Całe moje życie na wsi opiera się na listach rzeczy do kupienia. Mam specjalny notes, który jest już obdarty z kartek i brudny, bo zapisuję w nim na szybko to, czego już brakuje lub za chwilę zabraknie. To taka konieczność: zapasy i panowanie nad lodówką, bo robienie 30 km, żeby kupić jedną zapomnianą rzecz jest marnowaniem i czasu, i pieniędzy, i świeżego powietrza. Ale o ile z planowaniem zakupów nigdy nie miałam problemu, to już planowanie obiadu nie bardzo mi wychodziło. Czasami stałam, gapiąc się w lodówkę, i nie wiedziałam, co ja z jej zawartości w ogóle mogę przyrządzić oprócz kanapek. Wreszcie wpadłam na sposób, jak połączyć obie te rzeczy – jak zaplanować obiady, a przy okazji zrobić solidną listę zakupów.

 

 

No tak – bo jedynym sposobem na „zawsze wiem, co podać na obiad” jest wyłącznie odpowiednie planowanie, ewentualnie dobra restauracja z dowozem pod drzwi. Ale ja jakoś nigdy nie byłam mistrzynią w planowaniu posiłków. Całe swoje studenckie i rodzinne życie w wawie jadłam to, na co miałam ochotę albo to, na co akurat było mnie stać, a jeśli ochoty lub „stania” nie miałam, zadowalałam się czymkolwiek. Potem wróciłam na Mazury i przez pierwsze lata mieszkałam u rodziców, gdzie w kuchni królowała mama. Tak naprawdę więc planowanie obiadów dopadło mnie w tym roku i to dopadło z grubej rury, bo przecież jeszcze Kosmyk, któremu nie podam ociekającego tłuszczem kotleta z sałatką majonezową.

 

Są tacy, którzy powiedzą „Daj spokój, Chłop jeździ do pracy, może kupić po drodze!”. No tak, to prawda. Ale Chłop wraca z pracy około 17, czyli jeśli brakuje mi podstawowego składnika, mogę zacząć gotować dopiero, jak wróci [a wolę wtedy już jeść i oddać mu dzieci, żeby coś napisać]. Poza tym, to prawda, jego powroty z pracy  są pomocne, gdy planuję obiad na… jutro lub pojutrze. Czyli w poniedziałek piszę mu, z czym ma przyjechać, żebym miała obiad na wtorek, albo na środę 🙂 To jest dobre raczej do uzupełnienia zapasów, a nie do kupowania składników na cito. A tak w ogóle to wszystko się wali, kiedy władują mu dwudziestoczterogodzinną służbę lub gdy wyjeżdża na poligon – koniec kropka 🙂

Jak zaplanować obiady na cały miesiąc  – najprostszy sposób

Jak więc ogarnęłam planowanie posiłków i jak sobie z tym radzę? Bardzo prosto. Jeden wieczór w miesiącu poświęcam na wypisanie naszych ulubionych potraw – takich, które wszyscy lubimy i które na pewno znikną w szybkim tempie. Staram się mieć tych potraw przynajmniej 20 [pod uwagę biorę, że babcia czasami nas poratuje tym, czego sami z dziadkiem zjeść nie mogą albo zwyczajnie z uprzejmości [gdybym nie miała babci, pewnie celowałabym w 28-30]. Kiedy mam wypisane te potrawy, wieszam je sobie na lodówce [na początku od razu z przepisami, żebym nie musiała myśleć, teraz to już idę „na oko” i kombinuję], zerkam na nie i z myślą o najbliższych dnia wypisuję na liście zakupów, jakich produktów potrzebuję, żeby te potrawy przyrządzić. I voila. Proste, że nie wierzę, że nikt z was na  to nie wpadł, a do tego łatwe i szybkie.

 

 

TIP:

Nie kombinuj, nie maltretuj się się wyrafinowanymi daniami, nie zastanawiaj się, co zrobić, żeby było dobrze. Dobrze będzie, jak zwyczajnie wypiszesz wasze ulubione dania i do nich ewentualnie dostosujesz dodatki: surówki, kasze lub zdrowe desery.

 

 

Przykładowy plan obiadów dla nas na styczeń: 

 

  • kaczka pieczona z czosnkiem i jabłkami
  • zupa pomidorowa
  • wątróbka z jelenia z cebulką [Kosmyk dalej zupę pomidorową, resztę zamroziłam]
  • domowa pizza
  • smażona rybka [najświeższa z hodowli]
  • kurczak ze śmietaną i porem
  • kotlety schabowe z buraczkami/surówką z pora/ kasza gryczana/jaglana
  • ogórkowa [nadmiar zamrozić]
  • ziemniaki z serem i fasolą szparagową plus bitki
  • gulasz z kaszą gryczaną/pęczakiem
  • makaron z warzywami [i brukselką mniam]
  • zupa serowa z brokułami
  • mielone z mizerią/surówką z kapusty i marchewki/ czerwoną kapustą
  • Ragout warzywne
  • spaghetti z tuńczykiem
  • pieczarkowa/warzywna/rosół
  • szczupak po polsku z surówką
  • zupa ziemniaczana z porem i cieciorką
  • risotto
  • wegańska lazania [jedyna pozycja „na próbę”, bo jeszcze nigdy nie robiłam]
  • roladki z indyka ze szpinakiem

 

 

 

 

Kilka dni zawsze zostawiam pustych, bo wspominałam, że czasem z obiadem ratuje mnie mama, a czasem wychodzi tak, że Chłop zostaje na służbie i zamiast robić obiad, zjadamy z Kosmkiem zupę z wczoraj [lub odmrażamy]. Ja w ogóle zupy gotuję w ilościach hurtowych, tak żeby zawsze kilka porcji odłożyć do zamrażarki „na zaś”, bo a to właśnie nie ma Chłopa, a to Kosmyk jednak nie ma to ochoty na to, co ugotowałam i wtedy proponuję mu domową zupę. Bywa też [jak z kaczką albo kiedyś przyrządzanym przeze mnie ogromnym pieczonym indykiem], że potrawą zajadamy się dwa dni pod rząd [no dobra, indyka jedliśmy trzy, był naprawdę wielki!]. Z kotletami też nie jestem oszczędna – jak jest ich więcej, istnieje szansa, że drugiego dnia nie będę musiała robić obiadu, a w ogóle to świetnie nadają się do kanapek dla Chłopa [biedak, nie ma stołówki ani sklepu obok pracy], a jest mięsożerny. Czasem też lądujemy w restauracji, wtedy to już zupełnie mam obiad z głowy, więc w moim przypadku 21-22 pozycji to akurat takie maksimum, którego czasami nie wykorzystuję.

DOCEŃCIE!

W ogóle trudno jest ułożyć listę zakupów i plan posiłków dla rodziny w której: jedno dziecko dopiero zaczyna jeść, drugie jest mleko i zupożercą jak mamusia, a trzecie w ogóle nie je ryb i najchętniej to jadłby wyłącznie mięsiwa. Ale się staram i jakoś mi się udaje. Pod plan ułożony jak wyżej zawsze od razu układam listę zakupów, która jest dość długa, bo zazwyczaj kupuję hurtowo. Jeśli kupuję kaszę gryczaną, to od razu kilka pudełek, jeśli jaglaną, to też kilka, jeśli mąkę, to całą zgrzewkę [lub po kilka sztuk ulubionych: ryżowej, gryczanej, amarantusowej, kukurydzianej].

 

 

Mam ten komfort, że oprócz drobiu [choć też nie zawsze, bo znamy kilku gospodarzy], kabanosów [ja mięsa mogę nie jeść w ogóle, ale kabanosy lubię] i raz na jakiś czas parówek, mięsa nie kupuję w ogóle. To znaczy – surowego.  Praktycznie wszystkie nasze potrawy i zupy robione są na zdrowym dzikim mięsie [jakkolwiek to strasznie brzmi, dla przeciwników myślistwa]. Po prostu otwieram zamrażarkę i wybieram to, co będzie mi potrzebne, a też pod to, co mam w zamrażarce po trochu plan obiadów układam. Często też ojciec ratuje mnie warzywami od rolnika, który jeszcze ma swoje z wakacji [moje już dawno zjedzone]. Dlatego lista moja zazwyczaj obfituje w produkty suche, mąki, kasze,  różnorakie gryczane i owsiane płatki, sery, śmietany, mleka, wody, czasem wędliny [choć też swoje własne coraz częściej wędzimy]. No i oczywiście posiłkuję się mrożonkami: brukselki, marchew z groszkiem, gotowe mieszanki warzywne, szpinak. Jeśli mam kilka torebek w lodówce, wiem, że uda mi się skombinować obiad na najbliższe dni [a fasolę szparagową to mogę jeść na śniadanie, obiad kolacje i w nocy]. Ostatnio wróciliśmy do „babcinych” smaków [głównie dla Kosmyka, żeby i jemu zawsze kojarzyły się z domem] i polubiliśmy domowe surówki – ostatnio buraczki, surówkę z pora, surówkę z marchewki i selera, kapustę z marchwią. Na werandzie mamy miły chłodek [nie mróz], więc nadmiar może sobie leżeć w koszach, a ja czuję się jak na bazarze 🙂 I tak też dopasowuję surówki do dań – wybieram z koszy to, na co dziś mamy ochotę. Ewentualnie sięgam po słoiki z wekami. Gdybym chciała się odnieść do słów pewnego ministra, wygląda na to, że jesteśmy przaśni jak jego wymarzony typ Polaków, ale wszystko niszczy zamiłowanie do amarantusa oraz jazda na rowerze :/

 

 

Słowem, udaje się to zaplanować tak, żeby jednymi zakupami zaopatrzyć się w jedzenie co najmniej na dwa tygodnie [dokupując sporadycznie nabiał]. Na instagramie wyglądało to tak:

 

 

PLUSY METODY „NA ULUBIONE” 

 

-> jecie tylko to, co lubicie

-> nie tracicie czasu na szczegółowe planowanie obiadów [poświęcacie jeden wieczór na zrobienie listy

-> jesteście w stanie kupić na zapas więcej produktów i łatwiej wam ogarnąć listę zakupów

-> z zapasem podstawowych produktów na ulubione dania jesteście w stanie szybko i bez namysłu przyrządzić rodzinie obiad

-> wieszając na lodówce [czy gdzieś tam] listę z ulubionymi potrawami, możecie dodać obok przepisy, dzięki czemu ułatwicie życie chłopu lub osobie zajmującej się dzieckiem podczas waszej nieobecności

-> macie więcej pola do popisu, bo jeden lub dwa dni możecie przeznaczyć na eksperymenty [jak eksperyment nie wyjdzie, to trudno,  ale wiesz, że następnego dnia, lub nawet tego samego,  przyrządzisz jakiegoś „pewniaka”].

 

Pamiętam swoją miastową malutką zamrażarkę, więc wiem, że nie każdy może sobie pozwolić na zrobienie zapasów żywności na tydzień, a co dopiero miesiąc [ja też zresztą miesiąca nie wytrzymam, zazwyczaj po trzech dniach już piszę nową listę dla Chłopa z uzupełnieniem, nawet nie z potrzeby, ale z „zachcianek”], ale samo robienie listy dodaję jako ciekawostkę [sporo z was było tym zainteresowanych], a serdecznie polecam zaplanowanie posiłków sposobem „na ulubione”. Ułatwia to organizację pracy i zwyczajnie upraszcza życie, bo w sklepie nie będziesz chodzić jak obłąkana i kombinować, co by tu kupić, żeby pasowało. Idziesz dokładnie po to, czego potrzebujesz, łatwiej też będzie ci znaleźć promocje i okazje. Rzekłabym, że z listą ulubionych potraw, nawet nie potrzebujesz listy zakupów. Polecam ten sposób.

 

 

Wasza perfekcyjna, to znaczy Jaskółka.

 

 

A jeśli zastanawiasz się, co możesz podać na śniadanie, informuję, że w tym wpisie znajdziesz mnóstwo inspiracji: „śniadanie dla dwulatka