Dzieje się to za każdym razem, gdy ktokolwiek przyzna się, że coś zrobił źle, coś mu nie wyszło, coś się stało, cokolwiek się spieprzyło albo zepsuło lub nie udało. Zawsze przyjdzie ktoś i zacznie się zastanawiać, jak mogłaś do tego dopuścić lub jaka jesteś głupia, że nie pomyślałaś, a to, że się przyznałaś, to już w ogóle porażka, jak ci nie wstyd, choć gdybyś ukryła, to jeszcze gorzej, bo prędzej czy później wypłynie. Ludzie zastanawiają się, jakie kary dawać dzieciom lub jak karać winnych, tymczasem bywa tak, że niewielki błąd sam w sobie jest karą, jeśli funkcjonujesz w jakiejkolwiek społeczności, bo społeczność nie ma litości.

 

 

I będzie się bawić w sędziego i wymierzać kary w imię sprawiedliwości za pomocą ostrych słów i zmuszając do jeszcze większego poczucia winy. A bo ona, a bo czemu, a bo jak mogłaś dopuścić, a bo się wstydzić powinnaś, a bo jak tak można, a bo coś tam, coś tam. I jeszcze, żeby to były jakieś ważne rzeczy, ale nie.

 

Kiedy byliśmy w Wierchomli, dodałam post o tym, że moje młodsze dziecko wyszło z pokoju. No wyszło. Ale jak mogło? No jak? To ty nie masz czterech rąk, czterech par oczu? To ty wchodzisz do łazienki, kiedy dziecko jest w pokoju, nie zabierasz go ze sobą? Jak to mogło się stać, że wyszło, nauczyłaś go klamki obsługiwać, ty mendo, ty wyrodna matko, niegodna. Jak, ja się pytam, jak mogłaś?

 

Albo kiedyś, któryś coś pociął nożyczkami. I co? Nożyczek nie chowam? Nożyczki mam w domu przy dzieciach? I czemu się dziwisz, skoro broń masowego rażenia na widoku trzymasz, nie wiesz, ilu ludzi straciło życie przez nożyczki i nie pilnujesz? W ogóle się na dzieci nie patrzysz? Nie przypilnowałaś?

 

Dziecko mleko rozlało – o ty mendo, mleka nie schowałaś, to masz.

Dziecko pomalowało ścianę – jak śmiesz zostawiać dziecko samo w pokoju i w tym czasie pocztę odbierać, na ręce weź i polecony zębami podpisuj!

Dziecko zrobiło bałagan w pokoju – ja to uczę dzieci sprzątania, a ty, nieudolna jakaś jesteś, skoro twoje nie umiO.

 

I tak w kółko, zawsze znajdzie się powód, żeby błąd wytknąć, niedopatrzenie wypuklić, dowartościować się lub z głupia frant zapytać o rzecz, która czasem jest po prostu oczywista:

 

To życie, nie pieprzona telenowela.

 

Tak, życie. W życiu rzeczy się zdarzają. W życiu nie każdy ma nianię, panię sprzątającą, teściową czy własną matkę do pomocy. W życiu ludzie robią siku, kupę, drapią się czasem po dupie i łapią zawiechę, gotują obiad i nie patrzą, czy ich dzieci akurat włażą po zasłonkach czy nie, bo kurde sos się przypalił, a ziemniaki wykipiały i musisz to ogarnąć. W życiu dzieci się brudzą dokładnie w chwili, gdy akurat ktoś robi im zdjęcie, w życiu wchodzą do kałuży pełnej błota akurat gdy masz pełne ręce siatek i nie możesz ich wyciagnąć, wybiegają rano w piżamach na dwór i polewają się zimną wodą ku zgrozie i zawstydzeniu jenotów. W życiu czasem padamy na kanapę i wzdychamy: A niech się dzieje wola nieba, ja mam dość, bo cztery razy mnie dziecko budziło i spałam łącznie może ze trzy godziny. W życiu zdarzają się wypadki, no zdarzają się, bo nie jesteś robotem i sorry, bez pomocy innych sama nie dasz rady dopiąć wszystkiego na tip top, choćbyś z jednym dzieckiem na głowie, a drugim na plecach szorowała szczoteczką do zębów fugi  w korytarzu. W życiu dzieci miewają pierdolnik w pokoju, ty syf w łazience i zero osób do pomocy, bo każdy chętnie wytknie ci błędy, ale nikt nie posprząta, żebyś miała łatwiej.

 

To jest życie. Nie ma reżysera, który zaplanuje, nie ma scenarzysty, nie ma powtórki scen, nawet drugi raz tego samego zdjęcia nie zrobisz, żeby ładniej wypaść wśród znajomych. Żyjesz. Nie wszystko ci wyjdzie dobrze, nie wszystkiego będziesz w stanie dopilnować, nie zawsze będziesz pamiętać, żeby coś położyć na miejsce, nawet jeśli zazwyczaj odkładasz. W życiu bałagan czasem sam się robi, dziecko wychodzi z pokoju, bo akurat ty siedzisz na kiblu, ziemniaki się przypalają, nożyczki są zdejmowane z wysokiej półki, a kot je jajecznicę dziecka z podłogi, a pies zakrwawia ci ściany, bo usiadł na drugim kocie przez przypadek i kot się wścieknął. Bo tak wyszło. Akurat dzisiaj, choć myślałam, że nigdy mi się to nie zdarzy, bo w miarę jestem ogarnięta.

 

I nie pozwól sobie wmówić, że przez to jesteś beznadziejna.

 

Tekst dedykuję mojej chorej czytelniczce, która dziś zastanawiała się, czy może włączyć swojemu dziecku bajki, gdy jest bardzo chora i nie ma siły stanąć na nogach i czy nie będzie wtedy uznana za wyrodną, bo przecież za podanie dziecku nie tego jogurtu bywa się ukamieniowanym. Tak, kochana, możesz. A nawet powinnaś. To jest życie. Nie słodko-pierdzące fotki z instagrama czy scenariusz telenoweli. Masz jak najszybciej wyzdrowieć i bajki są rozsądną ceną za spokojne i skuteczne leczenie. Zdrowiej!


 

Natomiast jeśli interesują cię wpisy ode mnie, zainstaluj sobie, proszę, aplikację na telefon, gdzie będziesz mogła w każdej chwili spojrzeć, czy nie pojawiają się jakieś nowe wpisy: Tu wersja na Android, a tu na IOS.    Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na facebooku [jeśli chcesz widzieć, co tam piszę],  zawsze też jestem na instagramie, więc tam możesz zerkać, co gadam na żywo   dziękuję! A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam [tutaj].