Staliśmy z Kosmykiem w warzywniaku i starałam się wybrać najsmaczniejsze warzywa na najbliższe dni. Poprosiłam o pomoc Kosmyka, a syn bardzo długo nie mógł się zdecydować na owoce. Wybierał, wybierał, tu dodawał, tam odejmował, aż wreszcie sprzedawczyni załamała ręce i spytała przerażona i lekko oburzona: Pani mu na to pozwala? Taki kapryśny… Ja bym już go pośpieszyła! Z uśmiechem odpowiedziałam, że mojemu dziecku mogę pozwalać na wszystko, co chcę. Pewnie nie wytrzymałabym napięcia, jakie się wytworzyło w sklepie po mojej odpowiedzi, ale na szczęście Kosmyk dobrał sobie ananasa i mogliśmy wyjść z dusznego oburzeniem pomieszczenia. I postanowiłam napisać ten tekst, który, wbrew pozorom, nie będzie o bezstresowym wychowaniu.

 

 

Wszyscy wiemy przecież, że „Bezstresowe wychowanie nie istnieje”, prawda? No właśnie.

Napisała do mnie ostatnio mama, która pytała się o… słodycze. Bo niby wie, że słodycze zdrowe nie są. Czyta artykuły o szkodliwości cukru, wie o tym, jak czekolada pobudza [odczuła to własnej skórze], a do tego sama zrobiła awanturę babciom, że jedyne, co przywożą wnukom to cukierki i stanowczo zakazała przywożenia słodyczy do jej domu i częstowania nimi jej dziecka. Ale ma problem. Bo z tymi wszystkimi zasadami czuję się czasem źle, bo czasem ma ochotę kupić córce coś słodkiego. Po prostu – są w sklepie, widzą coś, chętnie by zjadły. Ale czytelniczka się powstrzymuje, bo przecież sama nałożyła zakaz, a teściowa nie może się powstrzymać i za każdym razem punktuje, gdy czytelniczka postąpi wbrew ustalonym przez siebie regułom.

 

 

Z tego maila i mojej nań odpowiedzi zbudowana została cała długa konwersacja, z której wyszłam z jednym wnioskiem:

Swojemu dziecku możesz pozwolić na wszystko, co chcesz. 

Z naciskiem na „co chcesz”, a potem „swojemu”.

Rozumiesz, prawda? Ty ustalasz zasady, ty możesz je łamać. Masz ochotę sprawić dziecku przyjemność kupnem czekolady lub żelek? Masz ochotę, która nie jest warunkowana tym, że chcesz coś dziecku wynagrodzić, która nie wypływa z obaw pod tytułem „ojej, jak nie kupię, to zacznie płakać!”, która nie jest uzasadniona zdaniem „ale obiecaj być grzeczny”? Masz taką ochotę? To kup dziecku tę czekoladę, pozwól mu ją zjeść i pluj [wzrokiem, bo śliną nie wypada] na każdego, kto będzie miał czelność cię za to osądzać.

Nie masz ochoty? Po prostu, zwyczajnie, nie że za karę, czy bo czegoś nie zrobiło, po prostu nie masz ochoty? To nie kupuj. I niech się tam baby z kolejki patrzą na płaczące dziecko i z potępieniem na ciebie. No płacze, bo nie kupiłaś, płacze, dziecko może płakać, a ty jesteś obok, żeby wytłumaczyć, wyjaśnić, pocieszyć, przytulić. Krzywda mu się nie stanie.

Inne pytanie z zakresu na co pozwolić dziecku to moje ulubione „Ile powinnam się bawić z dzieckiem?”. Piszą mamy, że czują wyrzuty sumienia, gdy po dwóch lub trzech godzinach nie mają sił już bawić się z dzieckiem i jaka jest optymalna liczba minut/godzin zabawy z dzieckiem. Moje drogie – baw się z dzieckiem tyle czasu, ile masz ochotę. Może to być 15 minut, może być 150, możesz nawet cały dzień, jeśli lubisz i nie masz nic innego do roboty.

 

Po co to piszę?

Bo wszystko, na co możesz pozwolić swojemu dziecku, opiera się na granicach. Twoich granicach.

A twoje granice to nie są granice twojej sąsiadki, matki, babci  czy nawet męża. Są twoje. Możesz coś lubić, czegoś nie. Coś akceptować, czegoś nie. Więcej – raz możesz mieć na coś ochotę, a raz nie! Najważniejsze jest uzmysłowienie sobie, czego tak naprawdę chcemy, na czym nam zależy, jakich rzeczy oczekujemy, dlaczego nam coś przeszkadza i nauczyć się to wyrażać – sobie, innym, dziecku – prostym komunikatem. Oglądanie się na innych w podejmowaniu decyzji o własnych granicach jest bezcelowe. To są twoje granice, twoje potrzeby, ty sama musisz je wyznaczyć.

Przykład? Proszę bardzo: nie czuję totalnie żadnego dyskomfortu, gdy Kosmyk skacze po naszym łóżku. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Natomiast Chłop czuje opór i bardzo go to kłuje w oczy. Oboje mamy swoje własne granice w tym temacie i  dość długo nie mogliśmy dojść do porozumienia, aż w końcu zapytałam:

– Nie chcesz, żeby skakał po łóżku, rozumiem, ale dlaczego nie chcesz? Co ci w tym przeszkadza? Nie chcesz, bo „tego się nie robi”, czy nie chcesz, bo trzeba będzie pościelić łóżko, czy nie chcesz, bo sądzisz, że robi ci na złość? A może jeszcze z jakiegoś powodu?

 

Koniec końców uzgodniliśmy, że kiedy Chłopa nie ma, Kosmyk może skakać po łóżku. A kiedy jest – lepiej pilnować złożonej pościeli.

 

Warto zadać sobie czasem pytanie, dlaczego to, co robi dziecko mi się nie podoba. Czy jest tak, bo robi komuś krzywdę? A może sobie samemu może zrobić krzywdę? Niszczy coś?  Jakie moje granice przekracza swoim działaniem? Co czuję, kiedy ono to robi? Czy coś się stanie złego, jeśli pozwolę mu na tę czynność? Czy moje życie straci sens, jeśli ono to zrobi? A jeśli nic z tych rzeczy, to kurde czemu mam mu tego zabraniać?

 

Inną granicą Chłopa są ściany – wkurza go, kiedy są pomalowane kredkami i załamuje nad tym ręce. Ja w tym wypadku nie mam nic przeciwko ściennym malowidłom. Wychodzę z założenia, że i tak będziemy odmalowywać pokój. Ale uszanowaliśmy z Kosmykiem granice Chłopa i wynegocjowaliśmy jedną ścianę przy kominie na rysunki, a resztę zostawiliśmy w spokoju.

 

Moją granicą z kolei są miedzy innymi okulary i włosy – nie lubię dobierać oprawek, więc bardzo dbam, żeby nikt mi przy okularach nie grzebał i przez przypadek nie porysował [nie wychodzi mi, ale mimo że Chłop mi powtarza, żebym się nie martwiła, bo kupimy nowe, ja dalej bronię swojego, bo to moja sprawa, czy chcę nowe wybierać, czy nie]. A włosy – wiadomo, ciąganie boli. Kiedyś nawet dodałam zdjęcie na insta, na którym Adaś bawi się włosami brata i ktoś napisał, że najlepsze są włosy mamy. No nie, u mnie nie. Ja swoich włosów bronię twardo, natomiast u Kosmyka jak widać to nie jest jeszcze przekroczenie żadnej granicy. Często też nie mam ochoty czytać mu książki – pisałam już, że za czytaniem na głos nie przepadam – wtedy jasno komunikuję synkowi, że teraz nie mam na to ochoty. Po prostu. Nie muszę się zmuszać i czytać mu na siłę, żeby wyjść na dobrą mamusię. W tym momencie akurat czuję się zmęczona i po prostu nie mam ochoty, możemy zrobić coś innego, możemy poprosić tatę, możemy pobawić się klockami, ale na czytanie w tym momencie nie mam zwyczajnie ochoty. Proste. Przy czym nie jest tak, że nie czytam mu w ogóle, bo czasem MAM OCHOTĘ z nim poczytać i wtedy sobie folgujemy i przepadamy w naszej kolekcji. Nic nie jest czarno-białe, a i granice matki też mogą się przesuwać.

 

Powiecie, że jestem okrutna – jak można odmówić dziecku czytania? Czemu to służy? A no można. Między innymi po to, żeby dziecko nauczyło się, że nie każdy człowiek będzie robił to, co dziecko chce.  Żeby na własnych rodzicach zobaczyło, że ludzie się od siebie różnią, że mają inne potrzeby, inne priorytety, inne zachowania. A do tego, że mają różne nastroje. Jednego dnia jestem wesoła, czytamy książeczki, przewalamy się na łóżku i pozwalam mu taranować moje biedne plecy i skakać po brzuchu. Drugiego dnia jestem zmęczona, nie mam na nic nastroju na wygibasy i chętnie porobiłabym coś spokojnego. Następnego mam ochotę włóczyć się po lesie. Ideałem jest, gdy nasze samopoczucia się pokrywają. Jest dobrze, gdy umiemy o nich rozmawiać. Wspaniale, gdy się nawzajem możemy dostosować.

 

Dbając o własne granice, uczysz dziecka poznawania swoich granic. Uczysz go, że nie musi się zmuszać do czegoś, co nie sprawi mu radości, satysfakcji, frajdy. Uczysz go, że może powiedzieć „nie”. Uczysz, że może wyrazić własne zdanie. Wreszcie – że każdy ma inne granice i czasami zwyczajnie trzeba się do nich dostosować albo jakoś się w tej kwestii dogadać, współpracować, żeby wszyscy byli zadowoleni. I tak – są bliskościowi rodzice, którzy pozwalają dziecku biegać po domu,  bo im to nie przeszkadza, są też tacy, którzy siwieją, widząc choćby pochodną delikatnego truchtu. I ok. Są rodzice bliskościowi, którzy karmią BLW i chce im się rozłożyć folię czy karton, żeby dziecko nie bałaganiło, są też tacy, którzy nie wyobrażają sobie, że ich podłoga była brudna i wolą choć trochę kontrolować. Są rodzice bliskościowi, którzy nie śpią z dzieckiem, bo się z nim nie wysypiają. Są też tacy, którzy nie wyobrażają sobie w nocy wstawać i iść do drugiego pokoju. Wszystko opiera się na granicach.

 

Mojemu dziecku pozwalam na wszystko, co chcę i co mi [albo innym] nie przeszkadza [w tym warzywniaku nie było kolejki!]. Jeśli ma ochotę, a mi się nie śpieszy, może się namyślać, jeśli nie boli mnie głowa, może rąbać w garnki łyżkami. Jeśli ma ochotę, może biegać jak wariat po podwórku. Gorzej nawet! – jeśli ma ochotę, może chodzić po domu w piżamie lub bez, bo nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Jeśli Adasiek z uporem maniaka zdejmuje skarpetki, nie zakładam mu ich na siłę, bo również nie robią na mnie wrażenia jego gołe stopy. Jeśli Kosmyk ma ochotę biegać bez czapki – biega. Jeśli uważa, że pięknie wygląda z twarzą wymalowaną mazakiem – ok. To, że ktoś mnie nazwie matką nie dbającą o czystość dziecka, totalnie mi powiewa.

 

To taki nasz grzech pierworodny – strach oceny przez innych. Co sobie pomyślą. A niech se myślą! Jeśli ktoś po jednym czy dwóch zachowaniach ośmiela się wyciągać twoją średnią i nie chcąc nawet swoich wniosków skonsultować z tobą, podpytać, opiera swoją ocenę o te przemyślenia, niech spada na drzewo, trzymaj się od niego z daleka. Kolejny grzech „bo wypada”. Niech mi rącze konie zagrodzą drogę, kiedy zacznę ciągać dzieci gdzieś, gdzie wypada iść, a gdzie ani one, ani ja nie mamy ochoty się pokazać. Pisałam o tym w tekście „Czy zabierać dziecko na cmentarz” i ze smutkiem obserwowałam 1 listopada wkurzone i wściekłe dzieci, marznące na cmentarzu i pytające „Kiedy wracamy”. Nie chciałabym, żeby ktoś tak zły, smutny i przyprowadzony wbrew woli stał kiedyś nad moim grobem. A przecież można było iść na kompromis, coś ustalić, jakoś się z dzieckiem dogadać, pozwolić mu wybrać, prawda?

 

Pozwalam dziecku na wszystko, co chcę. Co ja chcę. W danym momencie, w danej sytuacji, w danej chwili. Pozwalam mu chcieć, nie chcieć, pozwalam mu decydować, pozwalam mu żyć. I jeśli nikt na tym nie cierpi, nikomu tym nie robi realnej krzywdy, nikt nie powinien mieć z tym żadnego problemu.

 

Nawet ty, kobieto z warzywniaka.

 

PO EDYCJI: Ostatnie komentarze pod moimi statusami na fb, szczególnie te dotyczące tego, że nastolatki są takie okropne, męczące i w ogóle, pokazały mi, że kwestia granic w dalszym ciągu jest w powijakach. Odwróćmy zatem tytuł tego tekstu – nie pozwalam dziecku na to, na co nie chcę mu pozwalać. Bo tak. Bo mam swoje granice. To wszystko się na tym opiera. Dziecko, które nie widzi, że jego rozwalone zabawki ci przeszkadzają, będzie rozwalać zabawki. Dziecko, któremu pokażesz, że jego wrzaski podczas twojej rozmowy przez telefon wcale ci nie przeszkadzają, bo po prostu będziesz głośniej mówić lub schowasz się przed nim, nie będzie ciche podczas kolejnych rozmów. Dziecko, które woła cię co chwilę  i wcale nie dlatego, że bardzo cię potrzebuje, ale po prostu nie zdaje sobie sprawy, że obrazek możesz obejrzeć po skończeniu na przykład, a nie co każdy zamalowany fragment, będzie tak wołać o wszystko, a ty będziesz latać jak porąbana. Twoje granice. Co możesz znieść, a czego znieść nie możesz. I wcale nie trzeba być nieuprzejmym, żeby postawić dziecku taki szlabanik, wystarczy być uprzejmym – sorry, kochanie, ale jestem zmęczona i takie chodzenie co chwila mnie denerwuje. Może przyniesiesz mi obrazek, jak skończysz? Zrobię sobie kawę i wtedy go obejrzę dokładnie.