Raz na jakiś czas [a masowo wczoraj na moim fp] dochodzą do mnie słuchy, że takie a nie inne [czyli ogólnie złe] zachowanie dziecka jest efektem niezwykle popularnego bezstresowego wychowania. To wszystko wina rodziców, którzy nie zajmują się dzieckiem, którzy usuwają mu z dróg przeszkody, żeby przypadkiem go nie zdenerwować – to tylko niektóre opinie [te cenzuralne], jakie wczoraj wyczytałam i trochę byłam przerażona tymi miejskimi legendami, bo tak naprawdę… bezstresowe wychowanie nie istnieje.

 

Umówmy się. Stresu doświadczamy cały czas. W dorosłym życiu bardzo, ale zdziwię was, że i dziecko odczuwa je non stop. Pierwszy raz podczas porodu, potem w pierwszych dniach życia [samo to, że po  miesiącach w ciepłym i ciasnym brzuchu nagle widzi ogrom świata jest maksymalną dawką stresu], a następnie w dalszych latach, gdy uczy się funkcjonowania w społeczeństwie.

 

 

 

Czy da się wychować dziecko bezstresowo?

 

 

Choćbyśmy na rzęsach stanęli nie zabierzemy tego stresu od dziecka. Jedynie matka natura pomaga trochę tym, że naszych pierwszych miesięcy życia na świecie zwyczajnie nie pamiętamy [a raczej je wypieramy, bo są w sumie traumatyczne]. Nie jesteśmy w stanie wychować dziecka bez żadnych napięć z jego lub naszej strony – to nie możliwe. A do tego kompletnie nieprzydatne, bo stres, który odczuwa dziecko, jest czasami nawet pomocny, potrzebny. To on motywuje, to on skłania do działania, warunkuje często nasze zachowanie, a poza tym te pierwsze spięcia pokazują dziecku, jak sobie z takim napięciem radzić [o ile rodzic chce – z moich obserwacji wynika, że nie chce, bo najprościej postawić do kąta].

 

 

 

Skąd się to wzięło?

 

 

Pierwszą teorię o bezstresowym wychowaniu sformułował Benjamin Spock w 1946 roku, później psychologia humanistyczna temat podchwyciła i wypromowała, ostatecznie jednak stwierdzając, że koncepcja ta nie przynosi efektów i wycofując się z niej. Mimo że zarówno Spock, jak i wielu mu podobnych stanowczo odrzucali porównania wychowania bezstresowego z permisywizmem, to jednak widzieli, że zrównanie tych pojęć jest zwyczajnie dla rodziców wygodne.

 

Do Polski wychowanie bezstresowe weszło na początku lat 90. [akurat wtedy, gdy na świecie zaczęto się z niego wycofywać, u nas zaczęły powstawać szkoły hołdujące tym zasadom]. No, ale to już 20 lat z hakiem. Powstawały głównie w akcie sprzeciwu przeciwko autorytarnemu systemowi wychowania, tak popularnemu w naszej kulturze [a bardzo szkodliwemu, co potwierdza liczba chorych psychicznie lub posiadających psychiczne problemy ludzi w naszym kraju – ponad 8 milionów]. Szybko zorientowano się, że nie tędy droga i zaczęto szukać innych rozwiązań. Które, z racji braku cech autorytarnych [brak kar, nagród, bliskość, szacunek do dziecka], również zaczęto wrzucać do worka „wychowanie bezstresowe”.

 

 

 

Dlaczego wychowanie bezstresowe nie istnieje? 

 

 

Powtórzę to, co pisałam w pierwszym akapicie – nie istnieje wychowanie bezstresowe, bo nie da się usunąć z drogi dziecka wszystkich stresów i każdej przeszkody, co więcej, często jest to szkodliwe. Moja filozofia wychowywania dzieci, dość zbliżona do rodzicielstwa bliskości, wręcz zakłada stres w procesie wychowawczym, głównie dlatego, żeby… nauczyć dziecko jak sobie z tym stresem radzić, żeby pokazać mu, jak się w jego obliczu zachowywać – inaczej niż przemocą, sięganiem po alkohol, papierosy czy narkotyki.

 

Nawet jeśli uważasz, że twój znajomy wychowuje dziecko bezstresowo, pomyśl chwilę, czy na pewno mu się to udaje? Czy dziecko pozbawione samo sobie, bez drogowskazów, bez wsparcia rodzica, całkowicie zdane na siebie, mogące robić, co chce, wykrzykujące swoje potrzeby naprawdę się nie stresuje? Nie przeżywa napięcia? Ja się zawsze zastanawiam, jak ono sobie radzi z emocjami, których nikt mu nie tłumaczy, jak sobie radzi z tym, że u rodziców może wszystko, a obcy ludzie na niego krzyczą? Skąd w ogóle pomysł, że dziecko, które krzyczy, wrzeszczy, rzuca się po podłodze jest zrelaksowane i szczęśliwe?

 

 

 

Nie wychowasz dziecka bez stresu

 

 

Nawet jeśli będziesz chciał, nie unikniesz stresu w życiu dziecka. Jedyne, co możesz zrobić, to je wykorzystać, żeby pomóc dziecku radzić sobie z nim lepiej niż ty. A kiedy zechcesz rzucić opinią, że jakieś dziecko wychowywane jest bezstresowo, policz do 10 i zastanów się najpierw, czy ono jest wychowywane w ogóle?

 

 

 

 

Zdjęcie: U.S. Army

  • Dorota

    Zgadzam się z Tobą!! Wychowanie bezstresowe to fikcja!! A dziecko musi mieć stawiane granice inaczej nie odnajduje się w świecie!!Nie mam na myśli kar cielesnych bo temu jestem przeciwna ale każdy nawet taki maluch jak mój mając 2,5 roku musi wiedzieć co wolno a co nie.

  • Czytałam wczoraj tę dyskusję u Ciebie. Szczerze? Byłam przerażona i wyłączyłam Facebooka w cholerę, nim przekonałam się do jakich kto ostatecznie wniosków dojdzie.
    BEZSTRESOWE WYCHOWANIE NIE ISTNIEJE!!! A nawet jeżeli mielibyśmy analizować założenia tej utopii to szybko przekonamy się, że bezstresowe wychowanie jest tożsame z brakiem wychowania. A to chyba jedna z większych krzywd w procesie wychowawczym, jaką rodzice mogą zaserwować swojemu dziecku „dla jego dobra”. Brak wychowania równy jest brakowi norm i zasad, a to prowadzi do braku poczucia bezpieczeństwa, czyli ostatecznie permanentnego stresu. Mam wrażenie, że ludzie na dwóch biegunach stawiają wychowanie oparte na karach cielesnych kontra wychowanie bezstresowe. Tak jakby nie istniało nic pomiędzy i nie dało się znaleźć dla siebie złotego środka.

    • Tą biegunowością ujęłaś chyba wszystko, co chciałam powiedzieć… Niestety tak jest – albo zimno, albo ciepło.

  • Krystyna Bieniawska-Dąbek

    Nawet szkoły, tak chętnie przytaczane jako „bezstresowe” stosowały system zasad i konsekwencji. Wiem, bo miałam historię wychowania na studiach:))) W ostatnim akapicie teksu napisałaś Asiu „najprawdziwszą prawdę” . I jeszcze jako matka, babcia i pedagog dodam: Dzieci są różne (temperament, zdolności itp)) a wychowanie to proces i jego efekt można w pełni ocenić i docenić dopiero po latach. I… życzę wszystkim ŚWIADOMIE wychowującym dzieci: Nie stresujcie się ;))))) zwłaszcza opiniami innych. Ile ludzi, tyle szkół:) A najłatwiej jest wychowywać cudze dzieci zwłaszcza „z doskoku i na odległość.” Pozdrawiam! KBD 🙂 babcia Kosmyka i Adasia 🙂 matka Chłopa

  • oczywiście że nie uniknie się wychowania bezstersowego nie da rady…. a szkoły bezstersowe jasne dzieci dobrze bezstersowo wychowane obrzucają obelgami nauczycieli… nie mają szacunku do siebie i bliskich…

    • Szkoła bezstresowa nie polega na obrzucaniu obelgami nauczycieli, teściowa wyżej to świetnie wyjaśniła 🙂

  • Wychowanie bezstresowe to tylko etykieta. Osoby komentujące nie krytykowały konkretnie tego wychowania, tylko to, jak Ty wychowujesz dziecko i jedynie nadały temu etykietkę, bo pewnie ich zdaniem Twój sposób jest bardziej luzacki niż ich.
    Powiem Ci, że ja jestem rozdarta. Z jednej strony wychowuję dziecko podobnie do Ciebie. Z drugiej jestem nauczycielką w przedszkolu i widzę, że to nie działa. Albo inaczej. Dzieci naprawdę mają więź z rodzicami, większe poczucie własnej wartości itp. Ale są też znacznie bardziej roszczeniowe, rozhisteryzowane, przekonane, że są najważniejsze na świecie itd. I to rodzice wkładają im to do głów swoim wychowaniem. Nie krytykuję Twojego sposobu wychowywania, bo jak napisałam, myślę, że podobnie wychowuję swoją Jagodę. Ale z drugiej strony sama czuję, że jestem w kropce. Bo coś jest chyba nie tak. Tak naprawdę, to, czy nasz sposób wychowywania był skuteczny, czy nie, okaże się po latach. I chyba najlepiej jeśli każdy kieruje się w wychowaniu własną intuicją, a dyskusje o metodach wychowania są takie, jak dyskusja o polityce. Nie przekonasz. Każdy ma swoje poglądy. I myślę, że dopóki dobro dziecka nie jest zagrożone, nie dochodzi do przemocy, czy zaniedbywania potrzeb, to każdy rodzic ma prawo wychowywać dziecko jak chce. Bo coś, co się sprawdza u jednego, niekoniecznie sprawdzi się u drugiego. Grunt to znaleźć swój sposób, tak by dziecko było szczęśliwe i rodzic zadowolony.
    Pozdrawiam gorąco z jagodowego bloga 🙂

    • A mnie zawsze zadziwia, ile wniosków ludzie potrafią wyciągnąć z kompletnie nieoceniającego posta pokazującego jedynie to, jak dzieci potrafią sobie w pewnych sytuacjach poradzić 🙂 Natomiast, kiedy piszę coś do pomyślenia, to do myślenia nikt nie jest skory – trochę to przerażające.

      Czy mój sposób jest luzacki? Nigdy tego nie powiem, bo każdy, kto zadał sobie trudu porozmawiać z dzieckiem dłużej niż pięć minut, wie, że o wiele bardziej luzackie jest po prostu odstawienie do kąta.

      Co do sposobu wychowania – po liczbie osób z chorobami psychicznymi, nieumiejącymi sobie radzić ze stresem, zastraszonymi i czekającymi na pochwałę, nieumiejącymi docenić własnej wartości bez oceny innych widać wyraźnie, jaki sposób jest nieskuteczny i to już samo w sobie powinno wystarczyć.

      I nie, bite i upokorzone dziecko nie będzie szczęśliwe, a dopuszczasz bicie i upokorzenie pisząc „niech każdy wychowuje jak chce”.

      Co do pań przedszkolanek – wszystkie uwielbiam i podziwiam. Robią doskonałą robotę i jestem im wdzięczna.

      • Napisałam, że o ile nie dochodzi do przemocy (fizycznej i psychicznej) to każdy ma prawo wychowywać jak chce. U jednego to będzie rozmowa, u innego tablica motywacyjna, u kogoś karny jeżyk i sto innych rzeczy. Przemoc jest niedopuszczalna zawsze. Tzn dla mnie.

        Pisząc luzackie miałam na myśli mniej dotkliwe dla dziecka. Dla mamy to zdecydowanie najtrudniejsza forma wychowania.
        Zgodzę się z tym, jak wiele ludzie wyciągają z postów, z których wyciągać nie ma co. Też nie raz u mnie na blogu dochodziło do dyskusji, a ja przecierałam oczy ze zdziwienia skąd się to w ogóle wzięło.
        Mam nadzieję, że nie odebrałaś źle mojego komentarza. Czytam Twojego bloga i bardzo go lubię. Czytałam też częściowo dyskusję. I chyba bardziej chciałam powiedzieć, żebyś się nie przejmowała 😉

        • Nie doczytałam, przepraszam 🙂

          A jednak się przejęłam 🙂 Ale czym innym: https://www.facebook.com/matkatylkojedna/posts/1049325171758090?notif_t=like

          • I to jest napisane w sedno!
            A co do tej części do przedszkolanek. Najtrudniejsze w tym zawodzie wciąż jest dla mnie to, że po wieloletniej pracy jako niania, cały czas czuję, że nie mam dla każdego dziecka z osobna wystarczająco dużo czasu. Trzeba się trzymać planu dnia, programu, zliczać godziny ile w tygodniu poświęciłam na to, a ile na to. Szkoda, że nikt tam nie zaplanował czasu, który byłby tylko na rozmowy z dziećmi..

        • Magda

          A karny jeżyk to nie przemoc i upokarzanie??? Mam Synka 2,5 roku i wiele Koleżanek które posłały dzieci do przedszkoli…i wrażenie po ich opowieściach…w każdym z tych państwowym przedszkolu stosowana jest przemoc a przynajmniej manipulacja…Dzieci sprzątają zabawki bo się boją że Pani je wyniesie do innej grupy, a nie dlatego, żeby był porządek…Żenujące…. cel uświęca środki… Może w takich warunkach pracy o jakich Pani pisze po prostu inaczej się nie da? Ale może walczyć o poprawę komfortu psychicznego i dla Dzieci i Pan przedszkolanek….Pozdrawiam:-)

          • Magda, pracowałam rok w przedszkolu prywatnym, teraz pracuję w państwowym. W prywatnym miałam w grupie 30 dzieci w wieku 1,5-3.5 roku, z czego część z pieluchami. W państwowym mam 25 dzieci mniej więcej w tym samym wieku. Przychodzi się do takiej grupy z głową pełną pomysłów, z ideałami itd. A tu masz 30 dzieci. Jedno Ci się zsika w majtki, dwójka się pobije, jedno ciągle płacze za rodzicami, dziewczynka siedzi przy ścianie i robi sobie dobrze, chłopaki biją się, który będzie miał traktor, kogoś boli brzuch, ktoś chodzi ze smarami do pasa itd. Wszystko w jednym czasie. No sajgon. I gdzie tu miejsce na wychowanie. Oczywiście trochę przejaskrawiam, bo nie zawsze te wszystkie rzeczy mają miejsce na raz, ale zdarza się, że mają. Każde przedszkole, czy państwowe, czy prywatne, niestety, ale nastawione jest na zysk. A ja jako nauczyciel czuję się jedynie narzędziem. Jak czasem zgłaszałam, że mam za dużo dzieci, że ktoś by się przydał do pomocy itp. to słyszałam „po prostu pilnuj, żeby nikomu nic poważnego się nie stało”. Serio do tego ma się to sprowadzać? Jako matka i jako nauczycielka jestem przerażona 🙁 Ktoś powinien coś z tym zrobić. Jak dla mnie optymalna ilość dzieci w grupie to 15-20 osób. Wtedy nauczyciel ma czas dla każdego. Wiem, że w większych miastach istnieją nawet przedszkola, gdzie liczba dzieci w grupie nie przekracza 10 i to na 2 panie. Niestety, trzeba za to słono zapłacić. W małym mieście takim jak moje, można jedynie wybrać między publicznym a prywatnym, a różnią się one głównie ceną i wyposażeniem..

      • Tomasz Karwowski

        Pani Joanno.
        Co do kwestii bezstresowego wychowania dziecka radzę: Jestem z zawodu elektrykiem. i gdy zainteresowany prądem w gniazdku elektrycznym dzieciak chce tam majstrować: strzelić go otwartą dłonią w tyłek. I powiedzieć, że to zrobił prąd.
        Oszczędzi w ten sposób Pani życie swojego dziecka ,albo zdrowie. Pal licho pedagogikę.!

  • Według mnie rodzice się zwyczajnie boją, stąd taki atak i mówienie, że bezstresowe wychowanie jest najgorszym co może być, że psuje dzieci, itp. Po pierwsze, zgadzam się ,że bezstresowe wychowanie nie istnieje. Po drugie, ludzie bardzo mylą pojęcia. A po trzecie, wracając do mojego pierwszego zdania, ludzie boją się, że sobie nie poradzą z dziećmi. Widzą, że „nawet kary nie działają”, więc nie potrafią sobie wyobrazić, że brak kar da jakikolwiek skutek! A daje o wiele większy przecież. Lubię czytać takie posty.