„Często się spotykam, kiedy odpisuję komuś, że skoro prosił dziecko, to czemu jest zdziwiony odmową, z histeryczną wręcz odpowiedzią, że „no tak, bezstresowe wychowanie, na wszystko dziecku pozwalać! Niech wyrośnie na gbura i chama!”. Ale to nie tak, moja droga. Kompletnie nie tak.”. Wszechobecny pęd, że wobec każdego trzeba być uprzejmym, trochę nam namieszał w głowach. Czas wrócić do normalności.

 

Przestań już ciągle o wszystko prosić!

 

Tylko będziesz jeszcze bardziej wściekła, że nie wszyscy będą chętnie twoje prośby spełniać. Ileż to ja naczytałam się listów od matek, które prosiły i prosiły, a dzieci miały je w nosie. I słusznie. Doskonale wiedziały, że prośba daje możliwość odmowy. I z tego korzystały. Natomiast matkom prośba pomyliła się z oczekiwaniem, żądaniem, wymogiem. Stwierdziły, że jak poproszą, to będą milsze, uprzejmiejsze. Ale nie były przygotowane na to, że bycie uprzejmym zostawia innym ludziom furtkę. Uprzejmej odmowy.

 

Moja droga, czas postawić sprawę jasno – jeśli zamierzasz o coś prosić przygotuj się na dwie możliwości:

Na to, że ktoś się zgodzi z twoją prośbą, albo że się nie zgodzi.

 

Bo widzisz. Kwintesencją prośby jest to, że jest uprzejma. A człowiek uprzejmy daje drugiemu człowiekowi prawo wyboru i jeśli prosi, to przygotowuje się na odmowę. W istocie prośby jest pytanie, czyli prosząc, nie możemy zakładać, że każdy odpowie na nasze pytanie twierdząco. I dziecko również. Kiedy proszę mojego syna o posprzątanie pokoju, jestem uprzejma i uprzejmie przyjmuję jego stwierdzenie, że on nie ma ochoty. Jeśli proszę Chłopa, żeby posprzątał toaletę, jestem uprzejma i biorę pod uwagę możliwość jego odmowy, bo ma inne ciekawsze lub ważniejsze rzeczy na głowie.

 

Istotą prośby jest to, że jesteś gotowa przyjąć odmowę. Że prosząc, bierzesz pod uwagę dwie możliwości – zgody i odmowy. To jak prośba o kredyt. Bank może ci go dać lub nie dać i nie ma się o co wściekać. Nie ma powodu wkurzać się, że ktoś nie posłuchał twojej prośby, bo prosząc, dajesz mu do tego prawo. Uprzejmie prosząc, dajesz komuś prawo uprzejmie olać twoją prośbę.

 

Nazywaj rzeczy po imieniu. Jeśli prosisz dziecko, żeby posprzątało pokój i nie przyjmujesz odmowy, to nie prosisz, tylko wymagasz. Nie nazywaj tego prośbą, tylko po imieniu – twoim wymaganiem. „Chcę, żeby w tym pokoju było czysto. Nie mogę tu wejść spokojna, jeśli widzę ten bałagan”. Jeśli prosisz o posprzątanie łazienki, sprawę stawiaj jasno – nie prosisz. Ty tego chcesz. To jest twoje wymaganie. „Oczekuję, że mi pomożesz i posprzątasz łazienkę. Ja posprzątam kuchnię, ale nie dam rady tych dwóch rzeczy dziś zrobić, a chcę się umyć w czystej wannie”. I to nie jest prośba, weź nie oszukuj, jeśli wiesz, że wkurzysz się, gdy łazienka będzie brudna. Jeśli prosisz teściową, żeby nie przyjeżdżała, to nie dajesz jej furtki odmowy. Ty nie chcesz, żeby akurat teraz przyjeżdżała, bo nie jest ci to na rękę. Proste. „Nie, mamusia nie może przyjechać w środę o 14, bo będziemy w pracy i nie weźmiemy oboje urlopu na jeden dzień, przykro nam”.

 

W czym tkwi haczyk? 

 

W zdrowym rozsądku. Wyłącznie w zdrowym rozsądku. Jeśli wciąż będziesz o coś prosić, jasne jest, że wkrótce przerośnie cię liczba odmów. Staniesz się w końcu albo sfrustrowana, albo natrętna i z osoby uprzejmie proszącej, będziesz proszącą szantażystką, stojącą nad dzieckiem i wyrzucającą z ust prośby-groźby. Nie przestającą póki nie uzyska zadowalającej odpowiedzi. Takich uprzejmo-namolnych histerycznych matek widziałam kilkadziesiąt i za każdym razem było mi przykro, bo ciężko odbić taką prośbową serię niczym z karabinu:

 

– Proszę, zrób to. Zrobisz? Proszę. Zrobisz? No proszę. Ale ja proszę! Ale ja przecież prosiłam! No proszę, zrób!

 

 

Z drugiej strony matka, która wyłącznie wymaga jest kolejnym koszmarem dzieciństwa. Nigdy jej nie zadowolisz, ciągle ma jakieś kolejne punkty na liście, musisz zrobić wszystko tak jak ona chce, bez odmowy, bez dyskusji, bez jednego słowa na „nie”. Często, my kobiety, lawirujemy między jednym typem a drugim i tylko robimy dzieciom mętlik w głowie. Nie martw się, sama się na tym łapię. Grunt, że staram się być świadoma i naprawiać błędy.

 

Jeśli czegoś chcesz – wymagaj. I wcale nie musisz być nie wiadomo jak uprzejma

 

Często się spotykam, kiedy odpisuję komuś, że skoro prosił dziecko, to czemu jest zdziwiony odmową, z histeryczną wręcz odpowiedzią, że „no tak, bezstresowe wychowanie, na wszystko dziecku pozwalać! Niech wyrośnie na gbura i chama!”. Ale to nie tak, moja droga. Kompletnie nie tak. Po prostu musisz sobie ułożyć w głowie swoje priorytety, na których ci zależy. Ułóż je i ogłoś rodzinie, spiszcie umowę, co jest gwarantem twojego spokoju i które rzeczy rodzina może i chce robić. I wymagaj, żądaj, oczekuj, że rodzina się do tego dostosuje i wywiąże z obowiązków. Tak samo jak ty możesz dostosować się do punktów rodziny. Jeśli córka nie chce, posprzątać w szafie, bo lubi rozgardiasz, bo ciężko jej układać non stop rzeczy, to przemyśl sobie w głowie, czy faktycznie możesz na ten bałagan w szafie przymknąć oko. Czy możesz jakoś to wytrzymać. Tak samo, jak ona przemyśli, czy jest w stanie utrzymać porządek w reszcie pokoju. Postawcie sprawę jasno. Dyskutujcie. Możecie od siebie wszyscy w granicach rozsądku wzajemnie wymagać. Możecie siebie prosić, a pewnie że tak. Tylko na każdą prośbę można odmówić. Jeśli nie można – jest po prostu oczekiwaniem, żądaniem lub absolutnym rozkazem. [tu odsyłam do tekstu  → „Ile jest wart autorytet, który musisz wyszarpać z dziecka siłą?„].

 

 

Ja od mojej rodziny wymagam kilku ważnych dla mnie rzeczy. Sprzątania po sobie. Odkładania butów na miejsce. Pomocy w segregowaniu prania. I kilku jeszcze innych rzeczy. O wszystko, co nie burzy mojego spokoju – proszę. I wymagając czegoś, co pomaga mi spokojnie prowadzić dom, nie zawsze muszę być uprzejma. A prosząc, zawsze, ale to zawsze, jestem przygotowana na odmowę. Bo taka jest istota prośby. I wiedząc to, nie wściekam się, kiedy ktoś moją prośbę olewa. Ma do tego prawo i ja o tym pamiętam.

 

  • Dzieci mają pewną wspaniałą umiejętność. Szanują siebie i nie czują potrzeby zmuszania się do rzeczy, do których nie są wewnętrznie przekonane
    Wiecie co odkryłam? Nie muszę zaspokajać potrzeb innych ale… nikt nie
    musi też zaspokajać moich. Usłyszałam kiedyś [chyba w Kościele] ciekawe
    opowiadanie. W pokoju przy syto zastawionym stole siedzieli ludzie.
    Pomimo, że stół uginał się od pysznego jedzenia, ludzie wokół stołu byli
    przeraźliwie wychudzeni. Gdy przyjrzeć się im dokładniej nie wyglądali
    tak jak Ty czy ja. Ich ręce były tak długie, że nie byli w stanie włożyć
    sobie jedzenia do ust. W drugim pokoju, również przy syto zastawionym
    stole siedzieli tacy sami ludzie z nienaturalnie długimi rękami. Ci
    jednak wyglądali na zadowolonych. Dużo się śmieli i mieli pełne brzuchy.
    Jak to możliwe? Wpadli na pomysł, że mogą współpracować. Jedni karmili
    drugich. Zaspokajali swoje potrzeby przy pomocy innych. Co z tego
    wynika? Możemy się wspierać. Mogę poprosić kogoś o zaspokojenie mojej
    potrzeby. Mogę. Co automatycznie nie oznacza, że ktoś musi mi pomóc!!!
    Grunt to tak prowadzić naszą domową kooperację aby druga strona CHCIAŁA pomagać.

  • Problem polega chyba na tym, że nie wszyscy traktują dziecko jako pełnoprawnego człowieka. Dorosły może odmówić prośbie, bo dba o siebie i swoje potrzeby. Dziecko nie może odmówić, bo zostanie od razu zaszufladkowane jako niegrzeczne, nieposłuszne, rozpuszczone. Dziecko po prostu musi chcieć to, czego życzy sobie dorosły.

  • Monika Radecka

    Bo my kobiety mamy sprane mózgi od małej dziewczynki… Po co wogóle wychodzić za mąż i rodzić dzieci? Przecież w Polsce to tyrania… Wychodzimy za mąż za dorosłego faceta, a tu nagle pojawia sie ogromna ilość oczekiwań, żądań i z d… wyjętych przymuszeń, bo coś tam nagle jest naszym TYLKO obowiązkiem, że mamy obowiązek robić to czy tamto, to czy tamto nie wypada. Nagle ledwo poznani obcy ludzie-rodzina męża rości sobie prawa do kompletnej reorganizacji naszego życia i zachowania, pod pretekstem troski o męża, jakby był jakimś dzidziusiem… I faktyczne najczęściej gdy pojawia sie bobas, większość polskich facetów zmienia sie w takie drugie dziecko z urwanymi rękoma. On nie zrobi tego, tamtego, on nie wiedział, on nie potrafi znaleźć itd itp. I w rezultacie mamy dwoje dzieci i żygać sie chce takim życiem… A najorsze jest to, że otoczenie będzie przytakiwać takiemu zachowaniu faceta, bo on taki biedny musi tyrać na rodzine… Więc ma prawo do relaksu po pracy, a ty to masz brudno w domu, jak ty to dziecko źle wychowujesz, ale sie spasłaś itd itp… Całe szczęście jest coraz więcej mądrych kobiet, które widzą jakim „miodem” jest życie małżeńskie i komu ono do szczęścia jest tak naprawde potrzebne…

    • Milena Nowak

      haha niezłe 😉
      zależy który facet, nie każdy oczywiście, ale na prawdę DUŻO za dużo jest takich co się uważają za wyłączonych z domowych obowiązków. moim zdaniem tacy się nie nadają do małżeństwa i koniec kropka. jak kobieta się wpierdzieli w związek z takim to potem ma tylko problemy.
      ja jestem zdania, że jeśli ja jestem w domu z dzieckiem, nie pracuję zawodowo to ogarniam dom, obiad, dziecko itp. z prostej przyczyny: mąż jest w pracy nie może tego zrobić. Ale jak pójdę do pracy to już warunki się zmienią i oboje zapieprzamy w domu po równo. W nocy do dziecka na przemian, przewijanie na przemian. no w granicach możliwości, bo wiadomo jak mąż w pracy ja w domu to ja dziecko „obsłużę”.
      jeśli żona nie pracuje, mąż przyjdzie z pracy, i o ile to nie jest pierdzenie w taboret przez 8h, to powinien odsapnąć no kurde jest człowiekiem. ale jakby mi gary brudne zostawił z premedytacją, czy skarpety na podłodze bo on wielmożny z pracy wrócił to bym się pożegnała.