Dzień jak co dzień, krzątanina, bieganie, tysiąc spraw na głowie. Jak przeżyć dzień w takim kołowrocie? Jak zapiąć wszystko, co zapiąć trzeba, jak się nie zaplątać, żeby wieczorem nie padać z nóg? A gdzie czas dla siebie? Na odpoczynek, reset, zebranie sił? Mam na to kilka sposobów, ale – uwaga – może boleć. Niemniej wysiłek wart jest starania 🙂

 

W ciągu czterech lat prowadzenia bloga [tak, to już cztery lata!] takich pytań dostaję kilka w tygodniu – jak znajduję na to czas? Na aktywne prowadzenie Fp, na pisanie tekstów, na odpowiadanie czytelniczkom. I gdzie w tym wszystkim znajduję czas dla siebie. Jak tego dokonać, co zrobić, żeby czas dla siebie nie był tylko marzeniem, ale niezaprzeczalnym faktem. Mam 10 skutecznych sposobów.

 

 

Organizacja dnia, żeby znaleźć czas dla siebie

 

Jasne, nie zawsze da się wszystko zaplanować, ale zawsze dzień  można podzielić tak, żeby przynajmniej ramowo znaleźć czas na wszystkie aktywności. Sprzątanie kuchni? Daj sobie czas, załóżmy, do południa. Do południa wysprzątam kuchnię! I nawet jeśli wstanę o siódmej czy ósmej, czy dziewiątej, nawet jeśli dzieci będą mi się pałętać koło nogi, to realny czas, jaki sobie dałaś na tę jedną aktywność. I nawet rozproszona zabawą z maluchem, jesteś w stanie ją skończyć.

 

 

Ja tak pracuję. Podzieliłam sobie dzień na „co dwie godziny”. Dwie godziny poświęcam dzieciom, dwie pracy albo sobie. Nawet nie muszę mieć zegarka pikającego mi skończenie czasu, już sama wyczuwam, kiedy koniec zmiany. I na przykład czas od 6.30 do 8.30 to tylko dzieci. Budzę je, ubieram, odprowadzam starszego do przedszkola, przebieram Adasia [jeśli chce], skoncentrowana jestem na dzieciach i nawet jeśli mam włączony komputer, to podejdę do niego tylko po, żeby sprawdzić szybko jakąś informację potrzebną mi dla dzieci, albo puścić piosenkę.

 

 

 

 

Jak w tym wszystkim znaleźć czas dla siebie?

 

Jest mnóstwo sposobów na zorganizowanie sobie dnia, a jeszcze więcej na zorganizowanie go tak, by mieć czas dla siebie. Ja stosuję około 10 zasad, z których część jest ze mną od dawna, a część wprowadziłam pod koniec zeszłego roku. Część jest nowa, wynikająca z moich potrzeb, ale sprawdza się doskonale 🙂

 

 

1. Szanuję siebie.

 

Po prostu. Jeśli ktoś mi pisze, że coś jest dla niego pilne, to rozumiem, że on musi coś pilnie, ale… ja wcale nie muszę  mieć czasu na jego pilne sprawy. Mogę, ale nie muszę. Pamiętam na początku blogowania, że rzucałam wszystko i odpisywałam od razu, żeby osoba, która chciała się ze mną skontaktować, nie czekała ani minuty. Poszłam po rozum do głowy, bo gdybym teraz tak robiła, nie odeszłabym od komputera nawet na minutę. Szanuję wszystkich, którzy piszą do mnie, ale szanuję też swoje dzieci, swój mózg, swojego partnera. Nie mogę ich zostawić w trakcie mojego czasu z nimi, bo ktoś chce się o coś zapytać. Odpowiem w chwili, kiedy będę mogła odpowiedzieć. Czasem spotykam się z reakcjami „Ojej, napisałam wiadomość, a ty nie odpowiedziałaś, ale dodałaś jakiś status, czyli pewnie widziałaś wiadomość i mnie olałaś”. Tak, pewnie widziałam, że ktoś do mnie napisał. Jednak mam swój plan blogowy, który muszę realizować i wiadomości na fejsie czytam z szacunkiem – wtedy, kiedy mam czas na nie odpowiedzieć tak, by nie ignorować mojej rodziny i by moja odpowiedź nie była olewająca, a właśnie zgłębiająca problem czy kwestię, którą poruszasz. Tak, na twoje pytanie chcę odpowiedzieć dobrze, a nie między zupą a wrzaskami dzieci.

 

Z tego też powodu zrezygnowałam z wiadomości na fanpage’u. W większości  [choć nie wszystkie, żałuję kilku konwersacji z czytelniczkami, które prowadziłam od miesięcy!] były zawracaniem gitary. A skąd spodenki synka, a skąd kurteczka, a czy pisałaś coś o książkach dla dzieci [!!!!!], a czy masz na blogu jakiś tekst o wychowaniu lub buncie dwulatka [!!!!]? Wyszłam z założenia, że z całą moją empatią, zwyczajnie nie mam czasu odpowiadać na oczywiste pytania. Jestem w trakcie pracy nad nowym szablonem i codziennie jedną godzinę poświęcam na udoskonalenie opcji wyszukiwania na stronie. Tyle mogę zrobić dla osób poszukujących informacji, które są w stanie wejść na blog i znaleźć potrzebne rzeczy samodzielnie. A jeśli potrzebują mojej pomocy i wsparcia, zawsze mogą wejść w zakładkę „Kontakt” i napisać mail. Setki agencji reklamowych nie mogą się mylić – znalezienie mojego maila nie jest problemem, a plan odpisywania na maile mam dość dobry [poświęcam na to sześć do ośmiu godzin tygodniowo!].

 

Tak samo ty – szanuj siebie i swoje priorytety. To nie znaczy, że masz olewać każdego, kto prosi cię o czas czy rozmowę. To znaczy, że ty powinnaś z szacunkiem przemyśleć, kiedy ten czas dla kogoś możesz znaleźć. Masz do tego pełne prawo.

 

 

2. Offline.

 

Od roku stosuję tę opcję, która pozwala mi wyjść z domu bez telefonu lub wyłączyć komputer. Odkrycie? Dla wielu wciąż nieznane 🙂 Na przykład, kiedy robiłyśmy z Kasią Siwko te zdjęcia, bardzo pasowało mi jedno zdjęcie, na którym rozmawiam przez telefon. Nie wpadłam na to, że mogłam pożyczyć od Kasi, a swojego… nie miałam. Często spotykam się ze zdziwieniem, że ja – blogerka – wyszłam z domu bez komórki. A dla mnie to uwolnienie od ciągłych powiadomień, od ciągłych wiadomości, wreszcie od myślenia o mailu, który przyszedł przez chwilą. Na obiad do babci jeżdżę bez komórki, na zakupy jeżdżę bez komórki, na spacer dla odetchnięcia idę bez komórki. Zaraz jedziemy z dzieciakami na wycieczkę rowerową do lasu i tak – będę bez komórki. Oddech i odpoczynek od rzeczy, które zawracają mi głowę.

 

 

 

 

3. Zlecanie zadań.

 

Zdjęć do tego wpisu po raz pierwszy nie robił mi Chłop, tylko koleżanka-fotograf. Zamiast latać jak pokręcona, żeby ustawić Chłopu aparat, a potem wrócić na miejsce i zająć pozycję, poprosiłam o pomoc koleżankę, która kazała mi siedzieć, wszystkim się zajęła i przesłała mi na koniec gotowe zdjęcia. Jestem blogerką, więc czasem muszę dysponować zdjęciami, ale zwyczajnie nie mam czasu ogarniać jeszcze dodatkowej rzeczy i sztuki fotografii. Zleciłam. Podobnie jest z drewnem do piwnicy – rąbanie i układanie zajmowało Chłopu całe popołudnia, podczas których ja mogłam coś zrobić innego, a siedziałam z dziećmi, bo on był zajęty. Zleciliśmy rąbanie drewna. Zlecam też czasem spacery z dzieckiem sąsiadce, żebym mogła skończyć jakąś swoją pracę albo po prostu posprzątać. I polecam taką pomoc przy dziecku każdej mamie. Dwie do trzech godzin dziennie nie kosztuje dużo, to zazwyczaj zwykły spacer, taki sam, jaki ty byś z dzieckiem odbyła, a przez ten czas ty spokojnie możesz doprowadzić dom do porządku, zrobić obiad czy pomyć okna. Choć okna też możesz komuś zlecić. Ja tak dorabiałam na pierwszych studiach i wcale nie robiłam tego u nie wiadomo jakich  bogaczy.

 

 

4. Planuję.

 

Tygodniowo, kwartalnie, półrocznie. Jasne, jest zasada „zwierz się niebiosom ze swoich planów, a one cię wyśmieją” i kilkakrotnie się o tym przekonałam, ale przyznaję, że bez listy zadań zwyczajnie bym utonęła i się zagubiła.Planuję to, co będziemy robić, planuję to, co zamierzamy kupić, planuję to, co będziemy jeść. I jasne, czasem wszystko wali w łeb. Ale wiem, że jak się zawali, to nie muszę wpadać w panikę, bo zazwyczaj trzymam rękę na pulsie i wiem, co, gdzie, kiedy i jak.

 

 

5. Liczę.

 

Czas, minuty, rzeczy do zrobienia, ubrania – wszystko liczę i zapisuję. Liczenie ubrań? Podam to na przykładzie skarpet. Jeśli ich liczba przekracza 30 sztuk – to wiem, że marnuję czas, zastanawiając się, czy przypadkiem nie stanąć na chwilę i kupić sobie kolejnej pary. Proste? Proste. Tak samo jest z innymi rzeczami – większości nie muszę zapisywać, ale mogę podczas wieszania prania sobie plus minus skalkulować, jak dużo rzeczy wieszam i czego mi brakuje, a czego mam w nadmiarze. Jeśli czuję potrzebę – zapisuję. Że to i tamto muszę kupić, a tamto i owamto nie [skarpetki chętnie kupowałabym non stop, stąd to moje  ich liczenie, bo kiedy mam ich dużo, to poświęcam jeszcze więcej czasu na segregowanie. Czasu, którego nie mam].

Dodatkowo był moment, kiedy zapisywałam ile minut zajmuje mi dana czynność. Sprzątnięcie blatów w kuchni – 10 minut. Wyczyszczenie dywanu – 25. Przemycie dwóch najczęściej brudzących się okien w pokoju – 15. Pościelenie łóżka – 5. Zrobienie porządku w lodówce – 30. Wsadzenie naczyń do zmywarki i umycie garnków i zlewu – 25. Wyjęcie naczyń ze zmywarki – niecałe 10. Posprzątanie za kanapą – 20. Jakie to jest pomocne przy organizacji pracy! Wcześniej odkładałam porządki, bo byłam przekonana, że zajmą mi one masę czasu i będę miała z głowy cały dzień. Tymczasem policzenie, ile minut zajmuje mi dana czynność okazało się rewolucyjne. Jeśli czekam na odpowiedź na ważny mail i wiem, że może to potrwać dłużej, nie siedzę tępo patrząc w feed na facebooku, tylko umyję szybko te zasyfione okna. Jeśli skończyłam jakąś pracę i zostało mi 15-20 minut do przyjazdu dzieci od babci – szybciutko ogarnę blaty albo wyjmę naczynia, albo odkurzę i sprzątnę z podłogi zabawki w pokoju [15]. Ja już teraz te czasy i minuty pamiętam i pomagają mi się zmobilizować, a że zdarza mi się niektóre rzeczy zrobić szybciej, dostaję dodatkowy czas na przejrzenie gazety, książki czy szybką rozmowę z koleżanką.

 

Kwestia liczenia czasu związana jest z teorią Prawa Parkinsona, oznaczającego, że będziesz robić coś tyle czasu, ile sobie zaplanowałaś. Jeśli więc zapowiedziałam sobie, że cały dzień poświęcam załóżmy na sprzątnięcie łazienki, to mimo że sprzątnięcie łazienki na błysk zajmuje mi jakieś 40 minut, to cały dzień będę w tej łazience siedzieć myśląc o tym, że dziś sprzątam łazienkę. Najpierw będę przygotowywała się mentalnie do sprzątnięcia łazienki, potem będę obmyślała, jak będę sprzątać łazienkę, potem zrobię sobie przerwę przed ostatecznym sprzątaniem łazienki… a potem w popołudnie ogarnę się, że cały dzień minął, a ja jeszcze nie sprzątnęłam łazienki. Brzmi znajomo? Czy nie lepiej sobie powiedzieć, że od 10 rano do 11 rano sprzątam łazienkę i bach – zrobione?

 

 

6. Daję sobie bufor czasowy.

 

Tak, jak z tą łazienką – wiem, że sprzątnę ją w 40 minut, ale liczę godzinę, bo a może dziecko czegoś będzie chciało, a może ktoś zadzwoni, a może kurier przyjedzie. Nigdy nie planuję czegoś co do minuty, bo zawsze coś się może stać, co rozwali mi jedną rzecz i reszta runie. Staram się zawsze wcześniej przychodzić na spotkanie, mam chwilę czasu na ochłonięcie i starcie potu z twarzy, staram się zawsze dać sobie kilka lub kilkanaście minut nadwyżki czasowej, żeby mieć takie koło zapasowe. A jeśli z niego nie skorzystam? Cóż, mam 10-15 minut na nic nierobienie.

 

 

7. Wstaję pierwsza.

 

Budzik mam zawsze nastawiony 30 minut przed pobudką dzieci. Mam czas wtedy wypić sobie spokojnie kawę, chwilę się zrelaksować, ubrać spokojnie. Po takiej chwili dla siebie łatwiej mi stawić czoła porannemu armagedonowi w postaci dwóch chłopców, z których jeden powinien iść do przedszkola, a nie chce, a drugi nie powinien iść do przedszkola, a poszedłby w samej pieluszce.

 

 

8. Rezygnuję z umilaczy pracy

 

Nauczyło mnie tego pierwsze „oddanie” młodszego dziecka na spacer z sąsiadką. Wróciłam do domu i stwierdziłam, że zrobię sobie kawę, potem, że kanapkę, potem, że znajdę odpowiednią muzykę nastrajającą do pracy. Po 20 minutach stwierdziłam, że straciłam prawie pół godziny i nie zrobiłam jeszcze nic, oprócz bałaganu bo nakruszyłam i mleko wylałam. A przecież płacę tej kobiecie – zmarnowałam czas i pieniądze. To mnie otrzeźwiło. Od tamtej pory, jeśli sąsiadka może i chce zająć się moim dzieckiem, oddaję jej wózek z młodszym i po prostu siadam do tego, co mam zrobić. Kawę sobie zrobię, jak muszę. Najczęściej wykorzystuję te dwie, trzy godziny na ciągłe pisanie/odpowiadanie i przez ten czas zrobię czasem całą robotę na dany dzień.

 

 

9. Ograniczam wybór

 

 

O tym już powiedział Steve Jobs, który na pytanie, czemu wciąż ubiera się tak samo, odpowiedział, że ma do podejmowania tyle różnych decyzji w ciągu dnia, że szkoda mu czasu na podejmowanie kolejnej dotyczącej ubioru. Więc ograniczył wybór do jednego uniformu. Jakkolwiek kusi mnie ta opcja, żeby nie myśleć, czy dziś sukienka czy spodnie, tak wiem, że raczej nie będzie to w moim przypadku możliwe. Ale w samej idei jest dużo prawdy, z której mogę zaczerpnąć. Jeśli robię zakupy, ograniczam się do dwóch, góra trzech sklepów. Bo wiem, że jeśli wejdę do czwartego to już utonę i nigdy się nie zdecyduję. Ograniczam wybór dzieciom – do dwóch, góra trzech rzeczy. Ograniczam wybór sobie – ubraniowy, jedzeniowy, zadaniowy.

 

 

10. Zorganizowałam sobie zakupy.

 

Wszystkie posty o planowaniu śniadań czy planowaniu obiadów, wreszcie – o robieniu zakupów na tydzień nie wzięły się stąd, że wpadłam na ciekawy pomysł na wpis. Mi po prostu to bardzo ułatwia życie – nie tracę 20 czy 30 minut dziennie na rozmyślanie nad listą zakupów, a za to poświęcam godzinę w tygodniu na zaplanowanie tego, co mniej więcej będziemy jeść i załatwienie wszystkiego za jednym razem.

 

Do  tego aktywnie korzystam z wszelkich opcji szybkich zakupów. Na przykład z Limango, które jest partnerem tego wpisu. Już trzy lata temu odkryłam korzyści, jakie dają zakupy z ograniczonym terminem [i wyborem!]. W Limango są akcje sprzedażowe, podczas których przez kilka dni można kupić oryginalne rzeczy z bardzo dużą obniżką. Wygląda to tak:

 

 

Jeśli więc szukam czegoś konkretnego [a najczęściej szukam konkretów, nie lubię znajdywać sobie okazji do kupienia czegokolwiek], to najczęściej w pierwszy odruchu wchodzę na limango i patrzę, czy daną rzecz mogę kupić po obniżce w aktualnych promocjach lub nadchodzących. Jeśli tak – korzystam z okazji, bo zaraz może minąć i wtedy zakupy mam z głowy. Jedynym problemem jest to, że jeśli potrzebuję czegoś szybko, to kupując w aktualnych promocjach niestety muszę czekać ok. 2-3 tygodni. Dlatego też zawsze zerkam w Outlet. Płaszcz ze zdjęć do tego wpisu, torebka i buty są właśnie z outletu. Pilnie potrzebowałam jakiegoś ubrania na wiosnę, a wiedziałam, że nie mam czasu na penetrowanie galerii handlowej 100 km od domu, więc poświęciłam wieczór i wybrałam sobie fajne ubrania w sporej obniżce. Nie minęło 48 godzin, jak były już u mnie i mogłam je spokojnie ubrać na spacer. Oszczędziłam czas, pieniądze i myślę, że zestaw mi pasuje [od dawna marzyłam o żółtym płaszczyku]. Kupowanie na trwających zaś do pięciu dni kampaniach ma dla mnie jeden najważniejszy plus – nie mam dużo czasu na wybór. Dla mnie, osoby która potrafi trzy dni myśleć, czy kupić sobie nowe legginsy, czy chodzić w za małych, a może jednak kupić, a może nie… jest to dość korzystna opcja, bo nie daję swojemu mózgowi okazji do zastanawiania się. Muszę podjąć decyzję, jak się nie zdecyduję, to przepadnie. Mając w głowie listę potrzebnych mi do domu rzeczy [a wręcz niezbędnych] jest to dla mnie dużą pomocą.

 

 

Jeśli widzę, że czajnik mi się zaraz zepsuje, zapisuję. Jeśli widzę, że talerzyki mi się wyszczerbiły – zapisuję. Jeśli zaczynają kończyć mi się szklanki – zapisuję. A potem wchodzę na Limango i jeśli jest jakaś aktualna dla mnie kampania –

 

-> czajniki Russell Hobbs akurat można znaleźć w kampanii – tutaj

-> niedługo rusza akacja z niższymi cenami butów Wojas, tutaj,

-> kampania z Vans – kończy się jutro tutaj

 

 

– korzystam z niej. I kiedy ten czajnik się naprawdę zepsuje, a szklanki skończą, wiem, że za chwilę przyjdą nowe. W ten sposób oprócz butów, bo często buty dla siebie kupuję właśnie tam, zaopatruję się też regularnie w moje ulubione kremy do twarzy, a obecnie poluję na rowerek biegowy dla Dasia i kilka zabawek, bo mamy już uszczuplone zapasy [kampania KidKraft rusza już 10.03 – tutaj].

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I tyle tajemnicy. I sposobów na zaoszczędzenie czasu. Wiesz, że lubię pisać kobyły i nie zdziwisz się, jeśli powiem, że tych sposobów mam więcej, ale chętnie poczytam o twoich trikach na znalezienie czasu dla siebie. Napisz mi o nich koniecznie, może są takie jak moje?