Czyś ty zwariowała? – pisali mi na instastory – nad morze, tuż po chorobie, z dwójką dzieci? Co ty będziesz tam robić? Dwa dni temu umierałaś na grypę! Fakt. Tuż przed wyjazdem się rozchorowałam, ale że wszystko już miałam pozamawiane, a sam wyjazd miał być wynagrodzeniem Kosmykowi tego, że nigdzie nie wyjechaliśmy w wakacje, ciężko mi było odmówić tego wyjazdu. Na szczęście leki postawiły mnie na nogi i w czwartek mogłam wyruszyć z chłopcami nad morze.

 

 

Nie byłabym sobą, gdyby podróż przebiegła bez problemów. Kiedy znalazłam się pod rosyjską granicą, stwierdziłam, że to jednak nie ten kierunek [no i szlabany mi nie pozwalały przejechać]. W Gdańsku mieliśmy drobny, 1,5 godzinny przystanek, z czego 40 minut spędziliśmy jeżdżąc po schodach ruchomych. Chciałabym napisać, że jeździliśmy dostojnie, ale przez 90 procent czasu łapałam uciekającego schodami zachwyconego tym, że same jadą, Adaśka. Ja nie wiem, co w tym Gdańsku. W Warszawie to ludzie stoją po środku i nie dają przejść, a nad morzem każdy z prawej strony umożliwia przejście uciekającym dwulatkom. Żyć nie można, normalnie!

 

No ale dobra, dojechaliśmy. Chłopcy, zapchani mambami, lizakami i cukierkami cudem stracili przytomność koło 23, a ja zasnęłam tuż po nich, nie mogąc się doczekać reakcji starszaka na morze.

 

 

Ale pierwsza reakcja była zawodem, bo wiał wiatr i to morze jakoś nie zachwyciło chłopaków. Woleli wrócić do hotelu jak najszybciej, więc z tego dnia miałam tylko jedno zdjęcie, to z instagrama:


Szybko po tym wróciliśmy do hotelu i resztę dnia spędziliśmy na basenie. Morze tak się nas wystraszyło, że następnego dnia postanowiło rozbłysnąć w słońcu i pozwolić nam nacieszyć się widokiem bezkresu. Większość z was widziała, jak bardzo ucieszył się z tego Adaś 🙂 Większość też  domyśliła się, gdzie byliśmy i sporo osób prosiło o opinię o hotelu Grand Lubicz Spa, gdzie nocowaliśmy.  No to szybciutko to załatwmy.

 

Celowo wybrałam hotel, o którym już trochę wiedziałam z relacji znajomych [czytałam wpis na Mataja.pl], żeby mieć pewność, że wszystko pójdzie gładko, a ja będę miała ten komfort, że nie będę miała większych problemów. Wiedziałam, że śniadania będą pyszne i że jedzenia jest po prostu w bród,  że na basenie są zawsze zabawki dla dzieci i nie trzeba przywozić swoich kółek, piłek i makaronów. Wiedziałam, że dzieci dostają swoje szampony i superfajne mydełka [Adasio dostał w kształcie dinozaura, czujecie tę dziką radość, jaką miał? Uwielbia dinozaury]. Wiedziałam też, że w hotelu są dwie sale dla dzieci, a w jednej z nich pięciolatek może bawić się pod opieką pań. Wszystkie te rzeczy na szczęście się potwierdziły.

 

Ale kilku rzeczy nie wiedziałam. Na przykład tej, że w strefie SPA, którą normalnie omijam z daleka, kiedy jestem w hotelu z dzieckiem, można skorzystać z fantastycznej komory solnej. Ona jest zazwyczaj dla dorosłych, ale dla dzieci są przeznaczone godziny. Wtedy w  recepcji można poprosić o zabawki i dzieciaki mogą grzebać w soli i wdychać  zjonizowane, odprężające powietrze. Naprawdę fajny relaks, spodziewałam się, że chłopcy rozniosą tę komorę w pył, bo byliśmy tam od razu w piątek, ale oni spokojnie grzebali w soli i jak zabawa im się znudziła, założyli buty i spokojnie wyszli, żegnając się uprzejmie z gośćmi. Pani recepcjonistka bardzo chłopców polubiła. Pewnie dlatego, że ja robiłam zdjęcia, a sam Kosmyk pytał się o zabawki i żegnał po wyjściu 🙂

 

 

Drugą rzeczą, o której albo nikt głośno nie mówił, albo ja nie doczytałam, bo nie było napisane wielkimi literami, a która mnie zaskoczyła, to solankowy basen piętro wyżej od basenu właściwego. Jest po prostu rewelacyjny i żałuję, że nie miałam jak zrobić na nim zdjęcia. Woda ma takie stężenie soli, że można się unosić na wodzie, jak w Morzu Martwym [tu możecie zobaczyć ten basen na wirtualnym spacerze]! Skorzystaliśmy z chłopcami zanim przyjechała gromada ludzi, bo w czasie naszego pobytu w hotelu odbywała się impreza mikołajkowa. W każdym razie – kompleks basenów jest świetny. Można też wykupić dziecku lekcje pływania dodatkowo dla dzieci, które sobie nie radzą z wodą. Fajna opcja, jak się przyjeżdża na dłużej.

 

 

Jako typowa zadufana w sobie blogerka nie mogłam się oprzeć zrobieniu sobie zdjęcia w lustrze 🙂 Niżej zdjęcia dużej sali zabaw na trzecim piętrze, ze ścianką wspinaczkową, mnóstwem aut, kuchnią dla dzieci zabawkową i jeszcze prawdziwą [są przekąski i soki] oraz wspaniałą łazienką. A nad wszystkim czuwają animatorki. Ta sala popołudniami była rzadko odwiedzana, bawiło się tam raptem kilkoro dzieci, więc spokojnie mogłam sobie czytać w tym czasie lub rozmawiać z mamami 🙂

 

Na instastory byłam proszona jeszcze raz o pokazanie pokoju. Był w nim wtedy większy pierdolniczek niż na zdjęciu, więc się nie odważyłam, ale w piątek rano wyglądało to tak jak niżej. Tuż po zrobieniu zdjęcia, Kosmyk wylał na wykładzinę sok truskawkowy, który mu został z podróży. No, chciał odkręcić i mu się wylało. Od razu poprosiłam o pomoc panie sprzątaczki, bo na świeżo to lepiej będzie doczyścić i się dowiedziałam, że zazwyczaj ludzie starają się takie sprawy ukrywać i panie sprzątające dopierają takie rzeczy po opuszczeniu pokoju przez gości. No heloł. Pamiętajmy, że lepiej powiedzieć od razu, kiedy da się to naprawić, zamiast udawać, że to nie my. Zazwyczaj wiadomo, kto w jakim pokoju mieszka, a jeśli nie dałoby się sprać wykładziny, mogłabym być obciążona kosztami za jej wymianę. I po co zresztą robić ludziom problemy. I sobie. Dobrze, że plama zeszła od razu i mogliśmy się cieszyć naszym pokojem 🙂

 

Nasz dzień był całkiem prosty i przyjemny. Najpierw śniadanie [jakoś nam się udawało, choć było ciężko z dwójką rozbrykanych chłopców], potem cudowna chwila, kiedy Kosmyk był na zajęciach w sali [która z kolei była na trzecim piętrze, gdzie tłumom ciężko było trafić, więc to była odskocznia dla dzieci po szalonej zabawie w sali dolnej lub na basenie]. A potem szliśmy na spacer nad morze. Morze! Nie Śniardwy, jak zwykle 😀

 

 

Starszak pokochał morze całym sercem. Adaś jeszcze bardziej, co widzieliście zresztą na wspomnianym filmiku:

 


Szczerze mówiąc, sama byłam zdziwiona, że to zrobił. Na początku czuł respekt przed morzem, to Kosiem wlazł pierwszy na falochron, żeby iść do mew, które były jakiś hektar dalej i skupiłam się na tym, żeby dać mu wskazówki, dokąd może dojść. A w tym czasie Adasio zaczął podchodzić bliżej fal i coraz bliżej… i chyba zaczęły mu przypominać mazurskie, bo wreszcie biegał cały mokry i z przemoczonymi butami. A kiedy mu je zdjęłam, żeby wsadzić chłopaka do wózka, to zwiał prosto do wody. Co mogłam zrobić? Mogłam wejść za nim do wody, co dwa dni po ciężkiej chorobie pewnie totalnie by mnie rozłożyło. Albo zadbać o to, żeby chociaż rodzic dziecka był zdrowy. Dziecko już było i tak mokre, co miało się stać, się stało. Spokojnie poczekałam chwilę, aż mu się znudzi i zacznie krążyć bliżej mnie i wtedy go złapałam, pakując do wózka i opatulając w koce. Nie miał nawet kataru. Za to Kosmyk, który w pokorze przed żywiołem nie zdejmował czapki i nawet nóżki nie zamoczył wrócił do domu z katarem. Ironia losu.

 

 

Kąpania nie polecam, zrobicie to na własne ryzyko, ale i bez niego można fajnie spędzić weekend nad morzem. Jest tyle atrakcji, których nie zobaczyliśmy – nie byliśmy na molo, nie jeździliśmy po okolicy, zdecydowanie za mało chodziliśmy do groty solnej [tylko dwa razy] i brakowało mi takiego wejścia między lud, podsłuchania go, popatrzenia, jak żyje, czym żyje i co mu daje oddychać. Ale byłam z dwójką dzieci i do tego tylko na trzy dni, więc ciężko by mi to było robić. No i atrakcji nie brakowało. W sumie mogę powiedzieć, że fajny weekend nad morzem zapewni doskonały hotel. Bo mieliśmy doskonały i w sumie ciężko było z niego wyjść i rezygnować ze wszystkich aktywności. Ale myślę też, że to kwestia charakteru. Jeśli ktoś lubi się opalać i wygrzewać na plaży, to zima nad morzem i na Mazurach nie dla niego. A jeśli fascynuje was przyroda, natura, świat i wszystko to, co wokół ciebie, każdy weekend i każdy wyjazd bez względu na pogodę, będzie wręcz idealny. Nasz taki był 🙂

 

 

 

 

  • Paulina

    W Anglii, gdzie mieszkam, to normalne, że dzieciaki przy 10 stopniach latają w wodzie na bosaka, nikt nie dziwi, fajna relacja 🙂

  • Ania Dąbrowska

    Cudnie sie to czyta Asiu.dzieki za ten tekst.Ania.

  • Kocz1lla

    W Warszawie ci, co na dłużej, również respektują zasadę prawej strony. Lewą tarasują głównie przyjezdni. ;>

  • Krystyna Jarosz

    Ustka tak dobrze mi się kojarzy … 😁 aż się miło czyta. Pojechaliśmy tam z synem na wakacje, w Słupsku wzięliśmy ślub i wysłaliśmy Wszystkim zawiadomienia zamiast zaproszeń 😁 więcej zapłaciliśmy na poczcie niż w USC byliśmy w innym hotelu Ale spisali się na medal nawet nam ślubne dekoracje zrobili do obiadu. Cały pobyt ogólnie To była historia jak z filmu bo zaczęliśmy zamiast Spa to Sor i młody hasal z trzema szwami na głowie a potem ta szybką akcja w urzędzie. 🤣

  • Z jednym się na pewno zgodzę. W Lubiczu jedzenie mają rewelacyjne 😀