Rzecz się tyczy niepozornego moim zdaniem, wrzuconego spontanicznie i napisanego dość szybko statusu z Facebooka, w którym to statusie opisałam niezwykle mało elokwentną oraz wulgarną rozmowę z moim dzieckiem. Rozmowa jak rozmowa, status jak status, ale wyszła tam na jaw rzecz, której w sumie nie ukrywałam nigdy, ale z racji szerokiego  zasięgu tego jednego posta [przekaz trafił do jakichś dwustu tysięcy osób] ta wiadomość dotarła do wielu: otóż mój dwulatek nie mówi. A raczej mówi mało. I niezbyt poprawnie.

 

 

 

I co z tego? No nic. Pierwszy syn zaczął mówić dość szybko i dość poprawnie. Miał chyba półtora roku i specjalnie przejrzałam archiwa bloga ze znalezieniem jego dialogów, bo naprawdę wymiatał: znał mnóstwo słów, tworzył zdania i ku mojemu zdziwieniu dość rzadko je przekręcał, ta mania włączyła mu się dopiero jakiś rok temu, kiedy poznał uroki słowotwórstwa i zaczął sam tworzyć dziwne, niezrozumiałe nazwy. Idąc tym tropem, młodszemu synowi mogłam postawić wysoką poprzeczkę, wszak brat w jego wieku potrafił mnie zaskoczyć takim tekstem:

 

Sylwester. Zabawa trwa. Kosmyk biegnie do pokoju gości i wraca stamtąd z plasterkiem sera w łapce.

 
– Mamo, mam ser! Lubię ser! Ludzie mają ser.

– My też mamy ser, Kosmyku. Mogłeś wziąć z naszej lodówki – odpowiada, zdumiona namiętnością synka do nabiału, matka.
 
– Nie, ludzie mają dobry ser. Ja lubię ser ludzi!
 
I to był tekst dziecka, które za miesiąc po tym dialogu kończyło dwa latka. Ostro, nie? Ale z racji tego, że nie lubię porównywać swoich dzieci, młodszy zaczął z białą kartą. Na szczęście nie mam dobrej pamięci do dat ani ważnych wydarzeń. Żeby sobie coś przypomnieć, zaglądam do notatek, na fejsa, bloga, pytam znajomych, ale nie mam na to ciśnienia. Dopiero na potrzeby tego tekstu zajrzałam do starszych tekstów, żeby zdumieć się, że przepaść w mowie między starszym a młodszym jest… ogromna. Młodszy wypada bladziutko przy starszym bracie. Ale wiesz, co? To dobrze. To bardzo dobrze. Już pomijam to, że nie muszą, nie powinni i za wszelką cenę nie chciałabym, żeby między sobą rywalizowali w jakimkolwiek aspekcie, a już szczególnie o moją miłość i a k c e p t a c j ę*. Są jacy i są i z całym szacunkiem dla starszaka, myślę, że jego  wybitność w mowie młodszy u z u p e ł n i** kilkoma innymi cennymi zdolnościami, na przykład aktorskimi.
* oraz ** akceptacja i uzupełnienie. Myślę, a nawet mam dowody, że tak jest, że człowiek w całym swoim życiu potrzebuje najbardziej akceptacji w budowaniu swojego poczucia własnej wartości. Jeśli wciąż słyszy, że ktoś tam jest lepszy, zdolniejszy, jest mistrzem, że to i tamto robi źle, tamtego nie umie, tamto mu nie wychodzi itp., jeśli ciągle jest poprawiany, strofowany, krytykowany, to nawet zapewnienie „i tak cię kocham” brzmi sucho i wcale nie pomaga w zaakceptowaniu siebie. Jeśli myślę o wychowaniu moich dzieci, to myślę o tym, że to są dwie różne osoby, z różnymi zdolnościami, wcale nie zarezerwowanymi tylko dla jednego. Ludzie są po to, żeby się uzupełniać i wtedy dopiero są w stanie działać wspólnie i akceptując siebie, akceptować innych.
 

Bardzo ciężko z dzieckiem, które nie mówi… jest zachować powagę 

Swoją drogą, dopiero przy drugim dziecku odkrywam uroki prawdziwego dziecięcego, rozkosznego, słowotwórstwa, tych wszystkich „niam niamów”, „jałów”, „hałów”, „hujów”, „kukajek”, „ja siamów”, Strażaków Chamów i Bobów Budowniczych [których starszy syn olewał]. Dziecko, które zaczyna szybciej mówić, ten etap przechodzi ekspresowo, ciężko to zapamiętać. A tego gadania jest na dodatek tyle, że w sumie zapamiętać wszystko jest niemożliwością.
 
Ale do rzeczy.
 

– Huja! – zakrzyczał uszczęśliwiony dwulatek.

Dodałam ten status [skopiowałam go i jest dostępny na blogu tu] i z bananem na twarzy czytałam o potyczkach językowych innych maluchów, upewniając się, zresztą, że to nie moje dziecko jest patologiczne, a po prostu język trudny i sprawia tyle kłopotów, dążąc nieświadomie do bezeceństwa :D. Ale w pewnym momencie do głosu doszli chyba nieznający ani bloga, ani nas, po prostu ktosie i pojawiły się komentarze mniej więcej w takim tonie:
 
„Ja, na twoim miejscu, to bym poszła do logopedy”.
„Nie wiem, ile twoje dziecko ma lat [w tekście było, o dziecku w jakim wieku mówimy], ale migiem do logopedy, to trzeba leczyć!
„Szybko do logopedy, dziecko nie powinno tak mówić!”
„Ja to bym pędem leciała do lekarza z czymś takim”
 
Pojawiły się też komentarze totalnie wyśmiewające:
 
„Z dwulatkiem do logopedy? Oszalałaś!”
„No pewnie, dzieciaka od najmłodszych lat po lekarzach ciągać”
 
I jakkolwiek nie podobają mi się komentarza na zasadzie „napiszę jej tak, żeby wiedziała, co ja bym zrobiła, a jak nie weźmie ze mnie przykładu, to okaże się debilką” lub próby zdiagnozowania mojego dziecka na podstawie jednego tekstu, tak samo zaniepokoiła mnie z drugiej strony próba wyśmiania faktu chodzenia do logopedy z małym dzieckiem. To jak najbardziej ma sens, zainteresowanych odsyłam do tekstów mojej koleżanki, logopedy z wykształcenia: „Rozwój mowy w drugim roku życia” oraz „Logopeda radzi”  oraz bardzo ważny „Mowa dziecka w pierwszym roku życia”
 

Do logopedy z małym dzieckiem?

Tak, z dwulatkiem można chodzić do logopedy, nawet z mniejszym dzieckiem, jeśli jest coś, co cię niepokoi. Ale można też nie chodzić, jeśli uważasz, że wszystko jest w normie, nic cię nie martwi i przede wszystkim widzisz postępy, bo dziecko uważnie obserwujesz. A nie jesteś w stanie zobaczyć postępów, jeśli oceniasz coś po jednym tekście dziecka lub po krótkiej chwili obserwowania go. Naprawdę.
Niechże zresztą zacytuję Wiolę Wołoszyn, autorkę linkowanych wyżej tekstów:

Jeżeli martwicie się o rozwój mowy Waszych dzieci i zastanawiacie się, czy czas już zgłosić się do logopedy, podrzucam Wam tabelkę przedstawiającą rozwój dziecka w obszarze mowy, opracowaną przez prof. Waltera Strassmeiera [tabelka w tekście tutaj]. Po lewej stronie znajdują się miesiące życia dziecka, w czasie których dana umiejętność powinna zostać opanowana. Jeżeli Wasz maluch odbiega od tych norm, jako logopeda pozwalam Wam dać dziecku 2 miesiące na to, aby nadgoniło jakąś umiejętność. Nie dłużej.

Bardzo polecam wejście w teksty Wioli i poczytanie o rozwoju mowy dziecka, również tutaj. I dzięki Wioli zupełnie się nie przejmowałam tym, że mój syn mało mówi. Nic a nic. Bo mimo że zaczął mówić późno, to wciąż był w normach. Jasne, nie wymawiał niektórych słów w powszechnym mniemaniu prawidłowo, częściej wolał pokazać coś niż powiedzieć, tworzył swoje własne wyrazy i konstrukcje zdaniowe, ale wciąż robił to, co dwulatki powinny robić mniej więcej w danym okresie, wciąż poszerzał słownictwo i… taki po prostu był i jest.  Kiedy mówiłam mu, że za oknem stoi kot, to on powtarzał, że „jał toi” i obydwoje mieliśmy rację i oboje byliśmy w kompletnych normach wiekowych.

 

Normalnie, jak wszyscy.

I specjalnie czekałam z tym tekstem kilka tygodni, żeby tylko potwierdzić, że mam rację. Adasio nadal używa swoich dziwnych konstrukcji słownych, pewnie wylądujemy u logopedy za jakiś czas [a może nie?], ale jego język wzbogaca się z każdym tygodniem. Co tydzień dochodzi od trzech do pięciu nowych słów, zaczynają się pojawiać zdania i to całe straszenie mnie chorobami, przyszłymi problemami logopedycznymi [starszak świetnie wspomina pracę nad jego „r” –  pozdrawiamy naszą panią z przedszkola!], a najlepsze – straszenie mnie autyzmem było naprawdę niepotrzebne. Dziecko z autyzmem nie reaguje, ma swój świat, nie nawiązuje specjalnie kontaktu i jeszcze kilka innych poważnych rzeczy się z tym wiąże. A mój syn jest wesołym, żywym, kontaktowym, chłopcem, którego jedyną przywarą w rozumieniu ludzkim jest to… że nie chce mówić „normalnie”, jak wszyscy. A w czasie pisania tego statusu nie miał nawet dwóch i pół roku [wiecie, ile czasu zajęło mi policzenie tych miesięcy? :D].   W każdym razie jeszcze nie musiał mówić normalnie.

Wierzę w to, że czasem zwrócenie uwagi na jakiś problem może bardzo pomóc, ale wydaje mi się, że zbyt często robimy z siebie wszystkowiedzących lekarzy i straszymy matki na wyrost. Choć też jest zwrócenie uwagi i Zwrócenie Uwagi. Inaczej brzmi „nie martwisz się, że dwulatek nie mówi”, na które mogę odpowiedzieć „Nie, bo… ” [i wyliczyć, dlaczego się nie martwię, że jeszcze jest czas na rozwój mowy itp., rozwiewając  przy tym wątpliwości]. A inaczej „Pędem do logopedy!” lub „Jeszcze się tym zajęłaś? Ja bym już była u lekarza!” [w domyśle: jestem dobrą matką, dlatego tak bym zrobiła, a ty jesteś ta zła].

Kiedy twój dwulatek nie mówi… nie przyjmuję skierowań od tych lekarzy

Nie przejmuję się takimi tekstami. Obserwuję swoje dziecko, pilnuję tabelki, rozmawiam z nim, reaguję na te jego twory, podejmuję rozmowę, czytam, opowiadam, a do logopedy pójdę  wtedy, kiedy naprawdę nie zobaczę ani postępów, ani żadnej poprawy. Za skierowania od domorosłych logopedek, które nawet mojego dziecka nie znają ani nawet nie wiedzą, ile ma lat, serdecznie podziękuję.

 

 

 

A mój syn totalnie się rozgadał. W 26 miesiącu życia [policzylam!]. W górnej granicy tabelki.

 

I fajnie.

 

 

 

 

 

Dla chcących poczytać dwulatkowi polecam świetną książkę Wioli „Jano i Wito w trawie”. Jej debiut. Książeczka jest cudowna, obaj chłopcy ją lubią, ma mnóstwo onomatopei i Kosmyk uwielbia ją czytać bratu. Żeby rozwiać wątpliwości i dodać smaczku – to z przyjściem do nas tej książeczki i po jej wielokrotnych lekturach, Adasio zaczął jeszcze więcej gadać. 

 

  • Olga

    Mój zaczął więcej gadać jak skończył 2,5 roku (24 miesiące + 6 to będzie…30 miesięcy!) a teraz gada jak najęty i czasami mam dość jak 50 raz słyszę „Dlaczego? A ciemu? Gdzie? Dlaczego? Czemu?” a jeszcze nie dotarliśmy do drugiego śniadania. Buzia mu się nie zamyka… nawet ostatnio zaczął podśpiewywać na całe gardło „Ziabka kum kum, ziabka kum kum! Ziabka nie huhała mamyyyyy! Ziabka nie huhała MAAMYYYY!” 🙂 i tak jak przed magicznym 30 miesiącem mieliśmy regularny przyrost 4-10 słów na miesiąc tak potem lawinowo po kilka na dzień – szaleństwo 😀

  • Bo każde dziecko rozwija się inaczej… Mój pierwszy syn w wieku dwóch lat nawijał zdaniami. Drugi syn w wieku dwóch lat mówił tylko „mama”. Poczekałam cierpliwie… w swoim czasie nadgonił zaległości. Trzecia w kolejności córeczka też się nie spieszyła z mówieniem – teraz nawija jak najęta. A czwarta i jak na razie ostatnia nasza kruszynka – jeszcze nie ma półtora roku i już widzę, że będzie jak pierworodny, bo codziennie uczy się nowego słówka. I co? I nic 🙂

  • Natalia Belzyt

    Kocham takie komentarze. Spotkałam się kilka razy z takimi niemowami. Znajomej synek chociaż starszy (ok 4 lat) bardzo malutko mówił. W luźnej rozmowie spytałam czy jak się tak niepokoi czy była u logopedy, który stwierdził, że wszystko jest w normie(co jej jednak nie uspokoiło). No i przypadek znajomego który wręcz był dziwny, jako dziecko nie mówił, rodzice ciągali go po lekarzach bo chociaż przejawiał inne zdolności nie mówił i już, za to kochał bawić się encyklopediami. I gdy rodzice już byli w trakcie diagnozy w kierunku jakiejś afazji dziecię w wieku lat 5 powiedziało coś pełnym zdaniem i poprawną polszczyzną, rodzina osłupiała, jak doszli do siebie spytali czemu nie mówił powiedział ” A o czym miałem z wami rozmawiać?” . Dzisiaj projektuje roboty dla stoczni niemieckich 🙂

  • Beata Mama 24h

    Moja córka na poziomie Twojego dwulatka mówiła do piątego roku życia, a potem bum i zaczęła mówić płynnie. Synek ma dwa latka i dwa miesiące i mówi mało nie łączy jeszcze słów czasem tylko mu się uda.

  • Cóż tu dodać, skoro temat idealnie wyczerpałaś? Mogę Ci jedynie przyklasnąć. 👌😁

  • Aga z www.makeonewish.pl

    W mojej rodzinie do dzis krazy opowiesc o 3 letniej mnie ktora stoi pod mebloscianka i robie: meee meee. Moj tato przeszukal wszystkie ksiazki w poszukiwaniu kozy albo owcy. Okazalo sie ze chodzilo mi o banana. Do dzis wszyscy z tego zartuja. 3 letnie dziecko a mowilam Ponoc tylko: mama tata baba dada nie tak aa papa amam. Rodzice byli ze mna u logopedy. Byli zaniepokojeni poniewaz moja o 2 lata strasza siostra gdy miala 3 lata recytowała z pamieci dlugi wiersz na jakims weselu. A ja taki gamoń 3 lata i mowa jak dzidsius. Ponoc przyszedl taki dzien ze z kompletnego nic nie mowienia zaczelam mowoc zdaniami. Teraz buzia mi sie nie zamyka. Nadrabiam 😉

  • Kasia Sokołowska

    Z tym nie nawiązywaniem kontaktu przez dzieci autystyczne do akurat nieprawda. Tzn. Są takie dzieci autystyczne Ale są też takie, które są bardzo kontaktowe chociaż brakuje im umiejętności wchodzenia w relacje. I mimo, że dziecko chce nawiązać kontakt to mu się nie udaje, bo druga strona po prostu nie ,,kuma” o co chodzi. Moje dziecko jak miało 2 latka zaczepiało ludzi non stop. Podchodził i szczerzył się do nich a potem uciekał. No i mimo wszystko ma asd. Oczywiście to nie dowód, że Adaś jest autystyczny, nie wiem jak można w ogóle ludziom takie rzeczy sugerować nie znając dziecka. Chciałam tylko zwrócić uwagę na pewien mit wokół autyzmu – to naprawdę nie jest tak, że wszystkie dzieci z asd są zamknięte w sobie, nie mówią i nie komunikują się. To jest dużo bardziej skomplikowane.

  • Iwona A.

    U mnie bylo podobnie, corka zaczela mowic zanim skonczyla rok, jako poltoraroczna dziewczynka dyskutowala sobie z lekarzami, bardzo smieszne to bylo, bo nie umiala jeszcze wypowiadac wszystkich glosek poprawnie, ale prowadzila konwersacje calymi zdaniami i wcale nie ubarwiam, miala naprawde poltora roku, nie da sie zapomniec bo miala wtedy operacje w szpitalu a ja bylam w polowie ciazy. Potem urodzil sie syn i okazal sie zupelnie inny. W wieku poltora roku mowil pare pojedynczych wyrazow, raczej obserwowal i sluchal, potrafil sie doskonale komunikowac pokazujac o co mu chodzi, ale z mowa w porownianiu do corki to byla przepasc. Chodzil wtedy do zlobka, zadna z pan nie zglaszala niczego nieprawidlowego, wrecz odwrotnie, byl bardzo skrupulatny, dokladny, a jego pokolorowana na czerwono biedronka swiecila na tablicy jako przyklad wspanialego talentu (kolory miescily sie w obrysie, co u dwulatka jest rzadko spotykane). Ale kiedy skonczyl zlobek i poszedl do przedszkola, sie zaczelo. Geba mu sie nie przestawala zamykac, od razu zaczal mowic bardzo poprawnie i calymi zdaniami, nawet „r” mu wychodzilo. Smialismy sie z tej jego hiperpoprawnosci, bo naprawde wymawial wszystko az za porzadnie, na przyklad w wyrazie przedszkole slychac bylo wszystko: przed-szko-le, albo wyrazy jak strzykawka, skrzypce itp. Tylko to gadanie od rana do wieczora :-)))

  • Emilia

    Moja Córka ma dwa lata i ileś tam miesięcy (z kwietnia jest) i tak dziś z nią rozmawiam: ona: ja jestem tulinka! ja: jesteś tulinką? ona: nie mamo! jestem tulinką ja: aaaa jesteś dziewczynką ona: tak, tak mamo, jestem tulinką, nie tulinką, jestem tulinką!
    No.. w sumie to nieźle gada, tylko niektóre wyrazy wychodzą jak widać.. Dzieci są różne, syn mówił w jej wieku więcej, kuzyna córka nawijała od skończenia roku pięknymi zdaniami.. kuzynki syn zaczął mówić po pójściu do przedszkola.. po co niepotrzebnie histeryzować?

  • Eliza Sobiech

    U mnie ze starszs corka tez tak bylo. Do skonczenia 2 lat raptem kilka slow wypowiadala. A kakos krotkto po 2 urodzinach sie rozgadala, codziennie nowe slowa itp. A dzis to jiz jej sie buzia od rana do wieczora nie zamyka. Co gorsza brat ma 1,5 i raczej idzie w Twojego Kosme i jiz sie boje co bedzie jak obydwoje beda w kolko gadac.

  • iwto

    Zerknęłam w podlinkowaną tabelę P.Wołoszyn „Rozwój mowy w drugim roku życia”.
    Wyrazy amorficzne, reduplikowane sylaby, początki fleksji, deklinacja, odmiana czasownika w znaczeniu 1 os. trybu orzekającego…
    WTF? Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać 😉

  • U mnie bylo tak samo w rodzinie, do dwoch lat ani slowa