Och, kiedy piszę ten tekst praktycznie jest już po świętach i nie byłabym sobą, gdybym nie skomentowała tego, co mnie uderzyło. Może lekko, bo święta spędzaliśmy w sprawdzonym gronie, ale tak delikatnie ukuło dokładnie wtedy, kiedy najstarsza w rodzinie zakrzyknęła: A teraz dzieci, powiedzcie wierszyk, żeby dostać prezenty!

 

 

Ja, oczywiście, pokręciłam głową w kierunku starszego, żeby nie przywiązywał się do tej uwagi i spokojnie odebrał swoje prezenty, ale kiedy wręczaliśmy podarki dla babci, miałam ochotę również poprosić ją o zapracowanie na swoje upominki. A potem przypomniała mi się wymiana maili  z czytelniczką, która skarżyła się, że córka jej siostry i sama siostra nigdy nie jest wdzięczna za prezenty. Sprawa była trochę bardziej skomplikowana, ale uderzyła mnie, jak często czytelniczka powtarzała, że ona „uczy córkę, że trzeba się cieszyć z wszystkich prezentów”. I miałam zgrzyt, bo jak ona to robi? Że zmusza córkę do okazywania uczuć, których nie czuje? Że nawet jak córka dostanie gówno w papierku to powinna się cieszyć i skakać z radości, że ładnie opakowane? No proszę, są takie prezenty, za które wystarczy samo „dziękuję” i tyle. Zmuszanie dziecka do cieszenia się z tego, co mu się nie podoba wywoła bunt, wewnętrzny sprzeciw, ostatecznie niechęć do przymuszającego i tego, który obdarował.

 

 

 

Nie można zmuszać człowieka do odczuwania określonych uczuć – po prostu nie można. 

 

 

Co więcej, dziecko wręcz nie powinno się cieszyć ze wszystkiego, co dostaje, bo przecież kiedyś musi sobie wykształcić trzy podstawowe świadomości:

 

  • świadomość, że wie, czego chce, a czego nie chce
  • świadomość, co mu się przyda, a co mu się nie przyda
  • świadomość tego, że może odmówić przyjęcia czegoś, czego nie chce.

 

 

Umiejętność odczytania tego, czego potrzebujemy, czego chcemy i co nas cieszy, a co denerwuje jest jedną z najbardziej zaniedbanych sfer w dorastaniu człowieka i widzę teraz, po dorosłych, jak wielki mają problem z nieprzyjmowaniem rad innych, uleganiem sugestiom innych, przyjmowaniem tego, czego nie chcą i z samą wiedzą o tym, czego im naprawdę potrzeba, bo wpajało im się od dziecka, że mają być wdzięczni za jakikolwiek objaw zainteresowania. Psychologowie, coache, trenerzy personalni od zakupów, umiejętnego odmawiania, poczucia własnej wartości, oczyszczania przestrzeni zbijają fortunę na błędach, jakie popełniono na nas w przeszłości, bo nauczono nas, że się nie odmawia, że trzeba być zawsze uprzejmym i należy udawać, że nie czujemy tego, co czujemy. Nikt nie powiedział nam, co robić z frustracją, jaka z tego wynika. Nikt nie powiedział nam, że mamy prawo czuć, co czujemy i nawet jeśli nasze odczucia są inne niż u reszty – mamy do nich prawo i mamy prawo postępować zgodnie z nimi. I nie można zmusić do uczuć, których nie ma – tak jak nie można zmusić kobiety do pokochania przypadkowego mężczyzny, tak nie można zmusić dziecka do okazywania radości z czegoś, co mu się nie podoba.

 

 

Prezenty są prezentami, a nie wynagrodzeniem za pracę

 

 

I to jest najważniejsze – nie uczmy dzieci, że mają się cieszyć ze wszystkiego, co dostają, uczmy je, że mogą odmówić, że nie muszą przyjmować wszystkiego jak leci, że mogą kwestionować przydatność czegoś i przede wszystkim – że  prezenty nie zobowiązują nas zupełnie do niczego. Bo prezenty są niezobowiązującym do niczego darem darowanym z potrzeby serca i z chęci sprawienia komuś radości i w sumie z racji tego faktu – czy należy oczekiwać za nie czegokolwiek? Jeśli dajesz komuś prezent, to nie po to, żeby on coś ci za to zrobił, ale po to, żeby sprawić mu radość. Jeśli oczekujesz, czegoś innego niż radości – to wtedy nie jest prezent, ale czysta transakcja. Zmuszanie dzieci do okazywania wdzięczności za coś, co darowane jest z dobrego serca, jest poważną pomyłką, bo co, jeśli prezent się nie spodobał i nie czujemy ani radości, ani wdzięczności, a tylko zażenowanie? No przecież są takie sytuacje!

 

I kolejna sprawa – pokazanie dziecku, że za prezent należy coś zrobić „zaśpiewać piosenkę, powiedzieć wierszyk lub cokolwiek” jest totalnym błędem uczącym dzieci, że muszą się za każdą rzecz darowaną odpłacać. Dziś musi powiedzieć wierszyk za kilka paczek prezentów, jutro zrobi loda w galerii za nowe spodnie, pojutrze puści się naszyjnik. Moje dywagacje idą w dość radykalną stronę, ale niestety tak to działa. Zamiast uczyć dzieci tego, że mogą wziąć prezent, jeśli im się podoba i świadomości, że dana rzecz nie wymusza na nim żadnych zobowiązań, pokazujemy, że prezent nigdy nie jest za darmo i coś trzeba za niego zrobić. Zamiast pokazać, że prezenty są wyrazem naszych uczuć w stosunku do dzieci, pokazujemy, że nawet na te uczucia dziecko musi zapracować, coś zrobić, że nie dostanie od najbliższych mu ludzi niczego za darmo. Jakby miłość rodziców i bliskich była czymś na co trzeba zapracować. No cóż. Nie tędy droga.

 

 

 

 

 

PS. Wiem, że kilka osób czyta zerojedynkowo i ma trudność z wyłapaniem treści między wersami [spodziewam się, że zaraz ktoś stwierdzi, że wychowuję niekulturalne dzieci, które nie przyjmują prezentów], więc powiem łopatologicznie: uczmy dzieci uprzejmości i tego, że się dziękuje. Niekoniecznie za same prezenty, ale za samą chęć obdarowania prezentem. I tyle. Nic więcej nie trzeba.