Nie ukrywam, że poprzedni miesiąc, a nawet miesiące mocno mnie wyczerpały. Dziesiątki maili, wiadomości, teksty, których poziom sobie podwyższyłam i nie chciałam obniżać poprzeczki. Do tego regularne prowadzenie fp, żeby chociaż tak zawalczyć z kapryśnym edge rankiem. Do tego dom i dorastający Adaśko, potrzebujący maksymalnej uwagi i zaangażowania oraz kolejna nieobecność Chłopa związana z poligonami i różnymi ćwiczeniami. Nietrudno zgadnąć, kto ucierpiał na tym układzie najbardziej…

 

 

 

Choć pozornie radził sobie dobrze. Starał się rozumieć i jak najwięcej pomagać. Rozpaczał, kiedy coś mu nie wyszło, bo wiedział, że będzie to dla mnie kłopotem. Kiedy nie szedł do przedszkola, śniadania robił sobie praktycznie sam, często częstując również brata, bo musli z jogurtem jest zdrowe dla każdego i każdy może je łatwo zrobić.

 

Pozornie wszystko z nim było ok. Nie było się czym martwić. Aż pewnego dnia przyszła propozycja wyjazdu na warsztaty Ani Starmach promujące jej nową książkę „Pyszności” [na dole mam dla was zniżkę na tę książkę!]. Byłam sceptyczna i głośno narzekałam, tłumacząc Chłopu, dlaczego ten pomysł mi się nie podoba:

– Ciebie nie będzie, więc jak ja mam tam jechać? Autobusem? Daśka musiałabym babci zostawić. Teraz, kiedy ma swoje awanturki. I gdzie niby miałabym spać z Kosmkiem? Przecież nie zwalę się znajomym na głowę w środku tygodnia! Zostaje hotel. Super – wycieczka autobusem  i szukanie hotelu. Marzenie! – ironizowałam podirytyowana, bardziej na te ciągłe wyjazdy Chłopa, pod które musiałam się dostosowywać. Zdecydowanie wolałabym jechać do Warszawy samochodem i tego samego dnia wrócić do domu. Dość miałam rzeczy na głowie.

 

Ale obok siedział Kosmyk. Usłyszał „autobus” i usłyszał „hotel”.

– W hotelu? Autobusem?  – wykrzyknął – Ja nigdy nie spałem w hotelu i mało razy jechałem dużym autobusem! Jak ja bardzo bym chciał taką wycieczkę!

 

Jego okrzyki trochę zignorowałam. A tam. Dzieciom podobają się różne rzeczy. Ale następnego dnia wpadła mi w oko pierwsza świąteczna reklama i od niechcenia zapytałam synka, o jakim prezencie marzy na święta.

– A kiedy będą święta? – zapytał.

– Za niecałe dwa miesiące, o tutaj są święta. – odpowiedziałam, pokazując mu datę na kalendarzu.

– I nie będziesz wtedy dostawać dużo maili? – spytało się dziecko.

– No, będę miała o wiele mniej maili, na pewno. – odpowiedziałam.

– I będzie tata do zajęcia się Adasiem? – dopytywał?

– Będzie.

I powoli zaczynałam rozumieć, że ta wcześniejsza chęć wycieczki autobusem i nocowania w hotelu, to nie była chęć samej wycieczki. W wypowiedzianym przed chwilą dziecięcym głosikiem pytaniu kryła się tęsknota za czymś, czego kiedyś doświadczył, a teraz zostało mu to zabrane. Nie chodziło o szaleństwa, atrakcje i kupno nowych zabawek. Syn wyraził się jasno… Miał nadzieję, że i on dostanie to, co w naszej rodzinie dostawali ostatnio wszyscy.  Kiedy w kółko zajmowałam się albo blogiem, albo Dasiem, albo wreszcie samą sobą, bo blog i Daś wykańczali mnie czasami do reszty, Kosmyk cierpliwie zajmował się sobą, ale jego cierpliwość się skończyła i teraz spokojnie uświadomił mi to, czego mu naprawdę brakuje:

 

– To dobrze. – odetchnął syn. – Może jak nie będzie tyle maili i będzie tata dla Adasia, to wreszcie zajęłabyś się trochę mną, co?

Ale i tak wbiło mnie to w podłogę. Czułam wyrzut, że w tym całym kołowrocie ostatnich tygodni syn często był spychany na ostatnie miejsce, a jego potrzeby załatwiane na szybko. Momentami, zarezerwowanymi wyłącznie dla nas, były jedynie wieczorne rytuały czytania książeczek, o ile syn nie zasnął wcześniej, czekając aż uśpię Adaśka.

 

 

Rozważając to wszystko, zaświtało mi w głowie, że może to wcale nie taki głupi pomysł – wycieczka tym autobusem? Cztery godziny bez rozpraszaczy, ja i on, wspólne łażenie po Warszawie, wspólne warsztaty kucharskie z Anią Starmach. Przecież to tylko dwa dni i z pewnością uda mi się to ułożyć tak, żebym ze wszystkim się wyrobiła.

 

Kiedy powiedziałam to synowi, prawie się popłakał ze szczęścia. Pojechaliśmy. Razem. We dwoje. To był czas zarezerwowany wyłącznie dla nas.

 

 

dsc_0584

 

dsc_0604

 

dsc_0640

 

dsc_0644

 

dsc_0646

 

dsc_0650

 

dsc_0667

 

dsc_0579

 

dsc_0681

 

O tym, jak nam się jechało i co jeszcze robiliśmy w ten krótki czas, którego nie zajęły nam warsztaty, napiszę później. Teraz przejdę do sedna.

 

Jednym z najczęstszych wyrzutów, jakie czynią sobie matki, jest zbyt krótki czas spędzony z dzieckiem. Zadręczamy się tym, ale kiedy przychodzi co do czego, nie za bardzo wiemy, jak ten czas z dzieckiem spędzić. Zabawki nas nudzą, ciągłe gadanie męczy, no i jak to wszystko pogodzić z tym wszystkim, co zrobić trzeba: praniem, zmywaniem, sprzątaniem, gotowaniem?

 

 

Jak pogodzić obowiązki domowe  z odpowiednią ilością czasu dla dziecka?

Kiedy pisałam tekst o obowiązkach domowych trzylatka, trochę już na ten temat napomknęłam. Sam problem tego, jak podzielić czas między rodzeństwo [albo pracę, bo pod „brata lub siostrę” możecie podstawić swój etat], poruszałam w tekście „W moim domu nikt nie dostaje po równo”. Pisałam w nim:

Nigdy nie dasz wszystkiego po równo swoim dzieciom. Nie uda ci się to, nawet nie próbuj. Możesz walczyć, możesz czas podzielić, możesz dzielić podarki albo słodycze, ale zawsze ktoś dostanie czegoś albo za mało, albo za dużo. Czy nie lepiej dawać dzieciom to, czego potrzebują w ilości, jakiej potrzebują, zamiast zarzynać się, żeby dostały po równo?

 

Dość ogólnikowo, prawda? W tekście było więcej konkretnych przykładów, a ja chwycę tylko tę myśl przewodnią i dam ci jedną konkretną radę:

 

Możesz spędzić czas z dzieckiem, robiąc wszystkie te rzeczy, które musisz robić w domu. Wspólne sprzątanie, wspólne planowanie dnia, wspólne zakupy mogą stać się świetną okazją do rozmowy o tym, czego dziecko potrzebuje, o tym czego ty potrzebujesz, o tym czego wy razem potrzebujecie i od siebie oczekujecie. Nie musicie siadać na przeciwko siebie przy stole o określonej godzinie i szukać tematów. Zakupy w sklepie są tym momentem, w którym możecie porozmawiać o ulubionych produktach. Wspólne rozwieszanie pranie jest studnią informacji o tym, jakie ubrania lubi twoje dziecko. Każdy wspólny moment, w którym robiąc coś, możesz poświęcić uwagę dziecku, jest ważny.

 

Dla mnie kopalnią informacji było zawsze gotowanie. Jeśli czytasz mój blog od jakiegoś czasu, doskonale wiesz, że dużo rzeczy w kuchni przygotowuję z Kosmykiem. To gotowanie nas zbliża – wspólne przygotowywanie placków z jabłkami czy muffinów to nie jest jakiś poważny obowiązek, a za to mnóstwo wspólnej zabawy i miło spędzony czas.

 

Zaproś dziecko do kuchni!

I na warsztatach to poczułam. Przeglądałam książkę Ani i patrzyłam na mnóstwo przepisów, okraszonych rysunkami i zagadkami przygotowanymi przez siostrę Ani – Agatę. Widziałam, jak wiele potraw mógłby przygotować mój syn z moją pomocą i jak świetnie moglibyśmy się bawić. Praca pracą, Adasio Adasiem, ale obiad zrobić muszę. Kolację też. A zapraszając do tego starszego syna, nie rozmieniam czasu na drobne  – daję mu nie tylko naukę gotowania, ale też to, co dla niego w tym momencie najważniejsze, na czym mu najbardziej zależy, a o czym ja haniebnie zapomniałam. Daję mu jego mamę tylko dla niego. Mamę nie skupioną na bracie, pracy, obowiązkach, ale skoncentrowaną wyłącznie na nim. Na Kosmyku. Który, choć duży, jest jeszcze dzieckiem. Dzieckiem, który wciąż jeszcze potrzebuje swojej mamy.

 

dsc_0473

 

dsc_0474

 

dsc_0476

 

 

 

I wiecie, co? Niby pojechałam tylko na warsztaty, żeby opowiedzieć wam o najnowszej książce Ani Starmach „Pyszności”, przygotowanej dla małych kucharzy [są w niej rzeczy, których ja nie wiedziałam :D]. I było super – książka jest godna polecenia, są w niej rewelacyjne przepisy na pomysłowe śniadania i obiady, które można robić wspólnie z dzieckiem lub tylko nadzorować jego poczynania – przepisy są napisane prostym językiem, zrozumiałym dla maluchów i wyjaśniają wiele kwestii. Ania fantastyczna i ze świetnym podejściem do dzieci, Agata zachwycała się umiejętnościami malarskimi Kosmyka, a przecież sama zilustrowała książkę swojej siostry i się zna. To, co dziewczyny mówiły o gotowaniu i jak to pokazały było niesamowicie inspirujące, ale przez cały wyjazd patrzyłam się na promienną twarz mojego syna, trzymałam go za ciepłą rączkę i słuchałam, jak mówi tylko do mnie i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oprócz zbudowania wieży z tych wszystkich pierników, udało nam się zbudować jeszcze coś. Silniejszego i trwalszego niż wszystkie budynki w Warszawie. A gdy wracaliśmy, zmęczeni i pełni wrażeń, w autobusie, gdzieś między Zegrzem a Pułtuskiem, gdy syn witał się z każdym pasażerem i uprzejmie przedstawiał się każdemu, usłyszałam zdanie, którego od dwóch lat nie dane mi było usłyszeć:

 

– Ja jestem Kosma, a to moja najlepsza przyjaciółka: mama!

 

 

 

Wpis powstawał we współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova, które wydało najnowszą książkę Ani i Agaty Starmach „Pyszności”. To zbiór przepisów dla najmłodszych kucharzy, pogrupowanych na kategorie posiłków i uszeregowane wg stopnia trudności. Wiele z nich może przygotować już czterolatek [tak jak pierniki, które robiliśmy na warsztatach]. Książka jest już do kupienia w księgarniach, a ja wam dam na nią jeszcze 30%  zniżkę – tutaj znajdziecie szczegóły.