Nie wiem, czy to dlatego, że moje starsze dziecko jest już sławne z tego, że nie da sobie lecieć w kulki i twardo broni swojego zdania, czy może dlatego, że młodsze coraz bardziej, ku mojej rozpaczy, zbliża się do tego wieku, ale zdania/teksty/rozprawy o rzekomym buncie dwulatka i o tym, jak podczas tego buntu się zachowywać, zalewają mnie zewsząd i doprowadzają do rozpaczy. Czy wściekam się na bzdury, jakie są tam napisane? W dużej mierze nie, ale wkurza mnie szafowanie określeniem „bunt dwulatka”. Bo nie ma czegoś takiego jak bunt dwulatka.

 

 

Zszokowani?

 

Pewnie tak.

 

Pewnie już w komentarzach piszecie, że „oj, Asiu, nie znasz się, nie widziałaś mojego dziecka, które…” albo „co ty wiesz o buncie, Jaskółko, moje dziecko robiło to i to, i miało książkowy wręcz bunt dwulatka.

 

Nie zaprzeczam. Na pewno tak było. Pewnie też chodziłaś wtedy wykończona i struta, a wrzaski  i krzyki nie raz doprowadzały cię do łez. Rozumiem. Przechodziłam przez to samo, dopóki nie zmieniłam narzuconego przez portale dziecięce i psychologów myślenia. Dopóki nie zrozumiałam, że nie ma czegoś takiego jak bunt dwulatka, a skoro go nie ma, ja tak naprawdę nie mam z czym walczyć, nie mam z czym się szarpać, nie muszę się stresować.

 

Mam wrażenie, że coraz częściej rodzice każde nowe zachowanie swojego dość mało mobilnego i dość niewiele rozumiejącego dziecka od razu wtłaczają w ramy. O, krzyczy, bo nie chce czerwonego kubeczka – to bunt! O, nie chce wyjść na dwór – to już bunt. O, nie chce obiadu – na pewno bunt. Wrzeszczy, bo chce lody – jaka mała buntowniczka. Często towarzyszy temu zgarnięcie wyimaginowanego potu z czoła i pobłażliwy uśmiech, bo to przecież „takie humory”, miną, każdy mówi, że miną, przecież. Ojej. Mam złą wiadomość.

NIE MINĄ

Ale o tym za chwilę. Najpierw przypomnij sobie, co byś czuła, gdyby coś bardzo by ci się nie podobało, czegoś byś bardzo nie chciała, a wszyscy wokół mówili ci: „Oj, przestań, to tylko takie twoje humory, bo pewnie hormony ci buzują”. Jednym z najgorszych komentarzy, które skrupulatnie usuwałam w czasie ciąży było między innymi zdanie „Oj, chyba ci się hormony ciążowe rzuciły na mózg” albo „Oj, chyba Chłop się w nocy nie postarał”. Jakby to, że myślę w taki, a nie inny sposób, było zależne wyłącznie od moich hormonów. Jakbym nie była normalnym człowiekiem, tylko bezwolną kobiecą istotą, nie potrafiącą myśleć bez porządnego kopa spermy w macicę. Pomyśl, co by było, gdybyś była bardzo smutna, zmęczona, rozżalona, a twój partner, najbliższa osoba, skwitował to krótkim zdaniem „E tam, marudzisz, bo przed okresem jesteś”. No, pomyśl.

 

A teraz tę sytuację przełóż na swoje dziecko 

Nie zna świata, nie zna nawet swojego mózgu, nie zna zasad, jakie panują na świecie, ledwo co pamięta, jak ma na nazwisko. Jego mózg buzuje, przyswajając milion nowych informacji, przecież wszystkie te okresy występowania „buntu” powielają się z okresami najsilniejszego rozwoju mózgu. To czas, w którym maluch najbardziej na świecie kocha swoją matkę, jest pewny, że ona zrobi dla niego wszystko, a kiedy ona stawia sensowną dla niej granicę, dziecko odbiera to jak najmocniejszy policzek. I się wścieka. To czas, kiedy maluch widzi, że może być niezależny – potrafi chodzić, potrafi już praktycznie sam jeść, potrafi sam zrobić wiele rzeczy, a jednocześnie nie może praktycznie nic. Zupełnie nic, bo albo ktoś mu czegoś zabrania, albo… orientuje się, że jednak nie wszystko mu wychodzi. Czujecie, jak wielką to może wywołać frustrację? Pomyślcie, jakbyście się czuli w pięknym pokoju, bogatym we wszystkie dobra, których nie możecie ani dotknąć, ani zabrać, bo… zamknęli was w niewidzialnej klatce?

 

Między 16. a 23. miesiącem życia następuje „faza ponownego zbliżenia” – malec uczy się, że jest odrębny od matki i doświadcza sprzecznych uczuć wobec niej: od rozczarowania (bo nie pozwala na wszystko) po uwielbienie (bo to z nią chce dzielić wszystkie doświadczenia). To faza konfliktu między potrzebą autonomii a zależności. Nie może więc dziwić fakt, że dziecko w tym czasie czuje się zagubione i jest rozchwiane. – Margaret Mahler, badaczka rozwoju dzieci [źródło]

 

 

Dziecko nie wie. To taka prosta prawda, którą wszystkim rodzicom powinno się literować wielkimi literami. Dziecko nie wie, czemu nie może, dziecko nie wie, czemu nie powinno, dziecko nie wie, czemu tobie zależy, żeby zrobiło konkretnie to, a nie tamto. Mało tego – nawet jak mu powiesz, to zapomni. Cała jego wina, za którą cierpią miliony.

 

 

Jak zrobiłam dziecku krzywdę 

Korzystając z rad, jakie znalazłam w internecie, zrobiłam swojemu dziecku krzywdę. Przykro mi, ale taka jest prawda. Buntując się przeciwko domniemanemu buntowi mojego dziecka, zszarpałam sobie i jemu nerwy, doprowadziłam nas oboje do przepaści, z której albo możemy razem skoczyć i niech się dzieje, co chce, albo się objąć i wrócić, trzymając się za ręce. Wróciliśmy. w najlepszym momencie. I nie puszczam tej ręki do teraz. Nie puszczam jej, kiedy się wścieka, bo nie rozumie, że rzucanie kubkami nie jest sposobem na wycieczkę do babci. Trzymam, kiedy zielone spodenki są ubłocone i nie można ich założyć. Trzymam, kiedy on myśli, że ja słyszę jego myśli i się wścieka, że jednak nie. Trzymam, bo moją rolą nie jest utemperowanie jego rzekomego buntu, a pomoc w zrozumieniu tego, jak ten świat działa  i maksymalne wsparcie w rozumieniu emocji, jakie nim targają.

On tak specjalnie!

Kiedy napisałam o histeriach [też paskudne słowo, wstydzę się go] mojego dziecka, dostałam masę wiadomości i maili od mam, które szukały pomocy i wytłumaczenia zachowania swojego dziecka. Tak wiecie, jak od mamy. Często słyszałam – on to robi specjalnie i włos mi się nad ustami jeżył. Warto pamiętać – kiedy twoje dziecko się złości, nie robi tego specjalnie, nie robi tego tylko po to, żeby cię wkurzyć. Ono krzyczy ci w twarz, a tym krzykiem prosi: błagam, pomóż mi, pomóż mi mamo, zrozumieć, co się ze mną dzieje, błagam. W takiej chwili obarczenie go dodatkowo twoją złością za „marudzenie” i „bunty” jest okrucieństwem.

 

Ono nie wie, dlaczego musi rzucić tym kubkiem. Ono nie wie, dlaczego musi podrzeć tę gazetę. MUSI. Właśnie runęła cała jego wiara w to, że zawsze będziesz robiła to, o co on prosi, właśnie w tym momencie został kompletnie sam ze swoją potrzebą, która twoją potrzebą nie jest wcale, ty chcesz zupełnie co innego. Możesz to sobie wyobrazić? Ono nawet nie wie do końca, co się z nim dzieje. I to możesz sama sprawdzić – zapytaj się swoje dziecko, czy pamięta, co robiło podczas wybuchu złości. Na pewno sobie nie przypomni. To często są zbrodnie w afekcie. To znaczy przez rodziców traktowane jako zbrodnie, bo normalny sąd coś takiego z miejsca by uniewinnił.

 

 

Smutna wiadomość – bunt dwulatka nie minie

Niestety. Ja wiem, że bunt dwulatka słyszy cały świat i pół galaktyki  – doskonale ją pamiętam, do tej pory mam problemy ze słuchem. Ale ściema, że to minie, jest największą bzdurą w historii. Twoje dziecko będzie się rozwijać, jego mózg pracować, jego emocje będą szaleć, a napady złości atakować wcale nie do końca zgodnie z tym, co wymyślili psycholodzy. Masz dwa wyjścia – albo walczyć z tym i tłumić emocje swojego dziecka [nie polecam, o tym wkrótce], albo zwyczajnie się z tym faktem pogodzić i znaleźć sposób na to, żeby skutecznie dziecko na te wszystkie emocje związane z wchodzeniem do świata przygotować i ich nauczyć. I być z dzieckiem, być przy nim w tych najtrudniejszych momentach, wspierać je, nawet kiedy cię odpycha, a przede wszystkim, starać się postawić w jego sytuacji. Ja też, kiedy chłop nie kupi mi czekolady, mam ochotę czymś w niego rzucić.

 

 

Zdjęcie: Olga Pozdina

[jakoś nie mogłam znaleźć wściekłego dwulatka]