Żyjemy w świecie, w którym światło dochodzi praktycznie wszędzie. Gdy go gdzieś brakuje, ratujemy się lampkami, latarkami, świeczkami, latarniami. Czeka nas świetlana przyszłość, bo już dziś prawie 98 procent noworodków nigdy nie zaznało prawdziwej, czystej ciemności. Światło w naszym życiu jest wszechobecne i nawet nie wyobrażamy sobie, co będzie, gdy go zabraknie.

 

 

Pamiętam moją pierwszą noc w Warszawie. Miałam zaledwie kilka lat, spałam u ciotki na piątym piętrze bloku na Hucie. Mimo późnej pory nie mogłam zasnąć, bo wszędzie było niesamowicie jasno. Przez okna włamywała się poświata latarni przy alejce, z bloku na przeciwko mrugały na mnie okna. Nie mogłam zasnąć, bo przyzwyczajona do mazurskiej, oświetlonej słabym światłem gwiazd nocy, ta noc była dla mnie zwyczajnie zbyt jasna. Kilkanaście lat później, gdy mieszkałam w Warszawie, nigdy nie miałam okazji porządnie się wyspać.

 

Pamiętam też ogniska nad jeziorem. Mieszkałam wtedy dokładnie tu, gdzie mieszkam teraz, w małym domku na skraju lasu. Żeby wrócić z ogniska do domu, musiałam przejść sporo ponad kilometr przez las. Zawsze, gdy wstawałam od zgromadzonych przy ogniu ludzi i się żegnałam, wszyscy pytali się mnie, czy mnie odwieźć a może odprowadzić. Odpowiadałam, że lubię chodzić sama i zanurzałam się w ciemność. Dopiero potem powiedzieli mi, że robiłam coś, na co oni nigdy by się nie odważyli – spacerowałam w kompletnych ciemnościach. Choć dla mnie ta ciemność była naturalna, drogę oświetlały mi gwiazdy i świetliki.

 

Nastały czasy, gdy z czegoś, co było naturalne, robimy nienaturalny dyskomfort. Palimy lampki, lampeczki, światełka, świeczki, odgradzając się od ciemności, która wbrew pozorom jest niesamowicie ożywcza. To ona ustala rytm biologiczny, do którego nasze ciało przystosowywało się od tysięcy lat. To ona też pozwala organizmowi sprawnie funkcjonować – właśnie podczas ciemności aktywują się enzymy, które regulują spalanie tłuszczu i odpowiadają za gospodarkę glukozą. Odgradzając się jasnym światłem od ciemności, odgradzamy się od naturalnego cyklu naszego organizmu, a co gorsze – zapominamy, jak w tej ciemności funkcjonować.

 

Widać to zresztą w komentarzu pod tekstem, który zainspirował mnie do powyższych rozważań [„Jak sypiali nasi przodkowie” – polecam ten tekst, mowa w nim o śnie, ale został tam też liźnięty temat zaśmiecania światłem, co zainspirowało mnie do napisania tego tekstu]

 

Coś mało przekonywujący jest argument o naturalności nocnej przerwy poświęconej odwiedzinom, czy innym aktywnościom. Przecież było czarno jak u murzyna . … ! Większość biedaków nie używała w miarę wygodnych woskowych świec, a jedynie jakieś łuczywa, czy światło z ogniska palonego w kurnej chacie.

 

W artykule mowa była o podwójnym śnie, czyli o tym, że nasi przodkowie spali na dwie tury: najpierw cztery godziny,  potem robili sobie przerwę na podkurek, a potem znów kilka godzin spali. Komentującemu wydawało się to niemożliwe – wstać i funkcjonować przez dwie godziny w nocy – i wcale mu się nie dziwię. Nawet w moim lesie noc nie jest już całkowitym mrokiem. Pomijając źródła światła, do których moje oko już się przyzwyczaiło – gwiazdy, świetliki, poświata księżyca, od ciemności odgradzają mnie wszystkie elektryczne bajery, których nie umiałam sobie odmówić – czerwona lampka na telewizorze, cyfrowy zegar na kuchence, ekran telefonu.

 

Nikłe źródło światła, powiecie? Ale jednak światło, które skutecznie rozprasza całkowity mrok.

 

Co będzie, gdy zgaśnie światło? – myślałam, kiedy przeprowadzałam się z jasnej Warszawy na ciemne Mazury. Wiedziałam, że brak prądu to w naszym lesie standard i byłam ciekawa, jak sobie poradzi z tym moje dziecko, na którego kołyskę każdej nocy padała łuna stojącej przed blokiem warszawskiej latarni. Pomyślałam, że za wszelką cenę uchronię go przed ciemnością i każdej nocy dbałam o to, by najpierw do naszej sypialni [mi lampka w nocy przeszkadza] padała spora łuna światła z korytarza. Potem zakupiłam Kosmykowi lampkę do jego własnego pokoju. Aż którejś nocy padłam wyczerpana i o tej lampce zapomniałam. I właśnie ona, ta całkiem ciemna noc, stała się pierwszą przespaną nocą mojego kilkumiesięcznego syna. Przespał ją spokojnie, przespał ją całkowicie, właśnie wtedy, gdy oprócz kołdry otulał go czysty, nie zabrudzony światłem mrok.

 

Kiedy wieczorem zrywa się wiatr, żarówka zaczyna niebezpiecznie mrugać, nie boimy się ciemności, które za chwilę zapadną i nie szukamy w popłochu świec i latarek. Oswoiliśmy noc na tyle, że nie czujemy przed nią strachu, nasze oczy się do niej przyzwyczaiły na tyle, że gdy znajdujemy schowaną w szafce latarkę i zapalamy świece, przez ciało przechodzi dreszczyk niepokoju. Bo przeszywające mrok światło jest czasem straszniejsze od bezpiecznej, zakrywającej strachy, zwyczajnej i naturalnej ciemności. Przyzwyczajając do niej oczy widzimy tyle, ile chcemy zobaczyć. Nie martwimy się, co się czai za snopem światła. Jesteśmy spokojni.

 

Czasem, gdy wieczorem nasza ręka bezwiednie wędruje do pstryczka lampki, warto tę rękę powstrzymać i chwilę pooddychać ciemnością. Warto też do niej przyzwyczajać od małego dzieci, które żyjąc w świecie całkowicie zaśmieconym światłem, kiedyś, gdy tego światła zabraknie, może się w ciemności całkowicie zagubić. I w zasadzie możecie to odczytywać metaforycznie.

 

DSC_0781

 

DSC_0778

 

DSC_0777

 

DSC_0751

 

DSC_0748

 

 

 

  • Ola Kępka

    Bardzo lubię ciemności i noc. Jak byłam mała to często zimą jeździłam na łyżwach (sadzawka była niedaleko domu) w nocy. Teraz znów mieszkam na wsi, gdzie jest dość ciemno i nocą można spokojnie spać (no chyba że jest pełnia-jak teraz) lub włóczyć po okolicy 🙂 Natomiast jeśli chodzi o światło,to rzadko wyłączają…niestety. Gdy nie ma prądu czas zaczyna płynąć wolniej, wszystko zdążę zrobić i mam czas żeby pomyśleć. Nie wiem jak to wyjaśnić ale przychodzi wtedy taki niezwykły spokój. Fajny tekst 🙂 pzdr

  • Czytałam ten sam artykuł i naprawdę zrobiłam wielkie „wow”. Bo z jednej strony nawet w poradach rodzicielskich namawia się, by uczyć dzieciaki zasypiać w niepełnej ciemności, by mogły spać w różnych warunkach, a z drugiej rzeczywiście gdy ciemność, ciemność to dzieci moje śpią chociażby dłużej, nawet jak się rozbudzają łatwiej jest im zasnąć z powrotem. Teraz już z mniejszymi skrupułami zaciągam te żaluzje zewnętrzne do końca. Niech śpią. Na zdrowie.

    • Z jednej strony fakt – jak się uprzemy, że tylko w ciemności, dzieci potem mogą wymagać tej ciemności i bez niej nie zasypiać, ale z drugiej strony – drzemki w ciągu dnia są za dnia i jeśli jestem zmęczona [tak samo Kosmyk] spokojnie umiemy sobie tę drzemkę strzelić bez zasłaniania rolet 😀 Może więc to wcale nie o przyzwyczajenie chodzi? 😀 Ale nawet jeśli chodzi, sen w ciemności jest o tyle zdrowszy, że chyba warto ryzykować 🙂

      • Może nie tyle o sam sen, ale o jego długość 😉 Największy problem z tą ciemnością w czasie snu nocnego, bo o nim w sumie chyba mowa (z drzemkami w dzień o dziwo stopień jasności niewiele ma do czynienia ;), jest sytuacja pobytu gdzie indziej niż dom, gdzie nie mam możliwości zapewnienia takiej ciemności. Pobudki wtedy skoro świt, a jak świt o 4.30 to co by się dziecko przejmowało i przekonać do dalszego spania się nie da, bo „przecież jest dzień, mamo!”. Wszelkie babcie i ciotki nasze wiedzą o czym mówię 😉

  • Lucy B.

    Niestety mieszkam w miescie, ale zasypiac lubie w kompletnych ciemnosciach, wiec kazdego wieczoru zanim poloze sie do lozka, opuszczam czarna rolete i zaciagam zaslony. U syna w pokoju robie to samo chociaz on od ponad roku (ma 7 lat), zapala sobie mala lampke do spania – nie wiem skad mu to przyszlo, bo przez pierwsze 2 lata zycia zasypial w kompletnych ciemnosciach, nawet w dzien podczas drzemki musial panowac polmrok w pokoju. Pozniej wystarczala opuszczona czarna roleta, az pewnego dnia zazyczyl sobie lampki nocnej i przy niej zasypia. Ja za to przez cala noc musze miec egipskie ciemnosci i kazde okno na pietrze jest zasloniete, za to spanie poza domem jest dla mnie zawsze stresujace, bo zdecydowana wiekszosc ludzi ogranicza sie do firanek w oknach… wiec latem potrafie juz nie spac od 4ej :(((

  • Agnieszka Granatyr

    Uwielbiam ciemność. Od razu kojarzy mi się z dzieciństwem i podlaską wioską i moją pachnącą racuchami babcią, albo górami, czy w końcu rejsami morskimi. A ile wtedy widać gwiazd…

  • Nie lubię tylko ciemności, której nikt nie rozjaśnia. Takiej w burzliwa noc, gdy ani księżyc ani świetliki nie mają zamiaru nic zaświecić. Bo wtedy każdy klocek na podłodze bywa zaraz przeszkodą nie do ominięcia (ała!)

  • Teresa Podolak

    Zgadzam się z Joanną. Dziś brak ciemności, a my sami ją odsuwamy i chyba się boimy. Wychowałam się na wsi, w starym domu, w czasie mego dzieciństwa oraz dorastania ciągłą bolączką były przerwy w dostawach prądu. Osobiście uwielbiałam te chwile i z radością szukałam świec, zapałek. Do dziś lubię ciemność, nie boję się jej. Jak wracam do rodzinnego domu, to lubię posiedzieć na dworze w samotności. Mój mąż wychowany w mieście i energetyk z wykształcenia, w ogóle tego nie rozumie. Razem z moimi dwoma siostrami mamy jeszcze „dar”, widzenia w ciemności. Chodząc nocą po swoich domach lub mieszkaniach, nie potrzebujemy światła. Wcale. Nawet, jak jesteśmy w nowym miejscu, „zapamiętujemy” mapę pomieszczenia i idąc nocą do toalety nie świecimy świateł. O nic się też nie potykamy. Taka umiejętność, chyba wyniesiona z dzieciństwa i związana z życiem w mroku. Kiedyś byłam na pokazie astronomicznym i tam pan profesor mówił, że w Polsce nie ma już prawdziwych ciemności. Światła miast są tak mocne, że niektóre gwiazdy, kiedyś pięknie widoczne, były oglądane nad polskim niebem… w latach sześćdziesiątych! I to Bieszczadach. Od tamtej pory gwiazd tych, tuż na widnokręgiem, już nie widać.
    Pozdrawiam
    bardzo lubię czytać Twój blog Joanno
    Teresa Podolak