No więc jadę. Jaaaadę. Trzymam kierownicę i pędzę z Giżycka do domu. Droga mazurska, kręta jak logika idioty i pusta jak marzenie matki o śnie. Tylko przede mną jedzie jakaś ofiara losu w czerwonym aucie. Ja nie wiem, po co ludzie wsiadają w samochody, jak jeździć nie umiejo. Już zamierzam ofiarę wyprzedzić, już zmieniam pas, gdy z tyłu dobiega mnie wrzask taki jakiś charczący. Nie odwrócę się, nie odwrócę, o matko pewnie się dusi, dobra się zatrzymam, tylko skończę manewr. Wyprzedzam czerwone i staję na poboczu. Czerwone jest bez wyjścia, musi mnie wyprzedzić, a ja dokonuję fenomenalnego wygięcia w pasach i wycieram nos zasmarkanemu dziecku. Dobra. Jadę dalej. Przede mną czerwone. Stanął na poboczu wariat. A tak się śpieszył, tak się śpieszył…

 
Tryumfalnie przejeżdżam obok niego i pędzę, pędzę, drogą jesienną, liściastą. Jedzie sobie autem człowiek z liściem  na dachu, nucę, nie boi się kolein i nie czuje strachu.
 
Ale wtem za mną znów czerwone widzę. No co za dziad. Nie wie, że nie lubię towarzystwa? Dodaję gazu, żeby dać znać, że nic z tego, nie wyprzedzisz mnie, ale z tyłu dobiega mnie soczysty głosik:
 
– Mamo! Niama!
 
 
– Adasiu, zjemy, jak dojedziemy!
 
 
 
I płacz. Dżizas. Tak to ja nie będę prowadzić. Zwalniam i zjeżdżam w jakąś leśną drogę. Wzrokiem odprowadzam czerwone. On dojedzie na czas, ja nie. Podaję dziecku wyciskany mus i jakąś bułę. Niech ma. Staram się nie wyobrażać sobie tego musu, jak spływa za chwilę po szybach i wsiąka w fotelik. Ruszam.
 
 
Czerwonego nie muszę nawet doganiać. Stoi gdzieś na poboczu. No wariat jakiś. Jedzie, zatrzymuje się, jedzie, zatrzymuje się. Ludzie to mają pomysły. A może on czeka na mnie? Może to jakiś stalker i chce mnie dopaść?
 
 
Mijaliśmy się jeszcze z trzy razy. Ja musiałam się zatrzymywać, bo Adasio raz upuścił bułkę i wrzeszczał. Potem odpiął się z pasów i sorry, ale jechać z dzieckiem skaczącym po kanapie nie będę. A potem znów płakał, bo mus faktycznie spłynął po szybie i nie było widać koników na polu. Nie, że mi jakoś jego płacz przeszkadza. Tylko trochę, bo zagłusza audiobook. Akurat na rozdziale z Deanerys, ja pitolę, kurde blać, niczego nie zrozumiałam.  Ale kiedy ja stawałam, po jakimś czasie stawało i czerwone. Mijaliśmy się i mijaliśmy, do mikołajskiej biedronki dojechaliśmy jednocześnie, ale na parkingu stanęłam jak najdalej od niego, bo mnie wkurzał, śledczy jakiś, paparazzi od siedmiu boleści. Jeździć tak za człowiekiem. Czekać na niego w krzakach.
 
 
Po zakupach, wychodzę ze sklepu i w progu słyszę głos:
 
– Aśka?
 
Wow! Moja koleżanka! Kopę lat, kurde, chyba z cztery, się nie widziałyśmy.
 
– Na zakupy przyjechałaś? Masz prawko?
 
– Mam! Z Giżycka wracam, ale zapomniałam świeżaka i sama wiesz.
 
– Z Giżycka? Ja też! Żebyś wiedziała, jaki wariat jechał przede mną! Nie chciał się odczepić, wciąż mi na ogonie siedział. A jak już mnie wyprzedził, to potem stał w krzakach i czekał na mnie, słuchaj! Normalnie jakiś wariat, stalker normalnie! A mi ciągle pasy piszczały, bo jakieś zwarcie wyszło i co ja się zatrzymywałam, żeby poprawić, to on stawał zaraz po mnie!
 
Powiedziała, kierując się ze swoim małym dzieckiem, w wieku mojego młodszego, do samochodu.
 
Czerwonego. 
 
A potem odjechała, zatrzymując się tylko raz, żeby poprawić te jej psujące się pasy. A kiedy ja wracałam, to nie zatrzymałam się w ogóle. Moje dziecko usnęło.
 
Mogłam odetchnąć i jechać spokojnie. Jak człowiek. A nie matka.
 Zdjęcie: Sebastien Hamel