Posts in Podróże

Jesienny spacer z komentarzami w tle

mazury
Z ostatniej chwili! Matka wreszcie się przyznała! – Tak, robiłam to, to prawda! – łkała przerażona Matka Tylko Jedna [l.28] – Planowałam to, robiłam z rozmysłem i jedyne, co mam na swoje usprawiedliwienie, to to, że nie sprawiało mi to żadnej satysfakcji! – zapewniała.
– To skandal – powiedział nam w tajemnicy spacerowicz [wiek nieokreślony, aparycja każdego] – to bezsensowne łazić tak z dzieckiem zupełnie bez celu! Jakby nie wiedzieli, po co idą! Dziecko na moje oko jest bardzo zagubione, a matka ma spore problemy emocjonalne. Wiem, co mówię, przeczytałem całe jej trzy posty i mam kilka zdjęć –  będziecie mogli zrobić z tego materiał!

No to robimy!

Kiedy tylko wyszli przez furtkę, zauważyłem wyjątkową nonszalancję ojca, który zamiast trzymać dziecko za rękę, spokojnie dopijał kawę! Panie, tu jest niedaleko skrzyżowanie i mijają się na nim samochody! Z tego co zauważyłem jeden z nich należy właśnie do ojca dziecka, a dwa pozostałe do jego dziadków! To nieodpowiedzialne puszczać tak samopas dzieciaka! A poza tym, widzicie, tam po lewej stronie, koło krzewu – jak źle rower zaparkowali? Jak tak można!
mazury
Ojciec dziecka specjalnie podjudzał malucha do ryzykownych działań. Kazał mu biegać, skakać i odkrywać pobliskie krzaki. Jestem pewien, że dziecko nałapało kleszczy, pcheł i jakiegoś wilka! Co to za pomysł ubrać dziecko w kamizelkę! Przecież to już dawno niemodne!
droga

Rodzice też namawiali synka do bardzo niegrzecznych zachowań. I jeszcze się z tego cieszyli, dziady kopane. Ja bym im język pokazał… Chociaż z drugiej strony, jacy rodzice, takie dziecko… No i jak można tak ciągle przebierać bachora! Kolejny raz widzę go w tym samym, nie masz więcej ubrań?

mazury

Kij ze zdjęciem! Czy ktoś zauważył tę plastikową butelkę na ścieżce?
Pewnie nie podnieśli, bo po co?
mazury
Naiwne próby sprawienia wrażenia, że ojciec zajmuje się dzieckiem spaliły na panewce. Chwilę za rękę poprowadził, a potem sam se poszedł w las. Dziecko [znów!] puszczone samopas na łaskę i niełaskę wrednej matki. 
muchomor

Która usiłowała zainteresować je muchomorem! Muchomorem! Na własne uszy prawie słyszałem, jak mówiła: zobacz, jaki ładny grzybek!
muchomor i kania
O, to są wszystkie grzyby, które mu pokazywała! Prawie wszystkie trujące! Jak można pokazywać na zdjęciach trujące grzyby! Przez takie rzeczy może dojść do tragedii!
Złapana na gorącym uczynku z niebezpiecznym narzędziem w rękach, spojrzała się na mnie bezczelnie i zaczęła maszerować groźnie w moją stronę. Dziecko się wzbraniało, ale jeszcze je namawiała, żeby kontynuowało z nią atak… To jest dopiero hipokryzja. Najczystsze wydanie! I pewnie jeszcze ona zinterpretuje to na swój własny sposób!
 
mazury
Ale wreszcie dziecko postawiło na swoim i wredna małpa oddaliła się zapewne w poszukiwaniu ojca rodziny… Ja bym się nie chwalił publicznie tak spasionym ciałem…
 
mazury
Ona wam pewnie powie, że na spacerze była jesienią, ale na tym zdjęciu widać wyraźnie, że to wczesna jesień! Nie dajcie się zwieść kłamczusze!
 
O, proszę, jeszcze słońce ładnie świeci… Kłamstwo. Kłamstwo. Kłamstwo. Nie ma to jak robić zdjęcia z własnego punktu widzenia.
 
Niszczenie ściółki leśnej podlega karze grzywny! Zamiast tak stać, mógłby cię porządnie przegrzmocić, mendo!
mazury
Grób w środku lasu. Znając matkę i ojca, aż mnie ciarki obeszły, kiedy zobaczyłem, gdzie je zaprowadzili… Przecież każdy wie, dlaczego nie wolno chodzić na cmentarz. Nawet taki mazurski. W lesie.

Na tym zdjęciu po lewej stronie u dołu ma literówkę. Pewnie poprawi, ale co mi szkodzi, żeby 10 tysięcy unikalnych zobaczyło, że ja to zobaczyłem i skupiło się na tej pomyłce? A poza tym odmęty tego jeziora wyglądają przygnębiająco. Wybrałbym lepsze miejsce na spacer. O wiele lepsze.

mazury
Kompletnie beznadziejny kolaż. Widać, że nie miała pomysłu, żeby jakoś te zdjęcia sensownie ułożyć. I ten ojciec. Zamiast dziecko za dłoń, trzymać, to rękę w kieszeni chowa. Co to za pomysł, żeby z dzieckiem po lesie łazić? Nic dziwnego, że się zgubili!
Krążyli po lesie jak jełopy jakieś, a całkiem sensowna i prosta droga była całkiem niedaleko. Ludzie to mają głupie pomysły. W ogóle głupia jest ta matka. I ojciec. I wszyscy. Wszyscy są głupi.
– Ja nie puszczałam tych wszystkich komentarzy, bo myślałam, że one nic nie wnoszą do dyskusji! Ja nie chciałam nikogo rozwścieczyć! – łkała Matka [l. 28] – nie wiedziałam, że na moim blogu powinnam publikować komentarze całkowicie niezwiązane z dyskusją! Nie sądziłam, że nie powinnam interpretować niektórych rzeczy ze swojego punktu widzenia! Od dziś zacznę szukać spojrzeń innych! Obiecuję – zawodziła.
Ale i tak nikt jej nie wierzył. Każdy przecież wie, że to wredna i stara kłamczucha.
[Tak naprawdę miałam dziś dodać ładny słodko-pierdzący wpis o naszym jesiennym spacerze, a samo jakoś tak mi się złożyło w najbardziej niemiłe komentarze, jakie dostałam. I piszę „niemiłe”, a nie „hejterskie”, bo ufam, że ludzie, którzy raczyli je zostawić, hejterami nie są, a zazwyczaj brak im kultury albo po prostu mieli zły humor. Jak i ja miewam. Część z tych komentarzy była opublikowana i toczyłam z anonimami dyskusję, część przepadła w koszu i tylko na mailu mam świadectwo ludzkiej… no właśnie – czego? I czy na pewno ludzkiej? Myślicie, że takie komentarze – opublikowane – wzbogaciłyby naszą dyskusję? Doprowadziły do czegoś nowego?
Niemniej, spełniłam prośby tych, co domagali się [tak, niektórzy się domagali bardzo!], żebym opublikowała ich komentarze na blogu. Trochę później, niż chcieli, ale jednak!
No cóż, słodko-pierdzący tekst nie wyszedł. Może to wina PMS, może po prostu jestem wredna, a najpewniej to jestem wredna, kiedy mam PMS :)]

Wszyscy na pokład, czyli o żeglowaniu z dzieckiem

Żegluję od ponad dwudziestu lat. Po raz pierwszy weszłam na jacht jako niespełna sześcioletni grzdyl. Nie powiem, że mi się podobało, ale z biegiem czasu pokochałam żeglarstwo i poczułam, że to jeden z niewielu sportów stworzonych specjalnie dla mnie. Kiedy pojawił się Kosmyk, pierwszym, o czym pomyślałam, gdy ukazały się pierwsze promienie wiosennego słońca, to… żagle. Jeśli chcecie pobujać się ze swoim dzieckiem tak jak my, zapraszam na kilka porad!

Więcej …

Pensjonat czy hotel?

Wczorajszy wieczór spędziłam na zażartej dyskusji z gośćmi o usługach hotelarskich. Temat mi bliski, nie na darmo w końcu skończyłam turystykę, ale również ciekawy. Mam wrażenie, że nie wszyscy zwracają uwagę na różnice dzielące poszczególne obiekty turystyczne, a na moje pytanie, gdzie nocowaliście, często słyszę odpowiedź – a w takim pokoju.

Wszystko zaczęło się od pytania, kiedy u nas, w Przystani Jaskółka, zaczyna się doba hotelowa. Pytanie wywołało konsternację zarówno moją, jak i babci, ponieważ nasza przystań nie jest hotelem, nie jest nawet pensjonatem z prawdziwego zdarzenia, skąd więc mamy wziąć dobę hotelową?
Ok, jesteśmy obiektem hotelowym – niekategoryzowanym co prawda, ale jednak. Teoretycznie powinna obowiązywać u  nas doba hotelowa. Ułatwiłoby to między innymi takie sytuacje, gdy goście, którzy powinni już opuścić pokój, żebym zdążyła go przygotować na przyjazd kolejnych, śniadaniują już trzecią godzinę pogrążeni w mniej lub bardziej poważnej rozmowie.
Raz, trochę przestraszona, że nie zdążę posprzątać zanim Kosmyk się obudzi i goście przyjadą, wparowałam do kuchni z odkurzaczem i głośno spytałam się mamy: Czy już mogę odkurzać? Na szczęście goście zrozumieli moją aluzję, szybko się spakowali, opuścili pokój i… z powrotem zasiedli do przerwanej rozmowy w naszej jadalni. Ale to już nie było problemem – zresztą, jak już przygotowałam pokój, sama się do nich przysiadłam 🙂
Taka sytuacja nie przeszłaby w hotelu. W większości pensjonatów również. W motelach tym bardziej. Wałkowaliśmy to zresztą na studiach ze trzy semestry. Definicję hotelu jako obiektu hotelarskiego o co najmniej 10 pokojach świadczącego usługi turystyczne i wszelkie związane z tym klasyfikacje potrafię wyrecytować w nocy o północy. Tak samo pensjonatu. Nie chcę tutaj Was zanudzać definicjami [podział obiektów oferujących noclegi znajdziecie na Wikipedii TUTAJ], ale możemy przyjąć, że każdy obiekt, świadczący usługi noclegowe jest obiektem hotelarskim.
A każdy z tych obiektów ma całkiem inną funkcję. W hotelu nie pogadasz z kelnerem o pogodzie i okolicy. W hotelu nie przymkną oka na Twoje spóźnienie z opuszczaniem pokoju. Hotel oferuje mnóstwo atrakcji dodatkowych na swoim terenie, ale rzadko na jego zamkniętej posesji będziesz mógł poczuć klimat miejsca i zachłysnąć się folklorem krainy, którą odwiedzasz. Hotel to standard, do którego jesteś przyzwyczajony. Hotel to brak niespodzianek – jadąc do trzygwiazdkowego hotelu powinieneś wiedzieć dokładnie i zazwyczaj wiesz, jaka będzie cena, jak będzie wyglądał pokój i jakie atrakcje będziesz miał w cenie, a za co będziesz musiał dopłacić.
I to jest dobre. Gdybym była w podróży i chciała zatrzymać się  z dzieckiem szybko na jedną lub dwie noce w jakiejś miejscowości, a nie miałabym czasu szukać w internecie polecanych pensjonatów czy pokoi, wybrałabym przewidywalny hotel, niż nie wiadomo jaki pokój w garażu przy drodze.
Ale już na dłuższy pobyt w jednym miejscu, i to miejscu takim, które bardzo bym chciała poznać, wybrałabym wyłącznie pensjonat lub obiekt, który pensjonat przypomina [czyli taki bez kategorii]. Byłoby to miejsce bardzo podobne do naszej Przystani – gdzie nie ma sztywnej doby hotelowej i jeśli pokój nie idzie tego samego dnia, to nie ma problemu, żeby goście zostali dłużej. Byłby to obiekt, w którym mogłabym poznać gospodarzy, przez moment żyć ich życiem, rozmawiać o regionie, w którym przebywam, lub o miejscu, z którego pochodzę. Byłby to w końcu obiekt, gdzie gospodarze szczerze doradziliby mi, co zobaczyć, a dodatkowo mogłabym zakosztować regionalnych potraw i przysmaków.
Takie mam marzenie – pojechać gdzieś w Polskę i zatrzymać się w miejscu podobnym do naszego. Spojrzeć oczami gospodarzy na atrakcje Dolnego Śląska, popatrzeć na Wisłę w Kazimierzu Dolnym, pochodzić po suwalskich lasach, posmakować morskich ryb.

Na razie marzenie nie do zrealizowania, ponieważ katastrofa goni katastrofę. Aż się boję myśleć o przyszłości, żeby przeznaczenia nie rozśmieszyć. Ale marzenie to nie plan, więc na razie mogę sobie marzyć swobodnie, a do Was mam pytanie – w co powinien być zaopatrzony obiekt hotelowy [pamiętacie – każdy obiekt, który świadczy usługę noclegu], żebyście komfortowo spędzili w nim czas z dzieckiem? Jak myślicie? Co by musiało w nim być, żeby był przyjazny rodzinom z dziećmi?

[A dla ciekawych – plik do pobrania TUTAJ. Znajdują w nim wymagania co do wyposażenia i zakresu usług turystycznych świadczonych przez różne obiekty hotelarskie, w tym hotele, pensjonaty i schroniska. Warto się w tym orientować!]

Wycieczka rowerowa nr 2. Kadzidłowo

Prosiliście, więc wyprosiliście – kilka zdjęć z mojej wyprawy rowerowej, o której wspomniałam TUTAJ. Jak pamiętacie, przejechałam wtedy 10 kilometrów w niecałe pół godziny, co dla osoby, która od miesiąca robi ledwo parę małych kółek z dzieckiem, a od kilku lat w ogóle na rower nie wsiadała, jest nie lada wyczynem! 

W jedną stronę pojechaliśmy z Kosmykiem i babcią samochodem – nasi goście prosili nas, żebyśmy sprawdzili, ile dokładnie kilometrów ma pewna rzadko uczęszczana trasa do Parku Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie. Planują w wakacje przejechać się nią rowerami. A że miałam ochotę zrobić dobrze naszym stałym klientom, zapakowałam do samochodu rower i postanowiłam przekonać się, jak długo zajmie mi przejechanie trasy, którą licznik w samochodzie określił jako dziesięciokilometrową.
 W Kadzidłowie przy okazji pokazałyśmy Kosmykowi zwierzątka. Jest trochę za mały, żeby przejść całą trasę naszego mazurskiego zoo, ale wystarczająco duży, żeby cieszyć się jak dziki na widok parzystokopytnych i ptaszków.

Po krótkim zwiedzaniu, zrobiłam wszystkim „papa”, ukłoniłam się uprzejmie, powznosiłam ręce w górę w geście zwycięstwa i popędziłam przed siebie, by zaraz za zakrętem wywalić się na piaszczystej drodze. No cóż – dobra rada, nie wyruszajcie w dłuższą trasę rowerem, który macie pierwszy raz pod dupskiem.

Po krótkiej, ale szybkiej jeździe opuściłam wreszcie polną drogą i wjechałam do chłodnego lasu. Tu droga była już ubita i twarda, a widoki tak piękne, że musiałam się zatrzymać i cyknąć fotkę chociaż kwitnącemu w pełnej krasie kwiatu czarnego bzu.

Często spotykane w Puszczy Piskiej przydrożne moczary. Gdybym była lepszym fotografem, pewnie uchwyciłabym ten czar baśniowy, który je otacza.

W pewnym momencie droga stawała się coraz jaśniejsza i nie widać już było tak licznych krzewów. Bardzo lubię twardą leśną drogę, także mimo zmęczenia pedałowałam dzielnie!

Ale co mi po tej dzielności, skoro im mniej drzew, tym bardziej piaszczysta droga… A do tego przed moim nosem wyrosła górka. Nic to, zsiadłam z roweru, ale przynajmniej cyknęłam fotki.

Wreszcie wjechałam na asfalt i drogę, która prowadzi do mojego domu. Byłam tak rozpędzona, że nawet wyprzedziłam starego poloneza. Mam nadzieję, że dziadek za kierownicą nie dostał zawału – trąbił, jakbym tyłkiem wypuszczała odwrócone krzyże. No ale już prawie byłam w domu. W Iznocie tylko skręciłam na Gąsior i zostało mi 700 metrów.

I oto jestem w domu. Trzymam się mocno roweru, bo mam wrażenie, że nie ustanę na własnych nogach…

A jeśli już jesteśmy w temacie zwierzątek… Pan kaczor ze swoją żoną [nieobecną na zdjęciu] odwiedza nas regularnie i myśli, że dostanie trochę chlebka… Ale nie dla nas taka zabawa! Pamiętajcie – nie karmcie kaczek i łabędzi! Przyzwyczają się do łatwego pożywienia, a potem zimową porę zamarzną, bo nie będą już umiały zdobyć sobie same żarcia!

Jak już zdążyliście zauważyć, czarny bez u nas kwitnie. Jak myślicie, co mogłabym z niego zrobić?

Wycieczka rowerowa nr 1: TUTAJ