Jak porządnie ukarać dziecko, kiedy coś zniszczy? [ale tak, żeby mu w pięty poszło]

Total
373
Shares

Ostatnio dodałam jakiś dialog na fp i jak zwykle znalazł się ktoś, kto się przyczepił. Już się tak do tego przyzwyczaiłam, że nawet mi powieka nie drgnie, a nawet trochę się uśmiecham, bo dzięki temu jest szansa na nowy temat. I temat się znalazł – karanie dziecka. Bo w dialogu Kosmyk podarł książkę, a ja nie napisałam, w jaki sposób ukarałam moje dziecko za ten haniebny czyn. A że to nie pierwszy raz, jak ktoś się dopytuje o to, jaki odwet wzięłam na swoim krnąbrnym dziecku, w jaki sposób dałam mu popalić. Dziś więc uchylę rąbka tajemnicy, zwierzę się z magicznych sposobów i napiszę prosto z mostu, jak porządnie ukarać dziecko, kiedy coś zniszczy, ale tak, żeby mu w pięty poszło, żeby bolało, żeby zapamiętał na całe życie! Żeby już nie było niedomówień, że moje dziecko obywa się bez kary i nie ponosi konsekwencji swoich czynów. Gotowi?

 

 

 

Otóż, moi drodzy. Jest kilka sytuacji, które musimy rozpatrzeć, kiedy rozmawiamy o porządnej karze dla dziecka. Bo każdy haniebny czyn możemy rozpatrywać w kilku kategoriach. Oto one:

 

JAK UKARAĆ DZIECKO, GDY ZNISZCZY COŚ SWOJEGO, BEZ CZEGO MOŻE SIĘ OBEJŚĆ

 

Tu trzeba być bezwzględnym. Tak jak ja w rzeczonym dialogu o zepsutej książce. Kosmyk wpadł w szał, braciszek go zdenerwował, co się może zdarzyć, bo każdego z nas czasem ktoś irytuje, a że nie umie jeszcze doskonale panować nad złością [jak wielu z nas] wpadł w szał i podarł książkę. Swoją ulubioną książkę. Czytelnik pytał o karę, o to, w jaki sposób wyegzekwowałam odpowiedzialność za to zniszczenie i czy w ogóle to zrobiłam. Owszem. Zrobiłam. Kiedy pomogłam synkowi się uspokoić, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co go tak denerwuje, czemu jest nerwowy [spać mu się chciało], Kosmyk zerknął w kierunku swojej podartej książki i zalał się łzami, bo bardzo ją lubił i przykro mu było, że teraz jest zniszczona i już jej nie ma. Konsekwencją podarcia książki była podarta książka oraz umowa, że następnego dnia będzie mógł pomóc mi ją skleić [żeby wprawił się w naprawianiu swoich szkód]. Kara była straszna, bo Kosmyk nie lubi, kiedy taśma klejąca mu się zwija i dużo kosztuje go nie wkurzanie się na nią.

 

Tyle. Dziękuję.

 

Za mało?

 

A czego ty chcesz od trzy, cztero czy pięciolatka? Klęczenia na grochu? Stania w kącie? To sam stawaj za każdym razem, kiedy poniosą cię emocje, coś w złości zepsujesz, w nerwach powiesz, albo się wściekniesz i zbijesz coś ze złości. Dziecko zostaw w spokoju. Ono nie zniszczyło ani tobie, ani sobie życia, po prostu zepsuło swoją zabawkę i teraz musi sobie radzić bez niej, dopóki nie najdzie mnie ochota, żeby kupić mu drugą/inną. Mówisz, że zepsuło specjalnie?  A weźmiesz pod uwagę to, że dziecko niewiele rzeczy robi specjalnie, czasem po prostu nie potrafi przewidzieć konsekwencji swoich czynów? To weź. A jeśli przejdzie ci przez głowę, żeby za zepsutą zabawkę zabrać dziecku inną, bo w życiu nie jest lekko, to pomyśl, jakbyś się czuł, gdybyś zepsuła swoje buty. Czy byłoby ci miło, gdyby mąż wyrzucił ci twoje drugie buty, bo skoro nie szanujesz, to nie masz? Albo gdyby zepsuł ci się samochód [tak, to  to samo – dziecko się czymś bawi i psuje, ty jeździsz samochodem, więc psujesz], to za zepsucie tego samochodu ktoś zabrałby ci drugi samochód albo pralkę, albo lodówkę, bo przecież kara musi być? No właśnie. Rzeczy, których się używa, niszczą się. Taki los.

 

 

JAK PORZĄDNIE UKARAĆ DZIECKO, GDY ZNISZCZY COŚ, BEZ CZEGO NIE MOŻE SIĘ OBEJŚĆ?

 

I tu znów – bardzo stanowczo. Sprawa jest przecież poważna. Multum głosów zwracało mi uwagę, że jestem sobie ot taka beztroska, a kiedy dziecko zniszczy coś, co jest mu potrzebne, niezbędne, to co? Też bez kary, ma nie ponieść konsekwencji? A przecież  to my – rodzice – musimy tę rzecz kupić na nowo i to może nas wkurzać, możemy czuć złość, że nowe spodnie, nowy plecak, nową kurtkę czy buty. Jak to rozwiązać?

 

Ogromna dyskusja na ten temat przetoczyła się oniegdaj pod tym postem. Niestety, została skasowana, bo jedna pani skutecznie ją zepsuła, przeklinając ten system i obrażając każdego po kolei:

 

Kosmyk przychodzi do mnie z nożyczkami w ręku i pokazuje pocięte na frędzle spodenki:

– Zobacz! Nie ciałaś dać żelek, to pociąłem moje spodenki!

Zerka na mnie w oczekiwaniu na reakcję w stylu “O ja głupia, mogłam ci dać żelki, to byś nie pociął!” albo “Kurka wodna dziadu jeden, spodenki za stówę zniszczyłeś!”. Sama nie wiem zresztą, czy się litować czy złościć, bo rzadko kiedy jego złość przybierała aż tak wyrafinowaną formę, więc milczę i w milczeniu przychodzi mi do głowy najstosowniejsza reakcja. I mimo że pocięte spodenki bolą mnie bardziej, niż on myśli, mówię spokojnie:

– No i co? Twoje spodenki. Mówiłeś, że je lubisz. A teraz nie będziesz ich miał, bo całe pociąłeś.

Szerokie oczy. Zrozumienie. Usteczka wydymają się w podkówkę i wychodzi z nich rozpaczliwe:

– No nie… Moje piękne spodenki! Mamo… ja to jestem czasem taki niemądry!

Głównie chodziło o to, że nie każdego stać na spodenki za stówę, kurtkę za dwie, czy buty za trzy. Jeśli już się szarpnie na porządny ciuch dla dziecka, to to jest naprawdę szarpnięcie, a nie phi, wyrzucę, kupię nowe. I ja się z tym zgadzam – jestem blogerką, czasem kasy mam jak lodu, a czasem miesiącami czekam na przelew i pożyczam od rodziców, takie uroki, nie wiedziałam o tym, jak zaczynałam 🙂 W każdym razie u mnie funkcjonuje zasada ograniczonego  zaufania – jeśli nie chcę, żeby moje dziecko zniszczyło coś, co jest potrzebne, a na kupno czego mnie nie stać, po prostu tego pilnuję. Nie liczę, że trzylatek będzie pamiętał i wiem, że nawet biczując je na krzyżu nie zmuszę, żeby jego mózg stał się mniej dziurawy niż przeciętny mózg malucha. Przypominam o tym, że kurtkę i buty należy odwiesić, pilnuję plecaka do przedszkola i przypominam, że każda rzecz kosztuje i jeśli ją zniszczymy, o nową będzie trudno.

W dyskusji padł argument o kanapę – że jeśli dziecko pomaluje kanapę, to co, jak ukarać? Odpowiedziałam, że jeśli przeszkadza ci pomalowana kanapa, możesz zawsze kupić nową, a jeśli nie chcesz mieć pomalowanej kanapy… kontroluj gdzie maluje twoje dziecko, omów z nim wcześniej zasady, przypominaj i rozmawiaj. Dałaś ciała i nie upilnowałaś? No to możesz ukarać siebie. Dziecko w wieku przedszkolnym, jeśli nie wie, że ma czegoś nie robić, zapewne to zrobi, a jeśli wie, że ma czegoś nie robić, zawsze może spróbować to zrobić choćby po to, żeby zobaczyć, jaki będzie efekt. [mam obecnie nową kanapę i może mnie zjecie, ale jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobiłam z synem, było… pomalowanie jej wewnątrz mazakiem, tylko po to, żeby zobaczył, jak ciężko taka plama może zejść i żeby nie wpadał na takie pomysły – jestem okrutna, choć kanapa mi nie zawiniła].

 

No dobra, powiecie, czyli w dużej mierze to nasza wina, jeśli dziecko zniszczy coś, na czym nam zależy lub coś, na kupno czego trudno nam będzie zebrać pieniądze? Ojej… a musi być czyjaś wina? Zrządzenie losu, wredne, złośliwe zrządzenie losu, że nam nie udało się dopilnować, a dziecku zapamiętać, że nie wolno. Jaką karę za ten czyn bym doradzała? No cóż, albo wyciągnięcie karty kredytowej, albo… lepsze pilnowanie dziecka.

 

 

Bo naprawdę, to, że dziecko wpadło na jakiś pomysł, którego konsekwencji nie umiało przewidzieć [lub o nich zapomniało, rozmawiamy o kilkulatku, kilkulatek zapomina o tym, co jadł dzień wcześniej na śniadanie], nie jest winą dziecka. A to, że tobie nie udało się upilnować nie jest też twoją winą. Po prostu się zdarza. Skąd dziecko miało wiedzieć, że jak wrzuci twój puder do toalety, to go zniszczy i zapcha toaletę? Skąd miało wiedzieć, że jeśli rzuci samochodzikiem w ścianę, to odłamie kawałek? Skąd miało wiedzieć, że jak pociągnie za obrus, to zwali ze stołu cały obiad? To jest ta sama metoda prób i błędów, jak przy pierwszych kroczkach, pierwszych słowach. Niestety nie jest tak, że jak się nauczy chodzić i mówić, to wszystko wie. Twoje dziecko się uczy na każdym kroku, a twoją rolą jest obserwować je i w miarę swoich możliwości tłumaczyć mu zasady, jakie panują na świecie.

 

Co się stało z tymi spodniami, zapytacie. Nic. Wyrzuciłam, bo nie dało się ich zacerować, a Kosmyk chodził w jednych zacerowanych [wcześniejszy wybryk], w jednych  lekko przy małych i jedne miał “wyjściowe”, w których biegał najczęściej i które spiły śmietankę, bo w idealnym stanie czekają na Adasia. Nigdy więcej moje dziecko nie “zepsuło” spodenek inaczej niż przez zwyczajne zużycie. Taką miał karę.

 

 

Offtop: zastanawia mnie, czemu rodzice “boją się” pokazać dziecko w zacerowanych lub podniszczonych spodniach. Czy wydaje im się, że to świadczy o ich niskim statusie społecznym, czy co? Ja wiem, że może mieszkam w środku lasu, ale jednocześnie, wśród największego bezrobocia, mieszka u nas bardzo dużo bardzo zamożnych ludzi i uwierzcie mi, albo nie, niektórych nie odróżnicie od zwykłego robotnika pracującego przy koszeniu trawnika. Serio. Spójrzcie zresztą na Zuckerberga.

 

JAK PORZĄDNIE UKARAĆ DZIECKO, KIEDY ZNISZCZY RZECZ, KTÓRA NIE NALEŻY ANI DO NIEGO, ANI DO WAS?

 

To najczęstszy przykład, kiedy dodaję jakiś dialog i nie informuję od razu, w jaki sposób ukarałam dziecko za takie czy inne zachowanie, w którym ucierpiała nie nasza rzecz. Pamiętam, że taka dyskusja rozpętała się pod jakimś dialogiem, w którym Kosmyk musiał stać za karę w kącie. Kara wymierzona została za to, że biegał i się nie słuchał. Miał potrzebę wybiegania się, jest ruchliwym dzieckiem i niczym pies husky musi w ciągu dnia przebiec te kilka kilometrów. Jeśli się nie wybiega, szał go rozsadza. I teraz takie dziecko, które ewidentnie czuje potrzebę ruchu, stawia się w kącie za to, że swoją potrzebę realizuje. Co robi dziecko? Obdziera tapetę, bo nie może powstrzymać się od ruchu i skoro nie może biegać, to COŚ MUSI ROBIĆ. Obdziera i klops. Zostałam zjechana, że nie wymierzyłam dziecku kary, bo to przecież cudza własność i dziecko powinno wiedzieć, jaka kara jest za zniszczenie cudzej własności. I kara była.

 

Zapytałam syna, dlaczego został postawiony do kąta [nie stosuję tej kary, ale rozumiem, że opiekunka nie znała innego rozwiązania]. Powiedział, że za bieganie. Od razu zrozumiałam więc, że obdarcie tapety nie było jego widzimisię, tylko skutkiem tego, że nie umiał sobie poradzić bez ruchu.  Dorosły fakt postawienia do kąta po prostu by zignorował i poszedł pobiegać, co ma zrobić dziecko? Kombinuje. I za co ja mam je karać? Gdyby opiekunka zaspokoiła jego potrzebę i na przykład zaproponowała pięciominutową zabawę w ganianego, nikt by do kąta nie był postawiony, tapeta byłaby cała. I to wszystko.

 

I teraz bardzo ważna rzecz – w Polsce przy obowiązującym prawie:

 

“osoby małoletnie, do osiągnięcia 13 lat, nie ponoszą odpowiedzialności za swoje czyny, gdyż nie można postawić im zarzutu winy. Wyłączenie ich odpowiedzialności za wyrządzoną szkodę stanowi wyraz przekonania, iż osoby takie ze względu na swój stopień  rozwoju psychofizycznego nie mogą same właściwie kierować swym postępowaniem. […] Za zachowanie swoich niepełnoletnich dzieci odpowiedzialność ponoszą rodzice będący ich przedstawicielami ustawowymi.” [źródło]

 

 

Rozumiecie? Jak ukarać dziecko, które nawet prawem nie ponosi odpowiedzialności za swój czyn? No nie ponosi, bo jest za małe, jego mózg za mało wykształcony, żeby racjonalnie przewidywać skutki swoich czynów. Nawet jeśli tobie wydaje się, że zrobił to złośliwie, bo tyle było mówione i powtarzane, dziecko zwyczajnie może [uwaga] nie móc się oprzeć zrobić to, czego nie powinien, bo jeszcze nie nauczyło się samokontroli. I powiem wam, że ani kara, ani bicie, ani nawet wasze stawanie na głowie niewiele proces dojrzewania mózgu przyspieszą.

 

I już widzę to oburzenie, że przecież bez kary dziecko się nie nauczy [czasami rodzice chcą być mądrzejsi od wymiaru sprawiedliwości]. Ale na szczęście, bez kary też się nauczy. Zamiast wymyślać uciążliwe tortury i tracić czas oraz energię na żmudne myślenie, wystarczy że z dzieckiem porozmawiasz o tym, jakie konsekwencje ponosi się za takie rzeczy w życiu dorosłym. A nawet nie w dorosłym, po co tak daleko wybiegać?

 

Zniszczenie kwiatków babci skutkuje tym, że babcia może nie będzie miała ochoty tak często cię do siebie zabierać. Zniszczenie zabawki koledze może skutkować tym, że kolega więcej cię do siebie nie zaprosi, bo jest mu na pewno przykro i smutno za zabawkę. Warto zapytać dziecko o to, czy samo ma jakiś pomysł, w jaki sposób naprawić szkodę [kwiatki można babci posadzić, zabawkę naprawić, wszystkich przeprosić]. Jeśli ma – ok, jeśli nie ma – można zasugerować, a jeśli nie chce nic robić?

 

I tu kontrowersja…

 

To niech nie robi.

Naprawdę, niech nic nie robi! Nic mnie bardziej nie wkurza jak zmuszanie dziecka do przeprosin. Oczywiście, powinniśmy tłumaczyć dzieciom to, jak są ważna jest skrucha i jak wiele znaczy zwykłe “przepraszam”. Ale przypominam sobie sytuację na jakimś placu zabaw, na którym Kosmyk pokłócił się z jakimś kolegą. Nie było winnych, chłopaki po prostu się posprzeczali i w końcu palnęli po czuprynach. Mama kolegi nie widziała, że Kosmyk walił równie mocno jak kolega, więc skupiła się na swoim synu i zaczęła go namolnie zmuszać do przeprosin mojego syna. Dziś pewnie wstałabym i powiedziała, że spoko, nie ma sprawy, chłopaki się równo potłukli, myślę, że sprawę sobie wyjaśnią. Wtedy siedziałam jak tłumok i było mi głupio, bo z jednej strony Kosmyk sobie nic z tej bójki nie robił, z drugiej jego kolega stał niesprawiedliwie oceniony i przymuszony do przeprosin, których totalnie nie czuł, bo wiedział, ze nie jest winny. Wtedy uciekłam. Tyrada tamtej matki mnie zniesmaczyła, zebrałam się szybciutko. Dziś zrobiłabym to inaczej, przepraszam cię chłopczyku, powinnam stanąć w twojej obronie.

 

 

 

Ty i tak szkodę musisz po dziecku naprawić [czy dziecko przeprosi, czy nie], ale to twoje dziecko będzie czuło niechęć kolegi, to twoje dziecko nie pojedzie do babci lub wysłucha [zapewne] jej żalu o kwiatki. To ono będzie widzieć twoją smutną minę, gdy musisz naprawić jego szkodę i twój, być może, kiepski humor z tego powodu [masz do tego prawo, czemu nie?]. Uwierzcie mi, to się da odczuć.

 

 

Moje dziecko w swoim życiu rozwaliło kilka cudzych rzeczy [najwięcej w drugim roku życia i raczej przez przypadek, nadmierne emocje lub niedopilnowanie niż specjalnie] i muszę powiedzieć, że powyższa metoda działa o wiele efektywniej niż konkretna kara typu “zapłać ze swoich kieszonkowych” lub przeproś. Bo kieszonkowe w czasach, gdy nasze dzieci mają wszystko, to serio – nic. Przeprosiny wynikające z wymuszenia i groźby – tym bardziej. Ale nauczenie dziecka, żeby zwracało uwagę na to, jak inni ludzie reagują na jego zachowanie i jakie jego działanie może mieć wpływ na innych, pokazanie mu, uświadomienie związku przyczynowo-skutkowego, nauczenie potrzeby wyjaśnienia sprawy i przeprosin z serca – to już coś. Przepraszałam za mojego syna chyba kilka razy… do czasu. Teraz on sam za siebie przeprasza, bo rozmowy o konsekwencjach i pozwolenie na ich odczucie jednak przyniosły skutek.  Możecie uznać to za karę.

 

 

 

 

Dziękuję. Tyle.

 

JAK PORZĄDNIE UKARAĆ DZIECKO, KIEDY BIJE INNE DZIECI?

 

Kolejna ważna sprawa. Bardzo ważna. Bo jeśli dziecko bije inne dzieci, to znaczy, że z czymś nie umie sobie poradzić, coś go tak rozsadza, że tylko agresja pozwala mu to rozładować. Niby skąd się wziął pogląd, że cielesne karanie dzieci jest dobre? Rodzice nie znajdywali sposobu na rozładowanie swojej agresji w obliczu jakiegoś wybryku dziecka. Tylko to umieli. Mało kto jest takim psychopatą, że z kamienną twarzą wymierza pasem uderzenia w pośladki trzylatka. Zazwyczaj przemoc domowa odbywa się w dużych emocjach i jeśli ty  miałeś kiedyś ochotę uderzyć dziecko, bo się zdenerwowałeś, czemu za tę samą chęć chcesz ukarać dziecko? Bijąc je, pokazujesz mu, że właśnie tak się te sprawy rozwiązuje. Karząc je za bicie, robisz natomiast dokładnie to samo – ono uderzyło, bo coś je zdenerwowało i chciało doprowadzić drugie dziecko do porządku bijąc je za karę, ty ukarałeś je, bo zdenerwowało cię jego zachowanie i chcesz doprowadzić je do porządku karząc je za karę. Dziwne, nie?

 

Na bijące dziecko kara jest jedna – zerknij na nie, poobserwuj. Z czego może wynikać jego frustracja? Z tego, że nie potrafi się pogodzić z tym, że ktoś inny bawi się jego zabawką? Z nudy? Z nieumiejętności pogodzenia się z pewnymi faktami? A teraz nazwij jego uczucia, zaakceptuj je [bo może czuć złość,gdy ktoś zabiera mu zabawkę], porozmawiaj o tym, jakie konsekwencje może przynieść bicie innych dzieci, że to boli, rani, że źle się potem człowiek czuje. Spróbujcie ustalić [piszę “spróbujcie”, bo nikt nie lubi monologów, to ma być rozmowa], jakimi innymi sposobami można wyrazić swoją dezaprobatę, w jaki sposób pokonać złość [tupaniem, płaczem, darciem gazety, bieganiem itp.]. Agresja u dziecka zawsze wynika z jakichś problemów, z którymi dziecko nie potrafi sobie poradzić, w ramach kary koniecznie więc rodzic powinien się dzieckiem… zająć. Szok, nie?

 

 

Jak ukarać malutkie dziecko, które gryzie i drapie? [to straszne, ale dość dużo takich wiadomości dostałam, aż się popłakałam któregoś wieczora]. Młodszy syn ma właśnie taki etap, a nauczona doświadczeniem po starszym synku, nie popełniłam błędu – czyli pierwszych uderzeń nie potraktowałam jako osobistą urazę. Każda twoja silna reakcja na uderzenie rocznego czy dwuletniego dziecka jest dla dziecka… zabawna. Serio – czy krzykniesz z bólu [fajną masz wtedy minę], czy się zaczniesz śmiać [o, lubisz to!], dziecko będzie zachwycone, więc jedyną karą jest kamienna twarz, odsunięcie ręki dziecka, powiedzenie stanowczo, że nie wolno bić [na początku nie zrozumie, ale w końcu pojmie, jak zacznie pojmować, można rozmawiać o tym, dlaczego nie wolno bić innych] i zwrócenie jego uwagi na inną, ciekawszą oraz bezpieczną rzecz.

JAK PORZĄDNIE UKARAĆ DZIECKO, KIEDY SIĘ NIE SŁUCHA?

 

Oooj, bardzo ciężka sprawa, bo wymaga zadania sobie podstawowego pytania: czy ty zawsze słuchasz swojej matki, babci, cioci, koleżanki czy nawet męża? Zawsze podzielasz ich zdanie i nigdy nie masz alternatywnego sposobu rozwiązania problemu, spędzenia wolnego czasu czy zjedzenia czegoś innego niż ci proponują? No właśnie. Ty możesz, a dziecko nie? A z jakiej paki? Tu polecam artykuł Mataji [klik] i bardzo zachęcam do przeczytania, bo wiele wyjaśnia w kwestii funkcjonowania mózgu dziecka.

 

Zdaję sobie sprawę, że dziecko, które nie zwraca uwagi na nasze prośby, wiąże się z frustracją. Sama nie raz, nie dwa stałam nad synem, prosząc go, by przestał coś robić, bo skończy się tym i tym lub namawiając, żeby się pośpieszył, bo busik do przedszkola nam ucieknie. Jest na to jedna kara i to dotkliwa…

 

Trzeba wstać/przygotować się wcześniej i pogodzić się z tym, że ludzie [dzieci też] nie zawsze będą nam spijać słowa z ust. Zostaje tylko pertraktacja, która u mnie ostatnio przynosi fantastyczne efekty, bo kiedy tylko przypomnę Kosmykowi, że przez zbyt długie ubieranie butów nie zdążymy na busik i nie zobaczy swojego ulubionego kolegi, jakoś buty zakładają się w szybszym tempie. Pertraktacje i siła argumentacji. Wszak Walter Barbee powiedział: “Jeśli powtarzasz coś swojemu dziecku po raz tysięczny, a ono wciąż nie łapie, to które z was wolno się uczy?”.

 

 

Tyle. Dziękuję.

 

JAK PORZĄDNIE UKARAĆ DZIECKO, KIEDY CZEGOŚ ZAPOMNI?

 

Świeża sprawa, bo właśnie maila z takim problemem dostałam. Córka czytelniczki zapomina mnóstwo rzeczy, przez co każde wyjście się opóźnia i są same problemy, szczególnie w szkole. Jak to opanować, bo mama nie ma już sił pilnować przyszykowania córki do szkoły, żeby o wszystkim pamiętała.

 

No i tak – widzicie zgrzyt? Jeśli przez kilka lat o wszystkim pamiętała matka, nie dając szans córce zadbać o własne rzeczy i poniesienie na własnej skórze konsekwencji nie dbania o nie, to czego teraz wymaga od dziecka? Że ono z pierwszym września nagle zacznie się o swoje rzeczy martwić? No chyba nie.  Czytelniczka pisała też o tym, że musi córce przywozić do szkoły zapomnianą książkę czy zeszyt. I wiecie co? Nie musi. Zapomniałaś książki? No trudno, musisz teraz to pani wytłumaczyć, może jakoś książkę pożyczyć, umówić się na odrobienie zaległości. Ja mogę ci pomóc, przypominając wieczorem o spakowaniu plecaka, ale jeśli zapomnisz o moim przypomnieniu lub je zignorujesz, no cóż. Twój wybór.

 

Powiecie, że mówię hipotetycznie, bo nie mam dziecka w szkole. Ale mam w przedszkolu i kiedy syn wrócił do domu z informacją, że zgubił gdzieś swoją szczoteczkę i pastę do zębów, przygotowałam mu nowy zestaw i położyłam na stoliku, pięć razy prosząc go, by sobie te rzeczy zapakował. Zapomniał. Pojechał bez. Gdy wrócił, spytałam, czy wie, że zapomniał swoich toaletowych przyborów.

 

– Wiem, mamo, wiem. Wszyscy myli zęby, tylko ja nie wiedziałem, co robić i było mi źle.

 

I za co niby miałabym go ukarać, że sam odczuł skutek zapominalstwa? Ludzie czasami o czymś zapominają i jeśli wyskakujesz mi z argumentem, że trzeba solidnie za takie zapominalstwo dziecko ukarać, to powiedz mi, czym karzesz siebie, jeśli tobie się to zdarzy?

 

JAK PORZĄDNIE UKARAĆ DZIECKO, KTÓRE NIE SPRZĄTA SWOJEGO POKOJU?

To mój ulubiony sposób i naprawdę go lubię. To najbardziej wyrafinowana zemsta na jaką stać rodzica – po prostu mu w pokoju nie sprzątać. No tak! – powiecie – To mu wszystko zapleśnieje i sczeźnie! Przecież mój syn/córka nigdy nie sprzątnie!

 

Powiem wam – sprzątnie. Prędzej czy później sprzątnie. Tylko trzeba się stosować zasady, że bawić może się wyłącznie w swoim bałaganiku, swoich rzeczy szuka samo, no i uczulić, że w takim bałaganie wiele zabawek może zostać zdeptanych. Natomiast możesz pomóc swojemu dziecku, gdy poprosi cię o pomoc – czemu nie, jeśli nie masz nic przeciwko, ale musi się to odbywać na równych zasadach, a nie że te zgarniasz cały syf, a dziecko ogląda książeczkę. Zawsze też możecie porozmawiać o tym, które zabawki w pokoju sprawiają największą trudność w uporządkowaniu, czego w robieniu porządków najbardziej nie lubi dziecko i spróbować znaleźć rozwiązanie, które ułatwiłoby sam proces. Może ty mu będziesz sprzątać klocki, skoro sprawia mu to trudność, a ono w zamian sparuje ci skarpetki?

 

CZY W OGÓLE JEST SENS KARAĆ DZIECI?

Wiem, że już dawno domyśliliście się, że sobie żarty robię i tak naprawdę żadna z zaproponowanych przeze mnie rzeczy nie jest karą typowo rozumianą. I macie rację, bo w wychowaniu dzieci bardziej mi odpowiada zasada naturalnych konsekwencji i sądzę, że one dają więcej niż tępe karanie i odbieranie praw i przywilejów oraz stawianie siebie w roli dyktatora.

 

Konsekwencja naturalna to działanie, które w sposób naturalny wydarzy się, kiedy Twoje dziecko zachowa się w sposób niepożądany. Jest ona wynikiem przebiegu zdarzeń, a nie zaplanowanym ukaraniem przez rodzica (Kołakowski i Pisula”Sposób na trudne dziecko”). [źródło]

Kiedy pierwszy raz opowiedziałam o tym koleżance, ta się do pomysłu zapaliła, ale potem z jej ust usłyszałam, jak mówi do dziecka, że ona za chwilę będzie musiała wyciągnąć konsekwencje. No i kolejny klops [gdzieś wyżej już jeden był], bo jeśli konsekwencje trzeba wyciągać, to przestają być konsekwencjami, a dalej są karą.

 

Czemu uważam karanie dzieci za niepotrzebne? Bo to taka nadwyżka, dodatkowe obciążenie dla dziecka, które już wie, że źle się zachowało, ale do tego jeszcze musi zostać ukarane, więc jego uwaga nie jest skierowana na to, żeby swoje zachowanie poprawić, ale na to, żeby karę odbyć. Dziecko zamiast nauczyć się empatii, zrozumienia, odpowiedzialności za swoje czyny, umiejętności myślenia przyczynowo-skutkowego, wie, że jak zrobi źle, to najwyżej odbębni karę. A jak odbębni, to będzie po prostu bardziej następnym razem uważał, żeby rodzice się nie dowiedzieli.  Nie wydaje wam się to bez sensu? Mi tak.

 

I mimo że o wychowaniu bez kar i nagród przez pierwsze dwa lata życia Kosmyka niewiele wiedziałam, to już wtedy czułam, że karanie jest bez sensu. Za co mam karać dziecko? Że się rozwija, że sprawdza, że bada, że ja nie byłam w stanie wszystkiego mu wytłumaczyć, że ma wyobraźnię? Tym bardziej że moi rodzice, dość tradycyjni przez pierwsze lata naszego życia, w pewnym momencie totalnie karanie nas odpuścili. Nie mieli książek, nie mieli poradników, ale mieszkali w środku lasu z dala od zamętu wszelakich mącących w głowie porad i czuli, że karanie nie spełnia oczekiwań. Odpuścili. I kiedy ktoś stara się mnie przekonać, że niekaranie dzieci nie przyniesie żadnego efektu, a z takich dzieci wyrosną zwyrole i łobuzy, to zapewniam – mam wrażenie, że ze mną wszystko jest w porządku, a żaden lekarz nigdy nie zobaczył większych odchyłów od normy niż u przeciętnego człowieka. A o ile jestem szczęśliwsza!

 

 

Świetnie o karach pisze Agnieszka Stein [cały jej cykl tutaj, zerknijcie].

 

Inne moje teksty: 

“Mojemu dziecku pozwalam na wszystko, co chcę”

“Pochwały wcale nie uskrzydlają”

10 mitów o wychowaniu dziecka, na które nie musisz się zgadzać

You May Also Like