A gdyby nie wszystko potoczyłoby się tak, jak się potoczyło? Gdybyś kiedyś nie zrobiła tego jednego kroku? Gdzie byś była? Jak wyglądałoby twoje życie? Byłabyś szczęśliwsza? Bardziej spełniona? Bogatsza? Czasem zastanawiam się, jakie konsekwencje mają dla nas drobne i wielkie decyzje. Moja decyzja o powrocie na Mazury… Moja decyzja, żeby pewnego styczniowego wieczoru opublikować pewien tekst pod tytułem „O samotności matek mówi się niewiele…”

 

 

Pamiętam taki moment, w 2013 roku, kiedy otworzyłam zakurzony komputer i napisałam jeden z pierwszych od dawna tekstów. Miałam już wtedy bloga, na blogspocie, którego założyłam, a jakże, z pojawieniem się pierwszej kreski na teście, ale porzuciłam jego pisanie. A potem wylądowałam na Mazurach, z małym dzieckiem, bez pracy, z 50 złotymi w kieszeni i bez pomysłu na życie. Wakacje jakoś minęły, nastała jesień, a ja czułam, że dłużej tej stagnacji nie wytrzymam. Odświeżyłam bloga. Chciałam, żeby był moim portfolio, czymś, czym mogłabym się pochwalić, gdy będę szukać pracy.

 

GAZETA

 

To był mój pomysł na życie. Chciałam pracować w gazecie, pisać teksty o Mazurach, o życiu tutaj, sytuacji społecznej, dawnych mieszkańcach. To miały być felietony, czasem zabawne, czasem poważne. I chciałam przed szukaniem zatrudnienia mieć co pokazać „szefowi”, czym się pochwalić.  Podobno ostatnio blogi zakłada się, żeby zarobić. Ja jestem z okresu, gdzie bloga nie zakładało się z pasji ani dla zarobku. Blog miał być moim narzędziem do znalezienia pracy. Pracy, która miała pozwolić na życie jako…

 

WIECZNY STUDENT

 

Tak, bardzo mocno rozważałam rozpoczęcie studiów doktorskich. Miałam temat o języku polskim w kulturze mazurskiej, materiałów na lata badań, poszukiwań, publikacji naukowych. Byłam przekonana, że jak tylko starszak pójdzie do przedszkola, a ja będę miała więcej luzu, od razu zapiszę się na studia i skończę temat mojej magisterki, dopełnię go. Nie mogłam się doczekać tych godzin w Bibliotece Narodowej, które zawsze spędzałam z przyjemnością, mimo ciężkiej pracy umysłu. I nawet, kiedy wracałam skonana po 8 godzinach ślęczenia nad książkami, czułam taką fajną satysfakcję, to było takie miłe zmęczenie.

 

Zważając na to, zaczęłam pisanie bloga, mojego portfolio, mojego ćwiczenia dla utrzymania wprawy, mojej odskoczni od monotonni życia. Mieszkałam w środku puszczy, prawdziwej puszczy, nie jakiegoś podmiejskiego lasku, od jakiejkolwiek cywilizacji dzieliły mnie dziesiątki kilometrów, byłam jedyną mamą małego dziecka w okolicy i byłam sama. Co wieczór więc zasiadałam przed komputerem i stukałam swoje literki. Najpierw przez godzinę, potem przez dwie, wreszcie powstał tekst „Samotność w… matce” i odezwała się do mnie pierwsza gazeta. Nie, żeby dać mi pracę, ale żeby zrobić ze mną wywiad. Pierwszy, drugi, jakoś to poleciało. Blog stawał się coraz poczytniejszy, ja spędzałam nad nim już więcej niż  trzy lub cztery godziny dziennie i nadszedł czas decyzji, co dalej.

 

 

Bo coś, co dawało mi satysfakcję, nie dawało mi pieniędzy, z którymi było krucho. Mieszkaliśmy u rodziców, dom, do którego mieliśmy się wprowadzić, sypał się i nie było pieniędzy na remont. Zaczęłam rozważać różne propozycje pracy: na kasę w sklepie miałam za duże kwalifikacje [sic!], na pracę w hotelu za mało czasu, bo zimą jeszcze jakoś by się to ułożyło, ale od maja do września, gdy moja mama ma pełne ręce roboty,  totalnie nie miałabym komu zostawić synka na czas mojej pracy.

 

 

JAK MOŻE SOBIE DOROBIĆ MATKA MAŁEGO DZIECKA?

 

To jest problem odwieczny. Niby sporo czasu wolnego, ale każdy moment uzależniony tak naprawdę od dziecka. Niewielu w Polsce jest pracodawców witających matkę małych [czytaj: chorujących i upierdliwych] dzieci z otwartymi rękami. Bardzo mocno rozważałam propozycję zostania konsultantką Avon [tutaj masz fajną propozycję]. Zabawne? A wcale nie. Uważam, że to jeden z lepszych sposobów dorobienia na macierzyńskim czy wychowawczym.  Do tego doskonale pamiętam kilka moich koleżanek ze studiów, które bardzo dobrze sobie dorabiało, sprzedając kosmetyki z katalogu. Ja sama chętnie je kupowałam, bo znajoma Ania przynosiła mi je na uczelnię, było o czym porozmawiać na przerwach, powymieniać się uwagami pooddychać zapachami. Jeśli miałabym dorastającą córkę, myślę, że zaproponowałabym jej taki rodzaj zaoszczędzenia pieniędzy, chyba że młodszy syn nie zgubi po drodze swojej fascynacji moimi kosmetykami, to zaproponuję jemu.

 

 

A mi samej taka praca wydawała się idealna. Nie było wtedy opcji prowadzenia e-sklepu, jak teraz i sprzedaży online, ale i tak to mnie nie zniechęcało. Ja w ogóle bardzo lubię kosmetyki, nawet nie używać, a po prostu dotykać, układać, czyścić, podziwiać. Sama sobie takie rzeczy dawkuję, mam określoną liczbę produktów, które kupuję i które kupuję wtedy, gdy poprzednik jest na wykończeniu, ale dzięki temu z kolei kupuję je częściej. I częściej cieszę się z otwierania nowego opakowania. Niemniej – nie musiałabym mieć określonych godzin pracy, mogłabym pokazywać katalog gościom w pensjonacie rodziców, miałam sporo koleżanek w mazurskich miasteczkach, siostrę, ciocię, babcię i jej wszystkie znajome. Do tego tworząca się społeczność bloga. I kosmetyki prawie połowę taniej, dostęp do najnowszych produktów i możliwość dobrego dorobienia. Koleżanka opłacała sobie sprzedażą całe studia!

 

To był taki moment, w którym zrozumiałam, że najbardziej mi zależy na rozwoju, a prowadząc swoją sprzedaż kosmetyków, mogłam liczyć na darmową pomoc mądrzejszych ode mnie w prowadzeniu biznesu, bezpłatne kursy nie tylko sprzedażowe, ale i makijażowe i miałabym dalej sporo czasu na to, żeby rozwijać swoją pasję. Żeby pisać. To wtedy zrozumiałam, że ja po prostu chcę pisać i to jest mój cel. Z nadzieją, że może kiedyś książka? Albo te felietony.

 

 

 

CHWYTAJ OKAZJĘ, WSZYSTKO ZALEŻY OD CIEBIE

 

To głupi slogan motywacyjny, ale nawet w najgłupszych tkwi ziarnko prawdy. Gdybym została w Warszawie, moje życie wyglądałoby inaczej. Nie zdecydowałabym się na drugie dziecko i pewnie dalej dorabiałabym korektą, póki nie udałoby mi się wcisnąć Kosmyka do jakiegoś przedszkola i widzieć się z nim na godzinę przed snem. Gdybym przyjęła pracę w tym hotelu… Miałam kompetencje! System 24 na 24 nie do końca mi pasował, ale jakoś by to poszło. Miałabym pracę bez zastanawiania się, czy dam radę się utrzymać, bo dobrze płacili. Ale znów nie byłoby przy mnie tej drugiej małej głowy. Pewnie nie… Gdybym została tą konsultantką… pewnie nie musiałabym się tak męczyć przy każdym makijażu, pewnie lepiej ogarnęłabym biznes na blogu, była bardziej przekonująca, bardziej obeznana z tematem. I pewnie szybciej zaczęłabym zarabiać, nie musiałabym być aż tak zależna od reklamodawców jak na początku mojej drogi.

 

Pierwsza współpraca blogowa przyszła do mnie po roku pisania dzień w dzień. Nie miało to pisanie celu zarobkowego, po prostu chciałam być drugim Iwaszkiewiczem i codziennie szkolić sztukę tworzenia historii z codziennego życia. I kiedy przyszła, byłam zaskoczona  i skonfundowana. Nie wiedziałam, co robić, jak rozmawiać, nie wiedziałam nic, bo nie byłam na to przygotowana. Uczyłam się sama, krok po kroku, na własnych błędach i sukcesach,  na błędach i sukcesach koleżanek, czytałam po nocach, aktualizowałam wiedzę, dowiadywałam się i szkoliłam na własną rękę najtańszym kosztem. Masę czasu zajęło mi zrozumienie i wypracowanie, że na blogu mogę zarabiać pieniądze i nie muszę wcale kłamać ani zachwalać produktu pod niebiosa. Nie wiem, czy „masa” za dużo, czy za mało. Z perspektywy lat widzę, ile mogłam zrobić, żeby się jeszcze więcej nauczyć.

 

 

Przede wszystkim: nie bać się.

 

 

Nie bać się ryzykować. Nie bać się próbować. Taka konsultantka. Co mi szkodziło spróbować? Najwyżej bym przestała, jakby mi nie wychodziło i nie miałabym z tego powodu żadnych kłopotów, a czegoś bym się nauczyła. Jakąś wiedzę zdobyła. Ale strach… bo jak mi nie wyjdzie? To co?

 

 

To nic. Świat się nie zawali. Kiedy wyprowadzałam się z Warszawy, żeby zamieszkać w środku lasu, bałam się. Byłam przerażona. Kiedy rezygnowałam z pracy online, bo internet okazał się kiepski, myślałam, że nie dam rady. Kiedy zaczynałam pisać blog, słyszałam z każdej strony, że jest to głupie, bezwartościowe i beznadziejne. Dziś, ci, co mi tak mówili, chwalą się, że mnie znają i że to ja, ta blogerka od matki.

 

Strach jest dobry, kiedy staramy się go pokonać, a nie kiedy mu ulegamy. Bo naprawdę wszystko zależy od ciebie.

Myślałaś o tym, żeby zostać konsultantką Avon? Spróbuj.

Chciałaś kiedyś założyć blog? Spróbuj. Zacznij.

Myślałaś o tym, żeby coś zrobić, ale wciąż się boisz? Jeśli wciąż się będziesz bać, to zawsze będziesz mieć tylko marzenia.

 

 

 

 

Wpis powstał przy współpracy z Avon Cosmetics Polska

Zdjęcia: Siwko Family

 

 

  • Uwielbiam Twoje wpisy. Dobrze zrobiłaś wyjeżdżając do tej puszczy. Dzięki temu tyle mądrości przekazałaś mi, nawet mnie nie znając. Jakbyś została w tej Warszawie to może wciąż bym myślała, że złość jest zła?
    Ja też założyłam bloga bo walczę o marzenia, żeby zostać programistką. Trzymaj za mnie kciuki, żeby i mi się udało być tym kim chcę :).
    A ja ciągle będę kibicować Tobie i czytać co mi masz do powiedzenia :).

  • Motywująco jak zawsze 🙂 Tak wiele osób chce zawalczyć o swoje marzenia…

  • Pamiętam ten Twój pierwszy okres: zerkanie na GA, sprawdzanie ile osób jest właśnie na stronie i uciecha z każdej jednostki. 😀 Pierwszy tysiąc obserwujących na Fb. Cieszę się, że jesteś, Aś 😉

  • Zawsze warto jest sprobowac. Jesli uznamy, ze to nie dla nas, mozemy zrezygnowac. Ale co, jesli sie uda? 🙂

  • Pani Graszkowska

    podobno przed śmiercią Florence Foster Jenkins wypowiedziała słowa
    „mogą mówić, że nie potrafię śpiewać, ale nigdy nie powiedzą,że nie próbowałam” 🙂
    Mając 51 lat porzuciłam wielkie miasto na pomorzu dla Warmii. Prowadzę bloga Dom pod bocianem, uprawiam ogród. Nie wszystko mi wychodzi, ale próbuję. Chyba na tym polega życie, na próbowaniu, kosztowaniu 🙂

  • No tak, nie dowiesz jeśli nie spróbujesz. W życiu spotkałem wielu, którzy chcieliby, ale nawet nie spróbowali. Argumenty jak zawsze, muszę przyznać, że tutaj nie było oryginalności. 🙂

  • Ach… Pisanie o Mazurach, będąc na Mazurach… To brzmi jak praca idealna. A cała opowieść o Twojej drodze jest strasznie wciągająca. Cieszę się, że dałaś radę i wyszło jak wyszło!

  • kasia Pi

    pierwszy raz trafiłam do Ciebie, no i myślę, że nie ostatni. Wciągająca, poruszająca historia. Dzięki Ci za nią.

  • Ola Kostrzewa

    dziękuję za ten tekst, przede mną decyzje dotyczące zmiany, dobrze wiedzieć, że ktoś też to przechodził i wcale nie poszedł standardową drogą!