Spore zamieszanie wywołał mój status, w którym zdradziłam, że odwiedziliśmy z moim starszakiem szkołę w celu jej sprawdzenia na przyszłą naukę. Padły pytania – jak to, przecież twój syn ma dopiero pięć lat! I osądy, że tak małemu dziecku nie ma sensu zabierać dzieciństwa. Poczytałam, poczytałam i zamknęłam komputer w dalszym ciągu przekonana, że jednak syna poślę do szkoły. A czemu nie?

 

 

 

Żeby było prościej, przypomnę ten status, bo sytuacja była naprawdę piękna:

 

 

 

 

A czemuż my w ogóle do tej szkoły poszliśmy? Przecież syn we wrześniu nie będzie miał sześciu lat,  a dopiero pięć i pół [chociaż wiem, że istnieją ludzie, którzy pięciolatka nazywają sześciolatkiem, ale staram się liczyć normalnie, pięć lat to pięć]. Co mnie skłoniło? A kilka powodów. Wybrałam dla syna szkołę społeczną, tą, do której sama chodziłam, a ta szkoła ma w swojej ofercie oprócz innych ciekawych zajęć to najważniejsze: basen. Nie wiem, czy wiecie, ale jedyny fajny basen w okolicy jest jedynie w Gołębiewskim i taka wycieczka raz w tygodniu całą rodziną kosztuje tyle samo, co miesięczne czesne szkoły podstawowej. Oczywiście, że wyjdę teraz na dusigrosza i osobę, która chce zdecydować o przyszłości syna mając jedynie na myśli finanse, ale nie pomyślałam o zajęciach basenu, gdyby nie fakt, że…

 

syn chce się uczyć.

 

 

Po prostu.

 

 

Przypomnę tylko dawny filmik z intagrama:

 

 


On sobie to sam wykombinował, ogarnął tak dodawanie i odejmowanie, potem pokazałam, że łatwiej będzie mu się liczyć na klockach. Coraz chętniej też składa literki i zaczyna odczytywać wyrazy.  I nie, nie uważam go za jakiegoś wybitnie inteligentnego chłopca. To nie tak, że genialnie wszystko rozpracowuje w sekundę. Potrzebuje na wszystko dużo czasu, dużo uwagi, dużo tłumaczeń, wyjaśnień oraz, oczywiście, czytania. Geniuszem nie jest [tak mi się zdaje], ale z pewnością jest ciekawy. Bardzo ciekawy i żądny wiedzy. Być może kiedyś mu przejdzie [mi nie przeszło], ale teraz, kiedy ma ten cudowny okres największej chęci, nie mogę przed nim zamykać tego świata i nawet mam obowiązek nie zmarnować potencjału, jaki w nim drzemie. Po prostu trzeba łapać okazję, która się sama nawinęła. On chce się uczyć, jest ciekawy, więc ja powinnam na tę potrzebę odpowiedzieć. Bo za kilka miesięcy syn może być już tak rozwinięty, że zwyczajnie przedszkole przestanie mu wystarczać.

 

 

Stąd też pomyślałam o edukacji domowej w pierwszym momencie. I tak ją stosuję w mniejszym lub większym stopniu. Każde wyjście do lasu to przygoda. Ale, kiedy zaczęłam o tym czytać [na przykład tutaj lub tutaj]  i myśleć, to stwierdziłam, że co jak co, ale mogę nie dać rady. Albo może się to źle skończyć – całymi dniami skazani na siebie i moje próby napisania czegokolwiek, nauczenia starszego, opieki nad młodszym… Wykonalne, gdybym może miała jedno zero mniej w statystykach bloga i regularną panią do gotowania i sprzątania oraz opieki nad młodszy, A do tego jeszcze to obcięcie dofinansowania [szczegóły tutaj]…  No nic. Nie wyjdzie.

 

 

A potem, jakoś tak bez większego namysłu, postanowiliśmy podjechać do szkoły, do mojej starej szkoły, na którą ktoś mi kiedyś narzekał, że zeszła na psy, bo dzieciaki nie siedzą w ławkach, jak należy, a zamiast się uczyć cały dzień, to czasem uczą się gotować. Kto mnie zna, ten wie, jak mi się oczy zaświeciły 🙂 Syn we wrześniu będzie mieć 5,5 roku, sześć skończy między jednym i drugim semestrem, po konsultacji z psychologiem teoretycznie nie było przeciwwskazań, Tak czy siak, sześć lat skończy w ciągu roku i pierwszą klasę kończyłby jako sześciolatek, drugą jako siedmiolatek, nie ma to większego znaczenia. I tak,  niewiele myśląc – pojechaliśmy. I zostaliśmy przyjęci najfajniej jak się dało.

 

 

Co zwróciło moją uwagę, podczas pierwszej wizyty w szkole:

 

– przede wszystkim, czy dzieci siedzą w ławkach. Wiem, że mój syn z usiedzeniem w jednym miejscu przez 45 minut będzie miał problem i to nie tylko w wieku pięciu, sześciu czy siedmiu lat. Ja do dziś mam z tym problem. Na szczęście, w klasie panowała wolność, dzieciaki miały luźną lekcję, bo szykowały się na basen, jedno rysowało, drugie coś tam układało. I podobna sytuacja była również w innej klasie: trzeciej. Kilkoro dzieci układało makietę, kilkoro siedziało i coś rysowało do owej makiety, jedna dziewczynka coś śpiewała cicho do mikrofonu [wyglądało to jak nagrywanie głosu]. I wbrew pozorom, nie było harmidru i zamieszania. I jedna i druga nauczycielka miały wszystko pod kontrolą. A kiedy lekcja się kończyła, dzieciaki obskoczyły panią z drugiej klasy i każde mocno ją uściskały tak długo, że aż piszczała, że się spóźnią.

 

– jak traktują mojego syna. Czy go ignorują, czy są ciekawe nowego kolegi? Czy pomocne? Już pierwsze minuty przesądziły, a potem było tylko lepiej.

 

– czy moje dziecko będzie jedynym dzieckiem, które wcześniej rozpocznie edukację? I ku mojemu zaskoczeniu – nie. Nie byłoby. W pierwszej klasie jest dwoje takich dzieci, w drugiej też, co przy liczności klas  [10-12 uczniów na moje oko], stanowiło duży procent. I te dzieci świetnie sobie radziły, a najmłodszy wiódł prym i miał najlepsze oceny. Dzieci też doskonale się dogadywały, mimo że różnica wieku była czasem większa niż rok. A pani nie narzekała, tylko cieszyła się, że ma takich fajnych uczniów i że w takiej mniejszej grupie to każdego można przytulić, pocieszyć, zająć się, po basenie włosy wysuszyć.

 

Ze szkoły wyszliśmy przekonani, że od września syn zacznie naukę. Nie wiem, kto czuł w sumie większą euforię – ja czy mój mały uczeń.

 

– gotowość na naukę. U nas jest. Silna. Syn jest koleżeński, lubi rozwiązywać zadania, ma dobrą pamięć, dobrze się czuje w grupie i nawet się słucha, co niesamowicie mnie zdziwiło 🙂 Potrafi sam się obsłużyć, ubrać, nie ma jakichś większych wymagań. To idealny moment, żeby rozpocząć naukę, zanim wedrze się nuda w trzeci z rzędu rok w przedszkolu.

 

A jednak nie zdecydowałam się zapisać go do szkoły

 

Ja mam w ogóle dość mieszane uczucia na myśl o szkole. Z jednej strony doskonale wiem, jak potrafi człowieka wyżąć i zmielić. Z drugiej, nie widzę na razie innej opcji, bo domowa, jak już pisałam, odpada. Nawet bez wcześniejszych uzasadnień by odpadła, bo już sam fakt, jak mój syn lubi się bawić z innymi dziećmi przeważył: zatrzymując go w domu, zatrzymałabym go trochę w zamkniętej bańce, gdzie dzieci widuje się tylko w weekendy, jeśli się uda z domu wyjechać. Mam też świadomość, jakie profity daje dziecku wcześniejsza edukacja. I mówiąc o edukacji, mówię o prawdziwej nauce, a nie odklepywaniu, co każe nauczyciel. Mało jest szkół, które są gotowe sprostać temu wyzwaniu i którym się to udaje. Stąd też rozumiem obiekcje rodziców, którzy swoich dzieci nie chcą posłać do szkoły w wieku nawet sześciu lat. Rozumiem też tych, którzy chcą posłać dziecko do szkoły wcześniej. Czasem aż szkoda marnować potencjału, a gdy szkoła jest bardzo dobra, wręcz żal nie korzystać.

 

A ja mam w pobliżu szkołę niemalże doskonałą [niemalże, bo zapomniałam dopytać o kwestię religii], ciepłą, dostosowaną do potrzeb dzieci, mającą doświadczenie z takimi maluchami, prowadzącą je delikatnie i mądrze, doskonale przygotowaną i chętną prowadzić dzieciaki. A z drugiej mam: trzeci rok w przedszkolu i zdanie syna.

 

 

A jego zdanie tu było najważniejsze.

 

 

Syn nie miał nic przeciwko szkole. Mało tego – on wręcz chciał, marzył o niej, opowiadał, jak to będzie, snuł historie, szykował sobie swoje zeszyty i jeszcze zacieklej pisał swoje ulubione literki i liczby na kartkach. Ale gdzieś między tym wszystkim czaił się ukochany kolega Franio, ulubiona koleżanka Magda, zgrana paczka z dużym Kubą, średnim Kubą i małym Kubą, Olek, Kacper i inne dzieci, o których natężenie wzmianek, spowodowane jakby wizją rozstania, znacznie wzrosło. A kiedy przyjechali po mnie, odebrać mnie z autobusu i wracaliśmy do domu,  syn w pewnym momencie westchnął ze swojego fotelika.

 

– O! Tu mieszka Magda. Miałem ją odwiedzić. Teraz, jak już nie wrócę do przedszkola, to pewnie mi się nie uda. A mieliśmy razem zrobić obiad u niej w pokoju.

 

 

I tak mi się jakoś smutno zrobiło. Tak jakoś łzawo, że będzie musiał rozstać się z kolegami. I mimo że wiem, że na szkołę pewnie jest gotowy, nie jestem przekonana, czy będzie gotowy na rozstanie ze swoimi najstarszymi kolegami i koleżankami. Z którymi się bawił, kłócił, rysował, uczył i chyba jeszcze nie przygotował się na taką zmianę. Mam wrażenie, że właśnie teraz zgrali się tak dobrze, że przerwanie tego zrobiłoby im trochę krzywdę.  I mimo że wiem, że takie wcześniejsze rozpoczęcie nauki w dobrej i przystosowanej szkole dałoby mojemu dziecku dużo dobrego [między innymi rok lub dwa wolności i czasu na wybór dobrych studiów, czego mi na przykład zabrakło], tak jeszcze rok się wstrzymam. Czuję, że to nie ten moment, że jeszcze potrzebują chwilę ze sobą się znać. Ze swojej strony będę wspierać w syna rozwoju na wszelkie znane mi sposoby i przygotowywać go do kolejnego kroku, a do tego wiem, że mniej lub bardziej rozwinięty,  to w wybranej placówce czeka na niego kadra, która udźwignie każdą jego wersję. A taka świadomość to skarb przy wszystkich zmianach i wariactwach, jakie teraz zachodzą w oświacie.

 

 

O zmianach i aktualnych wiadomościach w temacie szkoły podstawowej poczytacie w kompendium wiedzy o tym, jak wybrać szkołę: tutaj.

 

My w przyszłym roku będziemy szykować młodszego do przedszkola, kompendium wiedzy dla mamy przyszłego przedszkolaka: tutaj

 

 

 

I jeśli miałabym coś dopisać do tego tekstu [co pewnie zrobię], to będę każdemu polecać zainteresowanie się tematem o wiele wcześniej bez względu na decyzję. Podjechanie do szkoły, porozmawianie z nauczycielami, próbę jednej lekcji albo zwykłą obserwację. I sprawdzenie kilku takich miejsc. I wiesz, co? Nie dla dziecka. Dlla siebie to zrób. Będzie ci łatwiej podjąć decyzję 🙂

 

 

 

 

I tak sobie myślę, kiedy pytacie mnie, kiedy czas na szkołę, kiedy na przedszkole, wysyłacie sporo pytań w tej kwestii: psycholog wam powie jedno, nauczyciel drugie, przedszkolanka trzecie, ja czwarte. A wy słuchajcie siebie. Swoich odczuć. Swojego instynktu. Za każdym wyborem kryje się jakaś strata. Żeby coś mieć, z czegoś trzeba zrezygnować. Co jest dla ciebie ważniejsze? Co istotne? I jak mówi o tym twoje dziecko? Wbrew pozorom, decyzja jest tylko wasza i nikt nie powinien jej oceniać ani się do niej wtrącać.

 

 

 

  • Amililamila

    Chciałabym serdecznie prosić o pomoc i wypełnienie krótkiej ankiety Panie w wieku 18-35, które mają dzieci lub są aktualnie w ciąży 🙂 Ankieta dotyczy aktywności mam w internecie (korzystania ze stron poświęconych macierzyństwu), wypełnienie nie zajmuje dużo czasu a będzie dla mnie bardzo pomocne w przygotowaniu pracy licencjackiej.
    Link do ankiety:
    https://www.interankiety.pl/i/xOaQ4nOX
    Z góry dziękuję za pomoc! 🙂

  • Tak bardziej a propos prowokacyjnego tytułu, niż tekstu: osobiście uważam, że dzieciństwo jest przereklamowane i najfajniejszy czas w życiu to ten, który w Simsach nazywa się „młody dorosły”. Pamiętam, że będąc za granicą w grupie ludzi na tym samym etapie „kariery naukowej”, my, Polacy, byliśmy najstarsi. Wtedy tego czasu potrzeba bardziej – na to, by zawrócić ze źle wybranej ścieżki, zmienić kierunek studiów, nie musieć spieszyć się z zakładaniem rodziny. Ale Miśka do szkoły we wrześniu nie pójdzie, bo emocjonalnie nie jest gotowa. Okazało się bowiem, że Miśka w rodzinie a Miśka w przedszkolu to dwie różne dziewczynki. W domu śmiała i wygadana, w przedszkolu cicha i nieśmiała. Niech mi zmężnieje trochę jeszcze.

  • Xenian

    W UK dzieci idą do szkoły w wieku 4 lat. I uważam, że jeśli szkoła jest przygotowana to jest to świetne rozwiązanie. Bratanica jest teraz w połowie tego pierwszego roku. Czyta, pisze, liczy, dodaje, mnoży. Jeśli ktoś uważa, że to jest za wcześnie to jakim cudem ona to umie? Mój syn właśnie skończył dwa lata i od roku chodzi do przedszkola. Straszna straszność! Mówi, recytuje wierszyki, nazywa kształty, liczy i to wszystko w dwóch językach. I jest fantastycznie zsocjalizowany. Straszna straszność… Po co uczyć dzieci? Po co je uczyć właśnie wtedy kiedy się chcą uczyć i przychodzi im to z ogromną przyjemnością.. ?

  • Magda Motrenko
  • rz

    Kurczę, nie wierzę niestety, że u nas w okolicy znajdzie się taka szkoła 😉 Ale czy to faktycznie potrzebne? Co jeśli młodszy wiek jednak w którymś momencie będzie przeszkodą? 😉 Nie mówiąc o tym, że wracamy do podstawówek 8 klasowych – już widzę te starsze dzieciaki znęcające się nad młodszymi.

  • W dyskusjach o tym, kiedy wysyłać dziecko do szkoły, uderza mnie regularnie koncentrowanie się na tym, czy dziecko jest teraz/już gotowe, koncentrowanie się na teraźniejszości.

    Tymczasem moim zdaniem sześciolatek (czy nawet społecznie rozbrykany pięciolatek) w większości przypadków da sobie radę w szkole tak samo dobrze, jak siedmiolatek. W końcu przecież ta pierwsza klasa nie obozem pracy, a jeśli wychowawca prezentuje chociażby przyzwoity poziom, nie będzie też źródłem nadmiernego stresu.

    Pytanie jednak, czy w czwartej – przełomowej, bo pierwszej prawdziwie „szkolnej” – klasie dziewięciolatek da sobie radę równie dobrze, jak dziesięciolatek? Ma w końcu o rok uboższe doświadczenie w radzeniu sobie ze stresem.

    Albo czy siedemnastolatek wybierze studia równie dojrzale, jak osiemnastolatek?

    Jakoś nie zauważyłem, by podobne pytania padały szczególnie często.

    A jeśli akurat bierzemy pod uwagę zdanie dziecka co do planów edukacyjnych – to czy chcemy, żeby to ono de facto odpowiadało na te pytania?

  • Olka

    Jeśli uznałaś, że Twoje dziecko jest na to gotowe to Cię popieram w tej decyzji. U mnie córka na razie chodzi do przedszkola i raczej wcześniej do szkoły nie pójdzie. Woli bardziej się bawić niż uczyć. Ostatnio nawet jak w przedszkolu dzieci mieli warsztaty modrejsovy to ona najładniejsze mydełka zrobiła i te osoby, które prowadziły zajęcia ją pochwaliły. Ona to bardziej do takich manulano-plastycznych rzeczy jest stworzona. A uczyć się to tak średnio, ale może kiedyś to się zmieni.