Temat tego wpisu krążył mi głowie od dwóch lat niemalże, ale nigdy nie było okazji, żeby się tym głębiej zająć. A problem jest duży i z tego, co widzę, wciąż narasta, szczególnie u mnie, gdyż ostatnio doszło sporo czytelników, którzy dają sobie prawo oceny mojej osoby bez najmniejszej chęci sprawdzenia, czy ta ocena jest zgodna z rzeczywistością.

 

Ale nie o mnie tu chodzi, choć nie będę ukrywać, że do napisania tego tekstu skłonił mnie komentarz niedoszłej czytelniczki, która pod moim wybuchem radości z faktu, że zostałam na chwilę sama w domu bez dzieci i mogę sobie odpocząć, wyłuskała swoje przemyślenia, a na koniec napisała tak:

 

 

” co chcesz, to masz , więc albo chcesz i nie narzekaj, że dajesz się wykorzystywać, a za mało osób brawo bije, albo jak chcesz coś zmienić, to zmieniaj 🙂 ja na szczęście wyrobnicą się nie czuję, ale co ja tam wiem” 

 

Odnosząc się do jej słów, chciałabym tylko głośno i wyraźnie powiedzieć każdej osobie, która do ciebie, do mnie, do jakiejkolwiek z nas pisze, żebyśmy przestały narzekać: odwalcie się.

 

Odwalcie się od nas i odwalcie się od naszego ludzkiego prawa do powiedzenia tego, co nam na sercu leży. Odwalcie się, spadajcie, uciekajcie z oczu albo zamknijcie swoje pyszczki i utońcie w swoim życiu pełnym radości i bez żadnych problemów. Jeśli takie życie w ogóle istnieje.

 

Na pewno istnieje swoista niechęć do wyrażania uczuć i do bycia odbiorcą tych uczuć. Z tym jest chyba największy problem, o czym już pisałam w tekście „Jest tylko jeden sposób, żeby kogoś pocieszyć„. Bo my, ludzie dorośli, nie umiemy sobie poradzić z tym, że ktoś potrafi swoje uczucia wyrazić lub jest w takim punkcie swojego życia, że nie potrafi ich ukryć. W pewnym momencie ten punkt kulminacyjny nastąpił i matki zaczęły mówić, co im przeszkadza, co je męczy, czego nie są w stanie wytrzymać i wówczas obudził się obóz wychowany w wartości chowania swoich emocji głęboko za poduszkę. I ten obóz jest w kłopocie, bo ani nie potrafi na coś, czego nie został nauczony zareagować, ani nie potrafi w sumie znieść, że ktoś robi coś, czego on nie umie.

 

Przecież żyjemy w świecie, gdzie pani w pięknej kuchni gotuje obiad z czterech dań i jej jedynym problemem jest zmycie przypalenia na blasze do kurczaka, który to problem naprawi magiczny płyn i wszyscy są szczęśliwi! W tym świecie nie ma prawa do narzekania. Hamerykański sen, w którym każdy na pytanie „Co słychać?” odpowiada „Świetnie”, a potem godzinami leży na kozetce u psychoterapeuty, bo tylko on jest w stanie pozwolić mu mówić coś niesamowitego: prawdę.

 

 

Nie będę się odnosić do dywagacji czytelniczki o tym, że jestem wyrobnicą – kto mnie czyta, ten wie, że wolę odpuścić niż się zatyrać na śmierć. A kto widział mój ogród i umorusane dzieciaki, ten ma dowód 🙂 Ale ustalmy coś –  czy się starasz, czy nie, czy dajesz stawiasz sobie poprzeczki, czy nie, czy masz dużo obowiązków, czy mało, macierzyństwo jest tak samo trudne, ciężkie i każdego dnia stawia nas przed wyzwaniami, jakich sobie nie śniłyśmy. Czy matka, która ma duży dom, czy mały, czy mieszkająca w bloku, czy w domu, czy jednego dziecka czy trzech każdego dnia, z racji tego, że jest po prostu człowiekiem w takiej, a nie innej sytuacji, doświadcza rzeczy, z którymi sobie radzi lub nie radzi i nie ma co tu dywagować, czy te jej problemy są na jej siły czy nie na jej siły, czy ta matka ma prawo to wytrzymać, czy nie ma lub licytować się, która z nich może lub nie może narzekać.

 

Bo każdy z nas ma prawo narzekać. Owszem, bywa tak, że narzekanie jest jedyną formą komunikacji i to jest męczące i może świadczyć o autentycznym problemie – nie tylko w życiu, ale i z samym sobą. I tak – takie ciągłe użalanie się nad sobą może być męczące i może zniechęcać. Ale w większości przypadków jest zwykłą ludzką potrzebą takiego kolokwialnego spuszczenia sobie z wentyla. Narzekanie jest formą radzenia sobie z czymś, co sprawia nam kłopot, trudność. Czy oznacza, że jesteśmy wyrobnicami lub osobami, które nie potrafią się ogarnąć? Wcale nie! Narzekanie jest formą obrony. Kiedy narzekam, że w domu jest bałagan, daję sygnał rodzinie – hej, to mi przeszkadza, to mnie frustruje, pomóżcie mi! Kiedy narzekam, że mąż mnie wkurzył, nie znaczy, że go nie kocham, tylko że jego zachowanie mi się nie spodobało i muszę komuś o tym powiedzieć. Jeśli narzekam, że jestem czymś zmęczona, nie znaczy to, że nienawidzę tego robić i że muszę to koniecznie zmienić – po prostu robiąc to non stop od jakiegoś czasu poczułam się zmęczona. Nawet jedząc lody non stop i oglądając „Przyjaciół” mogę odczuć znudzenie tymi cudownymi czynnościami. A co? Nie mogę? Mogę, właśnie wyłączyłam telewizor.

 

Wyrażanie uczuć to nie powód do krytyki, to tylko jeden ze sposobów wyładowania napięcia psychicznego, którego kumulowanie w środku i niewyrażanie może doprowadzić do problemów, frustracji, złości. Narzekanie to też forma ekspresji, a jeśli spotka się z wyrozumiałym i umiejącym słuchać [nie oceniać] odbiorcą, cały problem może się skończyć wyłącznie na wyrażeniu go i na pójściu dalej, o wiele radośniejszym i spokojniejszym.

 

Mój post był o radości. O radości, jakiej wiele z nas nie doświadczyło. Albo doświadczyło. Bo przemęczając się jako matko lub nie przemęczając, oderwanie się od trybu dom-rodzina na tryb ja-kobieta zawsze jest radosne. I nie trzeba wcale wywozić dzieci z domu – możemy to odczuć każdego dnia, choćby podczas samotnej chwili z maseczką na twarzy przy dobrym filmie i kieliszku wina.  I w momencie, w którym naszą radość z tego faktu ktoś usiłuje zepsuć, pisząc „ojej, trzeba było nie mieć dzieci, to byś nie narzekała i miałabyś to na co dzień”, to ja mówię stanowcze: Nie! Bo w momencie, w którym komuś nie przeszkadza samo narzekanie, ale zwykła radość z faktu, że coś ci daje chwilowe szczęście, to ja staję naprzeciwko tej osoby i mówię: spadaj. Odwal się, odczep, trzymaj się ode mnie z daleka.

 

I nie daj sobie wmówić, że nie masz prawa narzekać. Każdy z nas ma do tego prawo – to ludzkie, to zwyczajne, to pomaga poradzić ci sobie z tym, co sprawia ci trudność. I jeśli potrzebujesz wygadania, szukaj w swoim otoczeniu osób, którym możesz się zwyczajnie wygadać. Które nie ocenią, nie zdiagnozują bez twojej zgody i nieproszone. Które cię wysłuchają, bo wiedzą, są świadome, że najgorsze, co możesz sobie zrobić, najbardziej okrutne i nieludzkie to właśnie odebrać sobie to prawo.  Święte prawo do narzekania.

  • Kasia Koczułap

    Och tak! Ten post jest doskonały i dotyczy wszystkich, nie tylko matek. Dzięki Ci za wyrażenie czegoś, czego ja sama niem umiałam.

  • Kocham Cię! 😀
    Nawet nie wiesz, jak ten post jest prawdziwy… (Albo wiesz? ;))
    Ostatnio wyrzuciłam z siebie do męża, jak mnie męczą humorki naszej rocznej córy – to typ walczący o siebie 😉 nie dostanie czegoś – wrzeszczy, a że głodomorek jeszcze, wrzeszczeć potrafi, np. widząc, że jej się jedzenie w miseczce kończy. I kiszka – i nie do je, bo wrzask, że już tak mało. A wiem, że chciałaby skończyć… I taka walka… Momentami jak z wiatrakami… I dosyć mam czasem – czasem dam radę, czasem nie i wybuchnę… Więc ostatnio mi się ulało i mężowi musiałam się wyżalić, żeby właśnie spuścić z siebie trochę napięcia… I co usłyszałam? Że mam mu nie narzekać, że jeśli chcę sobie pomarudzić, to mam chwycić telefon i do przyjaciółki, mamy albo siostry zadzwonić, a je jemu jęczeć.
    I tak mi się smutno zrobiło. A komu mam jęczeć jak nie jemu? Ja wiem, że marudzenie bywa nużące, że jak człowiek długo jęczy i nie daje z siebie też radosnych emocji, to otoczenie ma dosyć. Ale ja wtedy byłam spokojna – i chciałam się zwyczajnie wyżalić… U kogoś najbliższego – ze mną spędzającego czas z tymi dzieciakami naszymi ;D – poszukać wsparcia… Zresztą, małż najbliżej jest, heloł, nie będę przecież dzwonić do koleżanki z hasłem: „No hej, ja na chwilę, bo wiesz, zła jestem…blablablabla… ok, dzięki, pa!” 🙁

    Jakby faktycznie matka narzekać nie mogła. Bo co – mamy być superbohaterkami dnia codziennego, które nie mają nic do gadania poza pluciem tęczą? A gdzie są tacy ludzie – poza reklamami czy opowiastkami o Matkach Polkach, co to nierealne są i których szczerze nie znoszę? Nie ma? Oooo! Zdziwko! 😛

  • No i nic dodać, nic ująć 🙂 Nie akceptuję postawy „keep smiling”, chociaż jak słusznie zauważyłaś ciągłe narzekanie też jest uciążliwe. Stawiam na szczerość i naturalność. Jak Ci źle to masz prawo o tym powiedzieć i już. Pozdrawiam – Patrycja

  • Na co dzień, w najbliższym otoczeniu, obracam się wśród kilku mężczyzn, którzy uważają, ze kobieta nie powinna okazywać swoich emocji. Według nich kobieta ma się tylko uśmiechać w towarzystwie, najlepiej żeby jak najmniej mówiła, nie wyrażała swojego zdania zwłaszcza gdy jest one odmienne od pozostałych, a już na pewno nie może narzekać. A ja się na to nie zgadzam. Próbuję z tym walczyć, staram się udowodnić, że ja też mogę, ale myślę, że jeszcze długa droga przede mną. Ale właśnie tak jak napisałaś, najważniejsze to nie pozwolić sobie odebrać tego prawa do narzekania, mówienia o naszych odczuciach.

  • taka_tam_myszka

    Ja jeszcze uwielbiam te wszystkie licytacje: ty nie narzekaj, bo masz tylko jedno dziecko, a co mają powiedzieć ci co mają trójkę, dziesiątkę, setkę… Ty nie narzekaj bo masz zdrowe dziecko, a co mają powiedzieć ci co mają dzieci niepełnosprawne. I tak dalej i tak dalej. Ale jakoś świadomość, że w Afryce dzieci umierają z głodu nie sprawia, że jestem mniej głodna kiedy nie mogę zjeść obiadu. Ani to że ktoś ma gorzej nie relaksuje mnie ani nie kasuje mojego zmęczenia. Tak jakby przyznanie się do zmęczenia znaczyło od razu, że nie doceniam tego, że dziecko mam i to zdrowe i mądre i wszystko ok. Jakby to jakieś odkrycie na miarę Kolumba było, że może być gorzej. Albo nie wiem, że chwila narzekania sprowokuje, że los mnie pokarze i odbierze to co miałam bo nie doceniałam ośmielając się ponarzekać. Nie cierpię.

  • Domi

    Najgorsze dla mnie to „chciałaś to masz” tak chciałam i mam i zawsze będę chcieć a narzekając chce być tylko wysłuchana, bo wyrzucenie z siebie tego co zalega bardzo pomaga, to wszystko…

  • Kocz1lla

    Miałam się tu oburzać, że z „pyszczkiem” i „odwal się” do rozmówcy, ale komentarz koleżanki „a ty znów narzekasz!” na pewną mą cenną uwagę jakoś tak odmienił mi punkt widzenia. 😛 Jako że nie rzuciłam „spier…” pod jej adresem, tym bardziej tutaj nie rzucę kamieniem.
    Niemniej ból odwłoka odnośnie jednej sprawy został:
    Psychoterapia nie jest alternatywą dla żalenia się. Sugerowanie, że korzystają z niej osoby, które mogłyby zamiast tego po prostu ponarzekać, jest nie OK. I wprowadza w błąd.