Czasem, kiedy w ciągu dnia napadnie mnie tak zwany noworodkowy muł i muszę trochę odespać nocne karmienie, włączam Kosmykowi bajkę, proszę, żeby położył się obok mnie i dzidziusia do łóżka i odpływam na przynajmniej pół godzinki w cudowną drzemkę. Już w ciąży te dzienne drzemki przetestowałam z Kosmykiem do perfekcji i niejeden raz pozwoliły mi one przeżyć do wieczora w miarę spokojnie. Ale że zawsze staram się wiedzieć, co mój syn ogląda, tak też i kilka dni temu zwróciłam uwagę na nowy odcinek „Tosi i Tymka”. A w nim wszyscy chodzili na paluszkach, bo w nosidełku spało niemowlę. Nie można było się głośno odezwać, nie można było nic zrobić, bo w nosidełku, w drugim pokoju spało niemowlę. Niemowlę spało! Cicho musiało być!

 

 

Niemowlę w końcu obudziła dzwoniąca komórka. Dzieciak otworzył oczka i wyglądał na całkiem zadowolonego. Okrzyki radości Tosi i Tymka były głośne. Ale i tak nie obudziły mojego własnego niemowlaka. Moje dziecko wie, że w ciągu dnia ludzie zazwyczaj żyją.

 

 

 

Cały trik ze snem niemowlaka nie polega na tym, żeby skłonić go, by spało jak najdłużej. Ten trik polega raczej na tym, żeby sen niemowlaka trwał najdłużej wtedy, gdy jest najbardziej efektywny: w nocy. Pielęgnowanie i celebracja w ciszy dziennych drzemek to trochę takie zamknięte koło – dziecko wybornie śpi w dzień, a w nocy dostaje szaleju w głowie i zasnąć nie może. A to mucha lata, a to kaloryfer warczy, a to za oknem ktoś się pałęta. Wszystko to, co za dnia wyciszała mamusia, żeby dziecko się wyspało, w nocy może być problemem.

 

 

 

Ja nie chcę takiego problemu. Gdy Adaś [a wcześniej Kosmyk] drzemie w dzień, nasze życie nie zamiera na czas snu dziecka. Nie staram się wyciszyć mieszkania, nie chodzę na palcach, nie fukam na gości. Ot, żyjemy sobie jak zwykle, może bez wybitnych wrzasków i hałasów, ale radio czy telewizor mogą sobie grać, czemu mam przerywać lubiany program, skoro jest dzień? W efekcie mogę sobie spokojnie porozmawiać z odwiedzającą mnie koleżanką, szczekanie Kory nie budzi mojej frustracji, a zabawa Kosmyka wcale nie musi być przerwana.

 

 

Nie wiem, czy to, co robię, będzie miało jakieś przełożenie na przyszłość. Znam sporo ludzi wychowanych w ciszy, którym nic w spaniu nie przeszkadza. Znam też sporo, których budzi byle szmer. Wiem, że śpiący Kosma zaśnie w każdym miejscu i w każdych warunkach, jakie go w senności zastaną. Czy to zasługa mojej teorii? Być może.

 

 

Ale nie o teorię tu chodzi, ale o mój ukochany rytm dnia, który wielokrotnie uratował mi pupę z nadruchliwym dzieckiem. Od samego początku jednemu i drugiemu synkowi staram się zasugerować tym rytmem, że pewne rzeczy robimy w określonych porach. Drzemka w dzień? Bardzo proszę! Ale nie za długa, bo cały dzień przed nami, wszyscy są czymś zajęci, mają mnóstwo rzeczy do zrobienia. A czas snu jest wieczorem i wtedy właśnie przychodzi spokój. Gasimy światła, włączamy delikatną lampkę, puszczamy kołysanki, staramy się być trochę ciszej, żeby dać wyraźny sygnał, iż oto nadchodzi czas odpoczynku, czas relaksu i ciszy.

 

 

Adasiowi od pierwszych dni przekazujemy ten tryb. I znów nie wiem, czy to dzięki temu młodszy syn odpada w krainę snu już koło dziewiątej wieczorem, budząc się jedynie dwukrotnie na karmienie, po którym [w okolicach północy] zasypia już na twardo? Budzi się dopiero koło piątej, szóstej na śniadanko i znów zasypia na kilka godzin. I ok, w ciągu dnia nie śpi dużo – sporą część drzemek sama zakłócam, bo odpowiadając sobie na pytanie, czy można żyć przy śpiącym dziecku, zawsze mówię sobie: tak.

 

 

 

  • Powiem ci, że to sporo, oj sporo zależy od dzieciaka jednak. Choć z jednej matki, to moje dwie to różne dziouchy pod względem spaniowym ( i nie tylko ;). Choć zachowujemy podobne (chyba?) podejście, rytm dnia, to samo miejsce do spania, to jak Lulka w dzień spała w miarę spokojnie i nawet brzęk tłuczonego talerza jej nie wybudzał, to Anka kima z jednym okiem półotwartym jak zając pod miedzą. Można by powiedzieć, że pewnie Anka ma gorzej bo ma do dyspozycji starszą siostrę wydającą różne odgłosy, ale nawet gdy Lulka chodzi do żłoba to w dzień Anka śpi jak śpi czyli częściej nie śpi 😉

  • My z pierwszym na palcach, za każdym razem kiedy zasnął. Do dziś ma kłopoty ze snem. Drugi jak na razie dwa miesiące w hałasie. Czasem pomarudzi, czasem go obudzimy ale noce podobne do Waszych. Póki co. 🙂 (odpukać)

  • Beta Kobieta

    Oj tez stosowałam podobną metodę- w dzień nawet jeśli ja drzemałam z dzieckiem to przy włączonej muzyce. W nocy zaś cisza. Plus w dzień sen może nie w pełnym słońcu ale bez zaciągania zasłon i innego zaciemniania (zima przy włączonym świetle). I mam takie same wnioski – dziecko mi szybko przesypiało noc, choć w dzień spało mało. Przy kolejnym tez sprawdzę.

  • Jedno, co wiem, to tyle, że jak sobie rodzic wymyśli sposób na dziecko, to ono mu zaraz wywinie taki numer, że cały misterny plan idzie w drobny mak. Ale to fakt, że lepiej nie kłaść dziecka spać w „dźwiękoszczelnym” otoczeniu, bo powiedzmy sobie szczerze: gdzie dziś, nawet w nocy, jest tak naprawdę cicho? Gdy byłam mała, pamiętam że miałam trudność z zaśnięciem, kiedy nie grał telewizor w kuchni i nie słyszałam późnowieczornej krzątaniny rodziców. Moja najmłodsza siostra, panienka już, nie umie zasnąć na dobre bez wsłuchiwania się w szalone stukanie klawiatury starszej z mych młodszych sióstr. Podlotkiem będąc często zasypiałam popołudniu do Massive Attack czy Nirvany i do dzisiaj mnie ich muzyka nieco usypia… 😉 nie należy lekceważyć siły przyzwyczajeń.

  • Marta W

    Zdecydowanie zgadzam się z Matką Debiutującą. Przy drugiej córce mieliśmy generalnie (początkowo) totalny luz, a trafił nam się taki egzemplarz, którego drzemki potrafiły trwać… 7minut. I nie- no to już było dla mnie jednak za krótko. Dziewczynka ewidentnie potrzebowała ciszy. I dla własnej wygody fundowałam ją Jej. Ile można się zastanawiać co mam przez te 7minut zrobić 🙂

  • U nas było tak, że na początku dziecko spało w dzień przy mnie, w salonie (sypialnie są na piętrze, bałam się go tam zostawiać – potwornie ulewał, więc spał głównie na brzuchu, a roboty za dużo, żeby siedzieć z nim i patrzeć jak śpi). Jednak nie wysypiał się, a przez to był płaczliwy, marudny, praktycznie nie do ujechania. No to przenieśliśmy go po trzech miesiącach do jego pokoju (również w nocy, bo dotychczas spał przy nas i budziło go, jak na przykład drapałam się po nosie): zamknięte drzwi, cisza, spokój (chociaż bez przesady, krzątam się na dole normalnie, nie na palcach). Wszystkie problemy ze snem zniknęły. Zaczął spać po 18 godzin na dobę (teraz ma dwa lata i śpi… 14 godzin!), z czego 10-12 w nocy bez pobudki.

    Potem tylko potwierdziło się to, co podejrzewaliśmy: że trafił się nam wrażliwiec (nadwrażliwość na światło, hałas, ale też niektóre ubrania, jedzenie, a nawet w kontaktach z ludźmi). Tak czy siak z zazdrością patrzę na dzieci, które zasypiają tam, gdzie stoją (na zakupach, w wózku, w aucie, na spacerze i w salonie), choć wiem, że mogłabym stanąć na rzęsach, a mojego do tego nie przyzwyczaję. Sukcesem i tak jest to, że jak już zaśnie, to można prowadzić normalne życie, bo w pierwszych miesiącach potrafił spać z jednym okiem otwartym i reagować dosłownie na najmniejszy szmer.