieliby sami wesprzeć fundację. I wtedy się zaczęła jatka.

 

 

 

Ja wiem, że w internecie są zbiory różnych ludzi. Ostatnio na prośbę syna kupiłam chomika i okazało się, że nawet chomiki mają swoje grupy na fejsie i rygorystyczne wymogi hodowlane. Z wdzięcznością wysłuchałam porad mądrzejszych ode mnie, bo ostatni mój chomik dożył sędziwego wieku trzech lat jakieś 20 lat temu i od tamtej pory z pewnością wiedza o tych stworzonkach się znaczenie poszerzyła. To oczywiste i nie zamierzam się na to wściekać. Muszę kupić chomikowi większą dostosowaną klatkę, nasypać mu więcej podłoża i zdecydowanie zmienić karmę na taką bez zapychaczy. I to zrobię.

 

Jest to dla mnie oczywiste, bo ufam ludziom, którzy zajmują się czymś z pasją i poszerzają swoją wiedzę, logicznie argumentując swoje stanowisko. Pod postem o kocich fundacjach napotkałam natomiast opór kilkunastu oburzonych osób, które zawiedzione narzekały na głupie wymogi fundacji, która, mimo że tak pragnie oddawać kotki, to im akurat odmówiła. I te osoby, zamiast logicznie pomyśleć, sugerowały jakieś dziwne machlojki, złą wolę i „niewiadomopocowspierać”, skoro potem fundacja nie pozwala wziąć kociaka. Mimo usilnych tłumaczeń, w które włączyli się członkowie fundacji, owe osoby nie potrafiły zrozumieć stanowiska, uznając je za głupie i niepotrzebne. Ja wiem, że tym tekstem również ich nie przekonam, ale może ktoś z was kiedyś będzie chciał wziąć kotka z kociej fundacji lub ze schroniska i nie będzie rozumiał, po co takie instytucje ustalają pewne reguły, to ja w takim razie wszystkim takim osobom z chęcią wytłumaczę. A co. Bo to jest proste i  całkiem logiczne.

 

ŻYWIENIE KOTA 

Twój kot nie kupowałby Whiskas. Serio. Jest bardzo niewiele na rynku karm będących naprawdę zbilansowanym dla kota posiłkiem i nie są nimi na pewno popularne kocie marki. Kot jest zwierzęciem mięsożernym. To, co znajdziecie w większości marketowych karm, zobaczcie na zdjęciu:

 

Na powyższym zdjęciu widać, że karma [Purina, swoją drogą] dla zwierzęcia mięsożernego składa się tak naprawdę w 15 procentach z łososia, a reszta? Zboża i jakieś upychacze. Zazwyczaj w takich karmach mieszczą się wszystkie odpady, jakieś zwierzęce pazury, dzioby, włosy. To na tych karmach nazwane jest „produkty pochodzenia zwierzęcego”. 15 procent to i tak dużo. Bywa, że mięsa w takiej karmie jest 4 procent, a część wypełniaczy to zwykły odpady, do tego nawet nie ze zwierząt.  Zerknijcie kiedyś na składy, obowiązują te same zasady, co przy żywieniu dzieci. Tanie marketowe karmy to zazwyczaj głównie odpadki gorszego sortu. Co więc dawać kotom? O matko, no co? Mięso, oczywiście. I zapewniam, że nie musicie dawać cielęcinki czy jakiejś polędwiczki [choć zawsze moim kotom odkrawam kawałki z naszych porcji]. Ale kupuję im również podroby, które wcale nie są drogie, czasem mój ojciec przyniesie im złowione ryby, Łajza wyłapuje nam chowające się w piwnicy żaby i jeśli jej smakują, to cóż. Z pyska jej wyrwę. Kupuję im też przez internet karmy, które, o dziwo, wcale nie wychodzą tak drogo, ja by się zdawało. Na grupie „O kotach – merytorycznie” podsumowano to zresztą zgrabną grafiką:

 

Grafika z grupy „O kotach – merytorycznie”

 

 

Więcej o kocim żywieniu przeczytasz na kocich grupach, między innymi: „Merytoryczne o kotach”  i „Wszystko o naszych kotach” oraz na blogu Kocie Porady Behawioralne [linkuję wam zakładkę o zdrowiu kota]. Polecam też list „Dlaczego nie każdy lekarz weterynarii zna się na żywieniu?„.

 

 

Oczywiście, znajdą się i tacy, co powiedzą, że ich kot to to i tamto i nie widać, żeby było mu źle. No jasne, raka u człowieka też zazwyczaj na pierwszy rzut oka nie widać. Ludzie palą papierosy i niektórzy dożywają 90. Niektórzy pijacy piją całe życie i nic im nie jest. Czy w takim razie palenie i picie jest zdrowe? No właśnie. To oczywiste, że kiedy fundacja pyta o karmienie kota i słyszy o suchej karmie kiepskich marek, nie będzie patrzeć przychylnym okiem na poświęcenie ci podopiecznego. Wiele fundacji i domów tymczasowych w umowie adopcyjnej wręcz prosi o złożenie oświadczenia, że stan finansowy przyszłego właściciela zwierzaka pozwala na optymalne i zdrowe wykarmienie kociaka. I to też jest logiczne, więc nie zdziwcie się, gdy coś takiego przeczytacie.

 

 

WYCHODZENIE KOTA NA DWÓR – kot na dworze przecież będzie szczęśliwy!

Jako „matka” ponad 100 kotów [wiadomo, jak jest na wsi] o zagrożeniach, jakie czyhają na kocury na dworze, wiem praktycznie wszystko. Od postrzału, po otrucie, od przejechania przez samochód, po atak dzikiego zwierzęcia. Czworo moich kociąt porwał orzeł, kilkoro „coś” zjadło w nocy, kilkanaście przejechał samochód, a przecież mieszkamy z dala od miasta, żaden nie został otruty, ale truchła takich widziałam w stolicy, jednego kota kiedyś wiozłam z prędkością światła z odrąbaną łapą, bo wsiadł pod maskę auta i podczas ruszania w coś się zaplątał, kilka dni temu widziałam faceta w przepięknej kurtce z podszewką z oskórowanych kotów [chwalił się nią głośno], moja Pusia zamarzła pod domem na sztywno, gdy jako dziecko nie zagnałam jej wieczorem do domu, kolejne zagryzały psy lub inne stworzenia, albo po prostu ginęły. To wszystko czyha na koty, które, nie oszukujmy się, mają rozum często czterolatka i nie widzą dla siebie wielu zagrożeń. To oczywiste, że nikt, kto uratował kota, poświęcił czas na jego złapanie, pieniądze na jego leczenie, nie będzie się cieszył, gdy ty z lekkością stwierdzisz, że twój kot będzie mógł wychodzić. To nielogiczne, bo fundacja zrobiła wszystko, by uratować kota od takiego jednego być może wyjścia. I prosi cię, żebyś nie wypuszczał swojego na dwór, bo nie chce znów ratować go z opresji. Ma jeszcze inne koty, którym musi poświęcić czas. I kasę.

 

Swoją drogą, moje koty wychodzą na podwórko. Flejtuch ma na tyle odwagi, że wychodzi na parapet, ale nie umie już z niego zeskoczyć, jest za stara. Czasem wygrzewa się na kamieniach przed domem [zawsze przy otwartych drzwiach wejściowych, bo jak są zamknięte, już i ona chce do domu]. Łajzie również się zdarza wyjść z nami przy nodze [od urodzenia mieszkała na dworze], ale preferuje bezpieczny dom, polowanie w piwnicy na żaby i zabawę piłeczką. Ale. Pierwszy rok, gdy mieszkaliśmy w nowym domu i wcześniej dwa, gdy mieszkaliśmy u rodziców, koty były zamknięte w domu i staraliśmy się zapewnić im na tyle rozrywek, by nie ryzykowały na dworze zagryzienia przez lisy i borsuki, które podchodziły pod dom nocami. I kocice wcale nie były smutne czy zbytnio rozrabiające. Kotu trzeba zapewnić po prostu rozrywkę i zrozumieć trochę tryb życia tego czworonoga.

 

 

Grafika z grupy „O kotach – merytorycznie”
Grafika z grupy „O kotach – merytorycznie”

Ciekawych naukowych badań i racjonalnych wyjaśnień odsyłam na blog Animalus i tekst „Koty wychodzące„, cytując zarazem jego autora:

 

Główną przyczyna przedwczesnej śmierci kota to wypadki związane z wychodzeniem poza dom a biorąc pod uwagę, że wg tego badania 90%, „pańskich” kotów domowych w Anglii to koty wychodzące, to patrząc na liczby wyżej każdy wypuszczający kota sporo ryzykuje, a robi to jeszcze bardziej jeśli kota nie szczepi na wszystko co możliwe i go nie sterylizuje/kastruje. Beztroscy opiekunowie kotów mogą właściwie rzucać monetą, czy kot dożyje starości, czy też umrze przedwcześnie.

[…]

Samo powyższe powinno już wystarczyć do zasadnych twierdzeń, że kot nie powinien opuszczać 4 ścian naszego domostwa, jeśli nam na nim zależy – co jednak dochodzi do tego jeszcze, to spustoszenie jakie wychodzące koty sieją w ekosystemach i krzywda innych zwierząt jaka wiąże się z wypuszczeniem kotów domowych. Koty nawet najedzone będą polować (bo takie mają instynkty) a ich łupem będą padać zwierzęta które ginąć będą bez sensu, bo kot „wychodzący” ich zjadać generalnie nie będzie. Ktoś mógłby próbować to zbijać argumentem „ale przecież koty zabijają szkodniki”, i pozornie trzyma się to kupy, póki nie spojrzymy na badania w tym temacie – bo po tym okaże się, że duża część, jak nie znaczna większość ich ofiar to nie są „szkodniki” tylko np. małe, urocze ptaszki.

 

 

ZABEZPIECZANIE BALKONU I OKIEN – czy ta fundacja oszalała, mam jeszcze instalować siatkę?

Teraz tu moja, wstydliwa historia. Opisując ją, mam czerwone policzki. Otóż Łajzę znaleźliśmy pod szpitalem w Piszu. Leżałam tam z zagrożoną ciążą z Kosmykiem i kiedy pozwolono mi na na pierwszy spacer, wyszłam przed budynek czekać na odwiedziny rodziców i Chłopa. Rozglądałam się przy tym uważnie, bo już w nocy słyszałam rozpaczliwe miauczenie. Szaro-białą kulkę znalazłam pod schodami. Była brudna, śmierdząca, a długie włosy miała skołtunione jak u jakiegoś niewyrośniętego diabła. Akurat kiedy ją niosłam, przyjechał Chłop. Już po jego wzroku widziałam, że nie zostawi jej samej. Ja zostałam w szpitalu, on wziął Łajzę do domu.  Odwiedził z nią weterynarza, wykąpał, wyczesał, izolował przed Flejtuchem. A potem wróciliśmy do Warszawy. Nie mieszkaliśmy u siebie i musieliśmy prosić naszego właściciela mieszkania o zgodę na zamontowanie siatek. W końcu się udało. Łajza już podrosła i mogliśmy umówić ją na kastrację. W tym czasie okazało się, że siatki przyjdą z opóźnieniem, bo podałam zły kod czy coś i wróciły do sprzedawcy. Staraliśmy się pilnować okien, ale mimo to, któregoś dnia Łajza zniknęła. Znaleźliśmy ją pod balkonem. W pooperacyjnym kubraczku leżała zaplątana w krzak, który uratował ją od upadku z piątego piętra. Mimo to, to, co przeżyliśmy u lekarza, to nasze. Oczywiście, że zanim wzięliśmy kota, powinniśmy zabezpieczyć okna i się przygotować. Ale fakt, że nie planowaliśmy przygarnięcia, a Flejtuch trzymała się od okien z daleka, przerażona ptakami na parapecie, spowodowały, że kompletnie tego nie ogarnęliśmy.

 

To nie jest jakiś wymysł – wymóg osiatkowania okien i drzwi balkonowych. To konieczność dla każdego, kto trzyma kota na piętrze, nawet na parterze, bo z parteru kot nie spadnie, ale może uciec, zjeść coś z trucizną, wejść do jakiegoś rozgrzanego samochodu w poszukiwaniu ciepła i zginąć w silniku, zginąć pod kołami czy jako rozszarpana przez psa maskotka. Z tego samego powodu, co podczas wychodzenia, wymóg zabezpieczenia balkonu nie jest dziwny. Celem fundacji jest znalezienie bezpiecznych domów dla swoich kotów, a jeśli twój nie jest i nie zamierzasz by był bezpieczny, czemu się dziwisz, że ktoś nie chce dać ci kota? A tłumaczenie, że „mój kot wychodzi i nic mi się stało” jest tak samo beznadziejny, jak że nigdy nie wpadnę pod samochód, bo jeszcze mi się to nie zdarzyło.

 

Grafika z grupy „O kotach – merytorycznie”

 

 

KASTRACJA I STERYLIZACJA – dlaczego nie mogę rozmnażać kotów, które przygarnęłam z fundacji?

Tu odsyłam do tekstu „Nie gwałcić kotka, proszę”. Tam będą dalsze linki. Zacytuję wam fragment:

 

Wiecie, że seks dla kotów nie jest przyjemny? Facet posiada na pindolu takie maleńkie haczyki, które wpinają się w pochwę kotki  i boleśnie ją ranią przy wyjmowaniu. Stąd te nocne wrzaski, jęki i rozpaczliwe krzyki. Seks dla kotek jest bolesny. Sama ruja zresztą jest szalenie męcząca. Dziś jestem padnięta przez te  nocne awantury, więc zamiast się rozpisywać na ten temat, radzę poczytać wam TO i TO.

 

W dodatku celem fundacji jest zadbanie o bezpańskie, porzucone, zaniedbane, chore koty i zminimalizowanie ich wolno żyjącej populacji, która zagraża nie tylko sobie, ale też i zwierzętom [chronionym również]. Absurdem byłoby oczekiwać, że rozmnażanie kotów i niekastrowanie ich będzie przez taką fundację popierane. Sama tego nie popieram, bo napatrzyłam się już na tabuny rozjechanych, topionych, zasmarkanych, niepotrzebnych nikomu kociąt, które powstały, bo ktoś żałował jednej czy dwóch stówek na operację, która zapobiegnie rozmnażaniu i kolejnym bezdomnym osobnikom.

 

 

I JESZCZE ROŚLINY MAM WYRZUCIĆ?

Najczęściej zapominana kwestia. Spis roślin trujących dla kota i powodujących różnego rodzaju schorzenia jest duża [tutaj]. Często też weterynarze nie potrafią zdiagnozować, skąd się dane schorzenie bierze. Na przykład, kiedy wzięliśmy Flejtucha, przerażonego i non stop schowanego pod łóżkiem, nie wzięłam pod uwagę, że ona kiedyś odważy się wyjść i zamiast postawionej specjalnie dla niej trawy, zeżre mojego Fikusa. Trzy tygodnie zajęło nam zdiagnozowanie i leczenie. Weterynarz snuł różne teorie o jej nerkach i innych rzeczach, kazał nam wymienić miski na ceramiczne, stosować różne drogie zabiegi, bo może coś, a może jeszcze coś innego. Nie zapytał o kwiatki w domu. Sama to znalazłam i czym prędzej postawiłam mojego fikusa na wyższą półkę. Zaczerwienienie znikło, jak zabrakło czynnika,który je powoduje, a fikus przestawiony w inne miejsce zdechł. Dopiero po sześciu latach  [kilka dni temu] odważyłam się kupić i fikusa i dracenę i nawet filodendrona. Ale stoją tak, żeby koty nie miały do nich dostępu. Dla spokojności podaję listę roślin, które kotom przypadną do gustu: tutaj.

 

 

 

DLACZEGO TA GŁUPIA FUNDACJA NIE CHCE MI DAĆ KOTKA I STAWIA JAKIEŚ DZIWNE WYMOGI? 

Dlatego, że fundacji nie zależy na twojej potrzebie posiadania kota, ale na znalezieniu mu bezpiecznego i pełnego miłości miejsca, z którego ten kot już nigdy nie trafi z powrotem w progi takiej fundacji. Już pomijam kwestię tego, jak dużo kosztuje uratowanie, wyleczenie i opieka nad takim znalezionym na dworze kotem. To też kwestia logiki: kastrujemy koty, żeby nie zwiększać ich populacji, która, gdy będzie nadmierna, zagrozi innym stworzeniom i samej sobie, rozprzestrzeniając choroby. Dbamy o ich bezpieczeństwo w domu, żeby kolejny raz nie musiały się błąkać narażone na niebezpieczeństwa. To na tym zależy fundacji. Twoja satysfakcja z adopcji też jest ważna, ale na pierwszym miejscu zawsze będzie kot, bo nim się fundacja zajmuje.

 

Więc nie zdziw się, jeśli kot, którym zajmuje się fundacja, nie będzie ci przeznaczony, bo kot od urodzenia był wychodzący i ciężko będzie go przestawić na dom zamknięty, w którym aktualnie mieszkasz. Takiemu kotu fundacja poszuka bezpiecznego wychodzącego domu. Nie zdziw się też, gdy fundacja woli, by kociaki wychowywały się w domu zamkniętym, z którego nie można uciec na dwór lub wypaść z balkonu. Albo stwierdzi, że nie da ci kota, bo nie zamierzasz osiatkować okien, usunąć szkodliwych roślin ani dokształcić się z karmienia.

 

I nie dziw się, choć ja się dziwię zdziwieniu i oburzeniu niektórych [które zostało wyrażone pod tym postem]. Że jak te fundacje mogą, że głupie, bo oddają koty, ale nie wszystkim i czemu nie chcą dać mi. Swoją drogą, to właśnie jest świetnym kryterium doboru i przesiewa tych, którzy nasilają problemy z bezdomnymi i chorymi kotami. Oburzanie się na zasady, jakie panują w takich placówkach, których celem jest bezpieczeństwo i dobro kotów przede wszystkim, jest jak oburzanie się na absurdalne znaki ograniczające prędkość lub ustalające zasady ruchu na drodze. Trochę absurdalne, bo wszystko po coś służy. Jeśli uważasz, że to bez sensu, to twój wybór, twój kot, ale nie dziw się, że nie każdy będzie to popierał. A tym bardziej fundacje, którym zależy na dobru kota i na tym, żeby bezpiecznie i szczęśliwie mieszkał. To, że ty chcesz być po prostu posiadaczem kota jest w danym momencie najmniej ważne. Ty jesteś też jego opiekunem i jeśli chcesz zrobić wszystko, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo, każda z fundacji przyjmie cię z otwartymi ramionami.

 

 

Wszystkie grafiki pochodzą z grupy „O kotach – merytorycznie”.

Zachęcam do wsparcia fundacji Jo Kot oraz przemyślenia, czy warto się poświęcić dla przyjaciela [odpowiadam – tak!]

 

 

 

  • Sakinimod

    Miałam kota (z przypadku trafił do nas, po tym jak znajomym znajomego wlazł do pod maskę i przejechał niezły kawałek). Popełniliśmy sporo błędów, zarówno w żywieniu, jak w opiece. Teraz jestem bardziej świadoma odpowiedzialności i kosztów, jakie się wiążą z posiadaniem zwierzęcia. Z tego powodu pewnie jeszcze się długo na nowego nie zdecyduję. Tekst fajny, nie miałam o kilku sprawach pojęcia. Przy okazji podzielę się linkiem do jeszcze jednego fajnego zestawienia karm dla kotów – http://annaszczepanska.pl/koty/lista-karm-dla-kota/

    • Paulina

      Te zestawienie bazuje głównie na karmach suchych ( szczerze mówiąc więcej nie próbowałam zgłębiać), które w ogóle w diecie kota nie powinny być. Sucha karma to cichy zabójca nerek, powoduje cukrzyce, nie trawi się dobrze w krótkim przewodzie pokarmowym kota i można by tak jeszcze sporo wymieniać. Głównie chodzi o to, że koty w naturze pobierają wodę z pokarmu – czyli z myszek lub ptaszków, tego im sucha karma nie da, nie da witamin bo wszystkie te witaminy które są rozpisane na opakowaniu to są ale przed wypalaniem karmy na suche kuleczki, więc po procesie przetwarzania po prostu znakomita większość ulega zniszczeniu. Więc jak karmić kota? Tylko dobrą mięsną puszką lub stylem żywienia o nazwie BARF. Zgodnie z naturą mięsożernego kota.
      Ponadto zaleca się, żeby sucha karma stała przez 24h w misce a przecież wtedy nie ma możliwości zastosowania ciągu łowieckiego, który jest niesamowicie ważny jeśli chodzi o koty. Grafiki świetnie to przedstawiają, dobrze przeprowadzony ciąg łowiecki bardzo uspakaja zwierzę i umniejsza problemy behawioralne.

      • Sakinimod

        Tak, jak mówiłam popełniliśmy sporo błędów żywieniowych. Mocno bazując na opinii weterynarza, który krzywił się, jak słyszał, że kot dostaje mięso. Tia :(. Nie miałam też pojęcia o szkodach jakie powodują karmy ze zbożami, dlatego to zestawienie może się przydać tym, którzy jednak chcą iść trochę na łatwiznę i sypnąć kulek, ale żeby nie była to byle jaka marketowa karma.

  • konishiko

    Bardzo madry tekst, tylko zastanawia mnie inna sprawa, slyszalam od znajomych (wiec nie jest to informacja mocno udokumentowana), ze czesto fundacje nie chca oddawac kotow do domow z dziecmi. Nie wiem czy prawda, ale jesli tak, to zupelnie nie rozumiem.

    • To całkiem proste, niektóre koty nie tolerują dzieci i nie jest dla nich zalecane, żeby przy małych dzieciach przebywały. Moja Fleja była kotem „niedzieciowym”, bo się wszystkiego bała i kiedy ją braliśmy musieliśmy podpisać umowę i zapewnić, że w domu nie ma dzieci. A potem ostro ją przygotowywałam, że dziecko się pojawi, licząc się z tym, że w najgorszym wypadku będę dziecko izolować od kota i na odwrót. Takich przygotowań fundacja nie może przeprowadzić, więc dla spokoju kota szuka mu domu bezdzietnego. Ale są też koty do adopcji które dzieci lubią, więc to nie jest reguła 🙂

    • Są też dzieci, które męczą zwierzę (nie tylko kota, ale zwierzę w ogóle ;)) i takie maluchy, które dadzą mu spokój. Bosh… Miałam takie znajome w dzieciństwie, które wręcz zadręczały kota… Były takimi… Elmirkami Duff z Animków 😉

      • konishiko

        Jasne, ze sa koty ktore nie toleruja dzieci i dzieci, ktore nie powinny zblizac sie do zwierzat (mam kuzynow, ktorzy w dziecinstwie prawie zameczyli swoja kotke). Znajomi twierdzili jednak, ze spotkali sie z odgornym stwierdzeniem ze w ogole zadnych kotow do zadnych domow z dziecmi nie oddaja, a nie ze tego konkretnego, co jak dla mnie jest przesada. Mozliwe, ze zrodlem sfrustrowanych komentarzy pod poprzednim postem an ten temat jest sposob komunikowania przez fundacje / schroniska ograniczen a nie sam fakt ich istnienia.

        • Iwona Rudol

          Być może mieli masę negatywnych doświadczeń – koty wracające z adopcji, bo dziecko zadrapały, bo dziecko dostało alergii, bo kot sika (stres z powodu zachowań dziecka, niemożności ucieczki, itp.). Na pewno nie jest to celowa polityka antydzieciowa, raczej efekt bezradności wobec nieodpowiedzialności dorosłych. Sama mam dziecko, pojawiło się, gdy w domu były 3 koty. Wiem, ile trzeba włożyć pracy, by współegzystencja kotów i małego dziecka była bezpieczna dla obu stron.

  • Czytam to i tak mi smutno…

    Nie wiedziałam, że kotki tak boli współżycie… Opowieścią o kastrowaniu (czy jego braku) przypomniałaś mi, jak ciocia utopiła 5 kociąt w szambie, bo im kotka zaciążyła i nie mieli co z nimi zrobić… Nie umiałam tego pojąć, zwłaszcza, że oni co chwila mieli jakieś zwierzęta w domu… Co chwila kupowali nowe, rzadziej przygarniali, ale jednak… I podobno tak bardzo je kochali… Więc… jak?!
    Co do karmy… bosh… nie miałam pojęcia… Miałam koty jakieś 15 lat temu i karmiłam tym… ech, szkoda gadać… Szkoda, że nie wiedziałam tego, co teraz… Ale to tak jak z jedzeniem ludzkim – teraz też wiem więcej i unikam tego, co wtedy sama jadłam. Człowiek uczy się całe życie.

    Ech, nie rozumiem ludzi, którzy się obruszają… Po to są reguły, by właśnie kot miał lepiej, by był bezpieczny… Ale jakiekolwiek uwagi pewnie uderzają w dumę takiego człowieka i masz – zamiast otworzyć się na sprawę i z pokorą posłuchać argumentów drugiej strony, od razu zamknięcie, no bo jak to ktoś coś mi zarzuca! Wymaga czegoś! No jak to tak!
    Ano tak to.

    Dzięki za ten wpis.
    Jestem fanką kotów – gdybym miała mieć jakieś zwierzątko, to kota właśnie.
    A tylu rzeczy o nich nie wiedziałam, jak się okazuje… Jednak dzieciakiem byłam, gdy miałam je w domu… Dobrze, że dorosłam 😉

    Co do śmierci na zewnątrz…
    Przygarnęliśmy te kilkanaście lat temu mamę kotkę i jej dwa kocięta. Śmiałyśmy się, że ona była jak pies – reagowała na imię, przybiegała, a w ramach toalety wychodziła na dwór, a wracając, miauczała pod drzwiami do bloku, żeby ją wpuścić. I długo nic się nie działo, aż do pewnego popołudnia, gdy długo jej nie było, więc wyszłyśmy jej szukać. I znalazłyśmy. Z przetrąconym karkiem, w krzakach kilka bloków dalej. Zamęczona przez dwa psy, które hasały po okolicy (w obrożach!) – ktoś opowiadał potem, że widział je ganiające za naszą kotką. 🙁 To co wtedy przeżywałyśmy z siostrą i mamą… Z malutkimi, niekumatymi kociakami na rękach, które jeszcze z piersi mamy ssały… Ryczałyśmy długo, wściekłe nie wiedzieć na kogo: czy na właścicieli tamtych psów, czy na te psy, czy na nas, czy na świat w ogóle… A kociaki miauczały, czekały na mamę…
    Kot domowy powinien być w domu. Choć to sprzeczne z jego instynktem, ale co zrobisz… Jeśli mieszka u Ciebie, Ty jesteś jego opiekunem – Ty za niego odpowiadasz. A świat na zewnątrz naprawdę jest niebezpieczny… 🙁

  • Agu

    Przez prawie dwa lata byłam wolontariuszką w fundacji, w dalszym ciągu jestem domem tymczasowym. Ostatni znaleziony miot wykarmiłam butelką. Został mi „do adopcji” jeden kocurek i owszem chętnych kilku było do tej pory, ale nikt kota nie dostał. Może ktoś inny by oddał, ale to ja wykarmiłam butelką co kilka godzin, kropiłam chore oczy i masowałam brzuchy, gdy cała czwórka nie potrafiła się jeszcze załatwiać. Dlatego mam prawo stawiać warunki i wyadoptować do domu, którego będę pewna (choć wiadomo, ten 1% niepewności jest), bo w życiu nie pozwolę, by przez ludzką głupotę ucierpiał. Gdy jednak ktoś mi mówi, że kot będzie wychodził luzem, bo ma ogród (a po drugiej stronie domu jest jedna z głównych ulic w mieście) lub że mieszka na 6 piętrze i balkonu nie osiatkuje, bo kto to widział jeszcze siatkę zakładać, przecież kot nie wyskoczy, to mnie krew zalewa. Jeśli ktoś nie akceptuje merytorycznych argumentów i w dupie ma dobro zwierzaka, to powinien mieć zakaz jego posiadania i kupić sobie maskotkę. A ludzie myślą, że jak napiszą, że chcą, to powinno się ich jeszcze po piętach całować. No sorry, ale nie, tak to nie działa.

  • Iwona A.

    Moje koty są wychodzące i dom jest przystosowany do ich wychodzenia. Okolica zresztą również. Wypadki, jakie zdarzają się mojemu starszemu kotu, to są wypadki, których może można by było uniknąć w domu, ale raczej na zasadzie „nie biegaj bo się przewrócisz”. Tak, po tym jak sobie rozciął język, nigdy nie wyrzucam otwartych puszek do kontenerów na recycling, ale jak zabronić mu lizania? Jednak mój sposób trzymania kotów jest przemyślany, mogę sobie na to pozwolić, bo okolica spokojna, daleko od ulicy, wszystkie okoliczne koty wykastrowane, psy nie biegają wolno po ulicach, a najwyżej na własnych posesjach, a lisów jakoś nie zauważa się, chociaż zawsze zamykamy bramę w razie czego. Zresztą, o swoich i okolicznych kotach piszę co jakiś czas na blogu to można sobie przeczytać. Dla mnie koty są jak dzieci i tak samo próbuję dla nich robić wszystko co najlepsze. Nie rozumiem ludzi, którzy biorą zwierzątko do domu, obojętnie, kota, psa czy chomika, a potem zaledwie zapewniają mu niezbędne minimum, tłumacząc że pożywienie i dach nad głową to wystarczy. Każdy powinien zapewnić podopiecznemu najlepsze możliwe warunki, a jak nie może to po co bierze? Zanim wzięłam kota do domu to najpierw się wyedukowałam, wyczytałam wszystko co mogłam, żeby mieć jakieś podstawy, żeby nie popełnić błędu, jaki popełniłam bardzo dawno temu, kiedy adoptowałam szczeniaczka i niestety musiałam go oddać (na szczęście w dobre ręce – do rodziców), bo po prostu nie miał kto z nim być w domu.

  • Grzegorz

    Z kotami jedna rzecz jest pewna – nie ma na nie reguł.
    Znam wychodzącego kocura trzymanego w centrum Krakowa. Wychodzi od kilkunastu lat – wypuszczany przez drzwi. Wraca tą samą drogą. Waga zdecydowanie ponad kocią średnią, pysk poznaczony wieloma walkami, ponieważ… jest to kot stróżujący.

    Primo: w najbliższej okolicy musi panować porządek – nie uchowa się żaden wolno biegający pies bez smyczy. Zostanie przegoniony natychmiast. Kocur radzi sobie z psem o każdych gabarytach, nie wyłączając tych o aparycji wilczura.

    Secundo: kamienica musi być pilnowana – kocur ma posterunek na progu od strony ulicy. Sprawdzani są wszyscy wchodzący. Gryzonie nie mają oczywiście ani prawa pobytu, ani prawa chwilowego wstępu.

    Tertio: jak kot chce wyjść, to musi wyjść. Dogaduje się świetnie z obydwoma psami, z którymi mieszka. W jakim języku prowadzona jest komunikacja, tego nie wiem, ale psy zawsze robią jazgot przy drzwiach, kiedy kocur ma ochotę wyjść. Człowieki muszą wówczas otworzyć drzwi. Kot wychodzi – psy zostają.

  • przeczytałem Twój wpis z ogromną radością. Podobnie jak Ty, wychowałem się na wsi i kotów u mnie zawsze pełno było. Obecnie mieszkam w bloku. Przygarnęliśmy z małżonką dwie kocice ze schroniska. Balkon osiatkowałem samemu, bez naruszania elewacji, więc nawet nie zgłaszałem tego do spółdzielni. To już drugi balkon, który osiatkowałem i tak mi się spodobało, że nawet zacząłem myśleć, by nie zacząć robić tego „na poważnie. Osiatkowanie poprawia bezpieczeństwo nie tylko zwierząt, ale i dzieci! Nie wiem, czy znany jest Ci przypadek wypadku, jaki miał miejsce w niedalekim ode mnie Zamościu, gdy dziecko wypadło przez barierkę balkonu? Straszne.
    Teraz karmienie. fajnie, że dodałaś grafikę z jednej z grup, tylko fajnie by było opisać te karmy pod względem, czy są mokre, czy suche.:P ja osobiście nie mam pojęcia, ale ja karmą nie karmię… Moje koty jedzą… Mięso! surowe mięcho. Wychodzi nawet taniej niż karmą, a efekty przychodzą bardzo szybko. poprawa jakości futra, zdrowie, a nawet sory za określenie, ale różnica w kuwecie! raz zapomnieliśmy kupić mięso i przez dwa dni bycły na suchej. Co chwilię chodziły się załatwiać, a do tego piły ogromne ilości wody, czego nie ma przy jedzeniu mięsa, które samo w sobie zawiera wodę. Karmimy dwa razy dziennie porcjami po około 60 gram (nasze koty nie należą do gigantów) oba po około 3,5 kilograma.
    teraz mięso:
    kupuję zawsze jak jest świeża dostawa.
    -gulaszowe z indyka (ok 13 zł/kg)
    -filet z kurczaka, lub indyka (ok13 zł/kg)
    -żołądki z kurczaka (ok 6 zł/kg)
    -serca kurze (ok 5 zł/kg)
    -najtańszą wołowinę – tu cena różnie, ale nie kupuję dużo.
    -czasami jak nie ma dostawy mięsa, którego potrzebuję, to kupuję gotowce w lidlu (w moim mieście zawsze mają najdłuższy termin ważności)
    przygotowuje porcje w ten sposób, że wszystko kroję na drobne kawałki (jedna kocica prawdopodobnie była maltretowana, nie ma zębów), mieszam ze sobą, tak by każdej porcji znajodowały się różne rodzaje mięsa, bo np,. nie wolno podawać samych podrobów z tego co wiem.
    Następnie mam małą wagę kuchenną, którą odmierzam 120 gramów i pakuję w woreczki śniadaniowe, które następnie mrożę.
    Zajmuje mi to sporo czasu, ale zazwyczaj kupuję tyle, żeby wystarczyło na jakieś 2 tygodnie.
    Zdania co do takiego sposobu karmienia są podzielone, jednak na wolności koty jedzą myszy, które nie są zrobione z suchej karmy, tylko mięsa:)
    Pozdrawiam serdecznie;)

  • Vill

    Zabawne, że wspominasz o fundacji Jo Kot 🙂 Dopiero co zostałam ich domem tymczasowym 🙂

    Bardzo pożyteczny wpis. Zastanawia mnie tylko jedna kwestia – kastracji/sterylizacji. Nie wiem, mam jakieś wewnętrzne opory. Oczywiście, jestem zdania, że koty nie powinny się rozmnażać. Jest jednak tyle innych sposobów zapobiegania ciąży u kotów… A ciężko jest przeczytać coś wyważonego na ten temat. Tylko ropomacicze, męczące rujki, na pewno zapomnisz o podawaniu leku… No nie może być tak źle! Z drugiej strony niby kastracja/sterylizacja nie wpływają źle an koty, a jednak ja widzę ogromną różnicę pomiędzy kotami, które miałam mieszkając w domu rodzinnym (którym rodzice podawali tabletki anty) a kastratami z miasta. Będę wdzięczna jeśli w wolnej chwili rozwiniesz ten temat 🙂