Ten temat od jakiegoś czasu powraca. Pod każdym dialogiem pojawia się jakiś komentarz, jakaś dyskusja albo o tym, że się chwalę, albo o tym, że łatwo być mamą, jeśli dzieci są tak spokojne, jak moje, albo o tym, że ktoś mi zazdrości. Zawsze mi wpada w oczy ta zazdrość. Bo niby czego tu zazdrościć? Naprawdę – nie masz czego zazdrościć!

 

 

 

Nie urodziłam się matką

 

Nie urodziłam się matką. Mało tego – przez większość życia nie chciałam nią być! Jeszcze 10 lat temu  zarzekałam się, że dzieci to dla mnie kosmos i w żadnym wypadku matką nie zostanę. Dwa lata przed urodzeniem Kosmyka mój stan oporu się podtrzymywał. W ciąży nie czytałam żadnych książek, żadnych poradników, w zasadzie nic mnie interesowało i pojechałam na porodówkę nie robiąc sobie nawet wyrzutów, że nigdy w życiu nie trzymałam na rękach dziecka poniżej trzech lat. Nigdy! Mój syn był pierwszym noworodkiem, niemowlęciem, małym dzieckiem w ogóle, które trzymałam jako pierwsze w życiu przy sobie.

 

Nic nie musisz, wszystko możesz

 

W całym moim półświadomym macierzyństwie kierowałam się tym, co czuję i wzbraniałam się przed każdym „musisz”. Wydaje mi się, że „musisz” miało wpływ na całą moją relację z dzieckiem. Widzisz… możesz sobie mówić, że swoje macierzyństwo opierasz na intuicji, ale, jak wiemy, intuicja to tylko pierwsze podrygi po porodzie do chronienia i karmienia swojego dziecka. Tę intuicję zaburzy ci pierwsze lepsze „musisz” lub „powinnaś”. Dalej ci wydaje, że robisz, to co czujesz. Ale ktoś już tym „musisz” na ciebie wpłynął i nawet możesz sobie nie zdawać sprawy, że tak naprawdę to nie ty decydujesz, tylko osoba narzucająca ci swoją opinię. Tym „musisz”, z którym możesz się zgadzać z poczuciem, że to nie twoja decyzja, lub działać odwrotnie, z poczuciem, że się sprzeciwiasz, a nie robisz to, co chcesz.

 

 

Nie muszę bawić się z dzieckiem, nie muszę mu czytać, nie muszę pilnować każdego jego kroku, nie muszę go ubierać jak z żurnala, nie muszę z nim rozmawiać, nie muszę go uczyć, nic nie muszę. Ale… MOGĘ.

 

I w tym tkwi chyba cały sekret macierzyństwa – co możesz zrobić dla swojego dziecka. Nie musisz – możesz. Jak bardzo chcesz się poświęcić, jak wiele dla niego zrobić, gdzie jest granica, po której mówisz „dość, to nie dla mnie”. I serio, jeśli wklepiesz sobie te słowa do głowy, wiele rzeczy będzie prostszych i też wiele tekstów i książek łatwiej ci będzie zrozumieć. Możesz to zrobić, wcale nie musisz. Twój wybór.

 

 

13882376_1270184946338777_8581396501208357908_n

 

 

 

 

Zawsze masz wybór, ja na początku wybrałam źle

A jeśli jesteśmy przy wyborze – każda z nas go ma. Możemy wybrać stary styl wychowania, możemy go sobie mieszać, możemy wreszcie poddać się nowemu i go stosować. Ja jestem z nowego nurtu. I wcale nie przyszło mi to łatwo.

 

Też kiedyś myślałam, że wszystkie te nowe trendy w wychowaniu to pic na wodę. Chwaliłam synka na potęgę [mimo że nie czułam się z tym dobrze i czułam zgrzyt i się przed tym broniłam, ale często się poddawałam mimo wszystko], wymyślałam jakieś durne kary. Kombinowałam z tresurą i gdzieś przed trzecimi urodzinami synka załapałam, że to, co nas łączy nie jest tym, co było kiedyś. Nie spotykamy się wzrokiem w lot łapiąc, o co nam chodzi. Ja może bym się chciała spotykać, ale Kosmykowy wzrok coraz częściej ucieka, coraz częściej zbacza z drogi do moich oczu. Syn się wycofał, powoli ze mnie rezygnował. Pamiętam, jak kiedyś przedstawiał się: – Ja jestem Kosmyk, a to moja najlepsza przyjaciółka: Mama! Ale już przestał tak mówić. Przestałam być jego przyjaciółką. Ta więź, która nas łączyła, to porozumienie bez słów zniknęło i ktoś był za to odpowiedzialny.

 

 

JA.

 

 

Zaczęłam go tracić, ale nie zaczęłam się poddawać. Obserwowałam. Pochwały wprawiały go albo w zakłopotanie, albo dawały mu do zrozumienia, że swoje zrobił i więcej nie musi. Kary doprowadzały do histerii i szybko z nich zrezygnowałam. No ok. Ale czy naprawdę tych kar nie było? W pewnym momencie zorientowałam się, że mój syn podchodzi do mnie po każdej czynności i się upewnia czy dobrze, czy ładnie, czy na pewno wszystko w ok. Domagał się pochwały, jeszcze jednej, jeszcze jednej. To się stało błędnym kołem, to się stało nie do zniesienia, bo ja wtedy już naprawdę nie mogłam nic zrobić. Stałam nad synem i mówiłam, że każda kreska na kartce jest piękna, choć nie była. Ja za to pięknie podkopałam pewność siebie syna – wszystko, co zrobił, musiało zostać przez kogoś zaakceptowane. Jeśli nie było – porażka. Syn nie potrafił sam sobie przyznać, że coś mu wyszło. Musiał dostać potwierdzenie, jeśli nie dostał, traktował to jako karę. Tak – brak pochwał to też kara. Obłęd.

Idzie zmiana

 

 

Pewnego dnia poprosiłam go o przyniesienie z pokoju jakiejś książki. Zrobił to chętnie i wrócił ze wzrokiem czekającym na pochwałę. Patrzyłam się w te oczy, poddane i wierne, jak u psa prawie…  i już miałam powiedzieć „ojej, jak pięknie”, gdy nagle na usta wcisnęło mi się: Dziękuję, Kosmyku, jesteś bardzo pomocny i jak szybko mi tę książkę przyniosłeś!”. W życiu nie widziałam większej radości w jego oczach. Żadne „pięknie” i „super” tego mu nigdy nie dało. Tak się ucieszył z tego, że potrafi szybko przynieść książkę, że przyniósł mi jeszcze kolejną, i kolejną, i jeszcze kilka podkładek ze stołu, i jeszcze, na koniec – krzesełko i dwie patelnie. Gdy już z tymi patelniami stał zmachany w pokoju, powiedziałam „Noooo! Widzę, że potrafisz szybko przynosić rzeczy. Czy potrafisz je też szybko odnieść na miejsce?”. I odniósł. Za co również mu podziękowałam. Ani razu nie powiedziałam „super”. Po prostu powiedziałam „dziękuję”, a syn zajął się układaniem klocków. Po raz pierwszy od dawna nie pytał się, czy ładnie układa.

 

Moja droga

 

Zaczęłam czytać i wgłębiać się w temat. Ok, pochwały to nasze życie, które znamy. Kary też. Dziedziczymy oprócz genów całą masę zachowań naszych rodziców wobec nas i choćbyśmy zarzekali się, że z naszymi dziećmi będziemy postępować inaczej – tego, co zakorzenione, nie da się wyplenić tak łatwo. Plus, jeśli nad tym myślimy i staramy się zwalczyć. Gorzej, jeśli podchodzimy do tego bezrefleksyjnie. Zaczęłam testować różne rady z książek, nie mając do końca wiedzy, czy związane one są z jakimś konkretnym nurtem. Ot, chciałam zawalczyć o więź z moim dzieckiem inaczej niż „musisz kochać mamusię i rozmawiać z nią przy obiedzie”. Wiedziałam już, że nie chcę „musisz”. Wiedziałam, że chcę „możesz”.

 

 

 

 

Jak zrozumieć dziecko?

 

I wiesz? W całej tej drodze najtrudniejsze nie było wcale zrozumienie dziecka. Matki do mnie piszą z pytaniami, co zrobić, żeby zrozumieć dziecko. Jak mnie wkurzają takie pytania – przecież dziecko to nie istota z innej planety! To taka sama osoba, jak my, nawet łatwiejsza, bo mniej zaawansowana. Czemu mamy z nią takie problemy? Bo my sami nie jesteśmy aż tak zaawansowani, jak nam się wydaje. W procesie wychowawczym wielu z nas pominięto wzbogacanie kolejnych skilli. Mieliśmy się dobrze zachowywać, nie płakać, nie dyskutować, wychowywano nas na małe robociki. I te małe robociki stały się ludźmi, rodzicami. Z otwartą buzią i zdumieniem w oczach obserwującymi, że ktoś może tak bezrefleksyjnie szafować rozpaczą, złością, smutkiem, radością, szczęściem. Nie mów, że nie. Nie mów, że nigdy nie usłyszałaś, że powinnaś się trochę ciszej cieszyć. I cały problem z byciem rodzicem mieści się w zdaniu:

 

 

Żeby zrozumieć dziecko, musisz zrozumieć siebie

 

Przeszłam długą drogę. Długą drogę, w której tak naprawdę nie starałam się zrozumieć dziecka, ale siebie. Swoje granice, swoje motywacje, swoje słabe strony, swoje błędy. Wróciłam do najczarniejszych chwil dzieciństwa i przepracowałam doznane krzywdy, przypomniałam sobie radości. Pogodziłam się z tym, co było. Było minęło, ja startuję od nowa. To nie była łatwa praca. Bardzo ciężko jest stanąć wobec swoich słabości, pobudek, złych nawyków. Ale dzięki temu potrafiłam wczuć się w moje dziecko. Pogodzić się z tym, że jest, jakie jest. Hałaśliwe, krzyczące, niesłuchające za pierwszym razem, rozbiegane, nie potrafiące usiedzieć na miejscu. Przestałam z nim walczyć. Ono takie jest. Jedyne, co mogę zrobić, to pomóc mu sobie z tym radzić.

 

12932705_1164485800242026_1921185267928755814_n-1

 

 

 

Nie musisz mi zazdrościć

 

Piszesz mi, że zazdrościsz mi relacji z synem. Że fajnie, że super, że omajgad, jak ty zrobiłaś. Często widzę, że te słowa piszą osoby, które z takim zwątpieniem komentowały pod tekstami o karach, o pochwałach [tu i tu, polecam też tekst „Cztery typy zdań…”], o płaczu, o tym, że dziecko zachowuje najlepiej jak potrafi. Rozumiem te osoby. Mimo absurdu – „hej, napisałam kilkanaście tekstów o tym, jak wychować dziecko, żeby podtrzymać z nim więź i co zrobić, żeby wykształcić w nim empatię, wszystkie wyśmiałaś, a teraz zazdrościsz?”, to trochę rozumiem tych rodziców. Wiem, co czują – pewnie to samo, co czułam ja, kiedy pierwszy raz przeczytałam o tym, by ograniczyć słowo „nie” w kierunku dzieci. Uczucie absurdu, bo przecież inaczej nas wychowywano.

 

 

 

Moje dzieci są najnormalniejszymi w świecie chłopcami, z którymi po prostu łatwiej mi się przechodzi przez wszystkie traumy wieku dziecięcego, bo… nie neguję ich uczuć, wzmacniam ich pewność siebie, pozwalam im wyrażać emocje, pomagam im je nazwać i jeśli nie koliduje to z moimi planami lub konstrukcją domu – mogą robić tak naprawdę to, na co mają ochotę przy uwzględnieniu moich i ich ojca granic. Nie mam aniołów w domu i to nie o to chodzi, że mój sposób wychowania sprawi, że dzieci będą stały posłusznie i czekały aż im coś rozkażę. To nie jest i nigdy nie będzie moim celem.

 

 

Cały trik polega na więzi – tej więzi, która nie każe dzwonić do matki z uprzejmości. Tej więzi, która sprawia, że chce się z tą matką rozmawiać, a matka nie prawi banialuków i nie traktuje cię z góry [o 17 beznadziejnych tekstach rodziców chyba niedługo napiszę]. Chodzi o to, żeby dziecko miało w rodzicach oparcie i narzędzia, dzięki którym łatwiej przejdzie przez życie. To może brzmieć absurdalne, ale wszystkie metody, które wydają nam się słuszne, bo „tak się wychowuje dzieci”  prowadzą do tego, by więź tę zerwać, by nie pozwolić dziecku stać się jednostką w pełni za siebie odpowiedzialną i silną, by stworzyć taki toksyczny trochę krąg uzależnienia od opinii rodzica bez poczucia jakiegokolwiek zaufania i zrozumienia od niego.

 

 

14344228_1318941581463113_5788180451305481667_n

 

 

 

Ale zastanawia mnie jedno – jeśli rodzic widzi, że jego więź z dzieckiem zanika, że tak naprawdę żyją w hierarchii, w której on o wszystkim decyduje, a dziecko już ma wbite w głowę, że rodzic go nie wysłucha, jeśli widzi, że coś nie gra, że nie umie się z dzieckiem dogadać, dziecko ma zdanie rodzica w nosie, że totalnie go nie rozumie, że coś w ich relacji zgrzyta, to czemu z góry skazuje wszystkie inne metody i podążą tą samą drogą? Czemu nie chce naprawić relacji i ciężko mu dojść do wniosku, że jeśli dotychczasowe metody doprowadziły do tego stanu, to może coś robi nie tak? Czemu wyśmiewa i z góry neguje wszystko to, co u wielu rodziców się sprawdza, tylko dlatego, że on nie był w taki sposób wychowany? I czemu zazdrości, skoro w każdej chwili może spróbować iść inną drogą? Może. Nie musi.

 

 

 

 

Ale jak nie musisz, to czego zazdrościsz?

 

Piszecie mi „ale ci zazdroszczę takiego synka”. A czemu mi zazdrościsz dziecka? Nie masz swojego? Masz, tylko nie wiem, czemu, porównujesz je do mojego. Twoje jest wyjątkowe, wspaniałe, cudne i na pewno mądre. Moje nie jest ani gorsze, ani lepsze od twojego. Ma taką samą, zapewne, ilość wad i zalet, tylko z jakiegoś powodu, nie potrafisz ich dostrzec. A może nie chcesz?  A może nauczono cię, że z dzieckiem się walczy, bije, tłucze, żeby wyplenić wszystkie jego nawyki, zamiast spojrzeć się realnie na jego atuty i pogodzić z tym, czego nie zmienisz? Z moim dzieckiem wypracowałam  sobie taką więź, jaką widzicie i starałam się go prowadzić tak, a nie inaczej. To nie do końca zasługa moich genów. To efekt pracy, którą wykonałam i która nie spadła mi z nieba. To efekt wielu przepłakanych nocy, wielu awantur i kończenia tego, co przez lata niszczyło mnie wewnętrznie. To efekt wielu godzin rozmów z synem, wielu godzin czytania, wielu godzin z dzieckiem tłuczącym się po podłodze, bo nie było pewne, czy znów go za to nie skrzyczę, nie było pewne, czy uzyska ode mnie pomoc. Teraz już to wie. To efekt mojej pracy, żeby wreszcie zacząć siebie doceniać – tak, jestem matką, robię ogromną pracę, żeby wychować moje dzieci i liczę, że zaczniesz to szanować. To efekt mojej pracy, żeby moje dziecko wreszcie zaczęło doceniać siebie i na swoich odczuciach polegać. Tu naprawdę nie ma czego zazdrościć. Fajne dzieci i fajne matki nie biorą się z powietrza. Serio. Trzeba się zwyczajnie wziąć do pracy. A jeśli ci się nie chce, bo wybrałaś inaczej? Twój wybór. Zawsze możesz to zmienić. Lub nie.

 

 

 

Z moim to nie wyjdzie

 

Przykro mi kiedy to czytam pod jakimś tekstem o zachowaniu lub moim sposobie na wychowanie dziecka. Przykro mi, bo co to znaczy – że twoje dziecko nie jest człowiekiem? Że nie zasługuje na wybór, nie zasługuje na szacunek? Nie warto się dla niego starać? Nie warto dbać, by wyszedł z domu z bagażem przydatnych narzędzi? Że co, że raz mu nie dałaś kary i myślałaś, że jego zachowanie zmieni się w minutę, a się nie zmieniło? Że obrazi się, kiedy mu podziękujesz zamiast chwalić? Czytam wszystkie maile, jakie przychodzą mi na skrzynkę i widzę, że sporo rodziców myśli, że jak zmieni się „tylko trochę”, to będzie dobrze. A to nie chodzi o to, żebyś się trochę zmieniła.

 

Tu nie chodzi o jedno „super”, o jedną karę mniej  czy pozwolenie dziecku na malowanie po ścianie. Tu chodzi o zmianę całej filozofii życiowej, o przejście ze spoglądania na dziecko jak na maszynkę do wykonywania poleceń i dawania radości hodowaną, by na starość szklankę wody przynieść, na spoglądanie na dziecko jako na całkiem odrębną, zasługującą na szacunek istotę. To wielkie zmiany. Wiem, że trudno ich dokonać i trudno się ze sobą rozliczyć. Ale nie ma czego zazdrościć. Może to nie rewolucja, jak głosi tytuł pewnej książki, ale przewiduję, że dla naszych wnuków wszystko to już będzie normą.

 

Więc głowa do góry. Żeby zmienić swoje dziecko, musisz najpierw zmienić siebie. My wszyscy trochę musimy. Bo wbrew pozorom, to „cudowne” wychowanie naszych rodziców, dziadków i pradziadków, zostawiło w nas dość silne ślady. Wciąż jesteśmy czymś urażeni, wciąż jacyś tacy nieusatysfakcjonowani, wciąż jacyś tacy niepewni, umniejszający swoje zasługi lub węszący we wszystkim personalny przytyk. To są nasze standardy. Czy chcemy ich dla naszych dzieci? Ja nie chcę. Ty zrobisz, co chcesz.

 

 

 

 

  • Kinga

    Fajnie piszesz Matko! Zgadzam się z Tobą! Powiem tak, punktem wyjścia moim było również „wychowanie w dawnym stylu” – teraz staram się ciągle budować „więź”.
    I celem moim jest: „Cały trik polega na więzi – tej więzi, która nie każe dzwonić do matki z uprzejmości. Tej więzi, która sprawia, że chce się z tą matką rozmawiać, a matka nie prawi banialuków i nie traktuje cię z góry.” Dziękuję!

  • Lena Sobe Mach

    Uwielbiam Cię czytać. Staram się właśnie traktować syna jak człowieka. Nie wiem jeszcze jak nie chwalić, bo mi to sprawia przyjemność. Poza tym u nas chwalenie wprawia synka w dobry nastrój, bo wystarczy mu zaklaskać i on też klaska i wszyscy się śmiejemy. Ma dopiero 16 miesięcy, ale chcę go wychować właśnie tak by miał we mnie oparcie i nie traktował mnie jak przymus. Niestety moja mama popełniła chyba wszystkie błędy wychowawcze i teraz kontakt z nią to dla mnie… obowiązek i wściekłość. Nie chcę tego powtórzyć. Czekam na Twoją książkę.

  • Kinga

    Ja w domu miałam dwa bieguny wychowania z jednej strony mama pedagog, która wychowywała mnie w zrozumieniu i miłości, bez kar (w sumie nagród tez nie bylo) pokojowo… A z drugiej strony tata… Tata w sumie zawsze byl w pracy i nie mieliśmy najlepszego kontaktu, sam niestety był wychowywany przez babcie… Której słowa do dzisiaj dudnia mi w uszach „dzieci i ryby glosu nie maja” i pamiętam ta moja bezslinosc…. Chyba najgorsze bylo jak zmuszala mnie do jedzenia rzeczy których nienawidzilam … Do wielkiej przyjaźni z tatem przeszłam daleka droge … Analizowalam jego dziecinstwo, nawet babci dzieciństwo… Wiele godzin rozmów z mama z czasem nawet z nim… (ze mną wczesniej nie bylo „dyskusji”) wiele książek psychologicznych, które pomogły mi zrozumieć jego postawę… Ale musze powiedziec ze dobra ze mnie matka 🙂 zawdzięczam to mojej mamie głównie! Poza ksiazka moje dziecko nie chce jeść (kupilam ja ze wzgledu na tesciowa)nie przeczytałam żadnej książki ktora polecasz… A pod każdym postem podpisalabym się rękami i nogami i jeszcze 3 grosze dodala:) Wszystko stosuje…. Mama nauczyla mnie empatii…i chyba ta empatia i doskonalą pamięć pozwalają mi na to by być dobra matka! Nie idealna… Wiadomo … Ale mysle ze miedzy mną a moim dzieckiem jest przyjaźń!… A na pytania durnych rodziców zaczelam odpowiadać tak: Jest taki grzeczny ze jeszcze nie bylo powodu by go ukarać 🙂

  • L.

    Dziś odkryłam Twój blog 🙂

    Tak sobie czytam i czytam kolejny już post i nagle pomyślałam o książce Adele Faber i Elaine Mazlish 🙂
    I oczywiście znalazłam ją w Twoim spisie: http://matkatylkojedna.pl/11-ksiazek-ktore-pomogly-mi-w-macierzynstwie-i-sprawily-ze-wszystko-stalo-sie-prostsze/ 🙂

    Czytając Twój blog czuję, jakbym czytała własne myśli 😀

  • Asiu mamy tak różne dzieci a tak podobne poglądy wychowawcze. Musimy się w końcu spotkać 🙂
    BTW. ja wciąż walczę z ta moją, chyba wrodzoną, manią pochwał i kar. I przez to właśnie Ala jak małpa z każdym maźnięciem przychodzi do mnie i czeka na aprobatę. Niestety te jej zachowanie potęguje też system wesołych i smutnych buziek w przedszkolu. Za każdym razem powtarzam sobie: „Ogarnij, ogarnij się kobieto”

  • Szczery, mocny wpis, dziękuję. Może niektórymi potrząsnąć…

  • Ronja

    Nie wczytuję się w dyskusje pod postami, więc nie mam żadnej opinii o tych zazdroszczących, natomiast bardzo bliskie mi jest to, co piszesz o przepracowaniu swojej historii i własnych ograniczeń. Nic innego w życiu nie pomogło mi zrozumieć siebie bardziej niż moja relacja z partnerem i z dzieckiem. Czytanie o emocjach, wyrażaniu ich, nazywaniu, o motywacji, lękach i granicach to jest droga nie tyle ku dziecku, co wgłąb siebie. Stawanie się fajną matką jednocześnie pomaga mi stawać się po prostu fajniejszą sobą.

  • Xenian

    Ja też od jakiegoś czasu staram się nie chwalić. Idzie coraz lepiej, muszę jeszcze popracować nad mężem 🙂 metoda chyba działa bo kiedy proszę syna o posprzątanie i czasem nie ma ochoty tego robić, na hasło „bądź pomocny” rzuca wszystko i zaczyna sprzątać. Mam jednak inny problem, na który nie mam pomysłu: mój syn (18 msc) nie potrafi zająć się czymś sam. Cały czas wymaga od nas 100%uwagi. Muszę uczestniczyć we wszystkich jego czynnościach bo inaczej jest wielki płacz. Kiedy muszę (mogę, ale coś trzeba jeść więc trochę muszę) zrobić obiad lub choćby chcę napić się herbaty mój syn wisi mi na nodze i wyje. Lub przynosi wszelkie zabawki i wkłada mi je do rąk, domaga się uwagi. I żadne „dam mu garnki” albo „pogotuj ze mną” nie działa bo ja nie bawię się w to co on chce. No i patrzę na warzywa kiedy je kroje a mam patrzeć na niego… A nawet jak bawię się z nim czynnie i uważnie to i tak każda zabawa trwa 5 minut bo nuuuudy. Spędzamy codziennie jakieś 5 godzin na zewnątrz bo tylko wtedy jest w miarę szczęśliwy. Pracuje tylko kilka godzin bo nie chciałam tracić kontaktu z dzieckiem, przed powrotem do pracy było jeszcze gorzej… Ale nie mam pomysłu na to jak mogę mu pokazać, że samodzielna zabawa też jest fajna na chwilę…

  • Mag Juk

    Mam gdzieś w sobie głęboko zakorzenione to, by traktować dziecko jako odrębną istotę ludzką. W domu mieliśmy dużo miłości i dużo swobody, ale nie było jakoś super kolorowo – inne mniejsze i większe traumy przysłoniły tę świetną bazę, którą jednak mam i muszę się do niej dokopać. Niestety to, co taki intuicyjne i naturalne, kompletnie nie przystaje do otoczenia. Moja relacja z dzieckiem uważana jest za szaloną i konieczną do zmiany – dlatego wciąż słyszę dobre rady i pouczenia, o które nawet nie proszę. Nie może tak być, że moje dziecko nie umie samo spać, może wygrzebywać sobie z szafki co chce i płacze, jak mu się coś nie podoba. „Nie wolno płakać” – poucza babcia. „Nie wiem, jak Wy go nauczycie spać – będzie trudno”. Ale ja nigdy nie uważałam, że ma być łatwo. No trudno jest z dwulatkiem i sobie w tej trudności funkcjonujemy i docieramy się. A ja lubię spać z moim dzieckiem, nie rusza mnie mąka rozsypana na podłodze, cieszę się, że umie okazać emocje, jak coś mu nie pasuje – martwiłabym się, gdyby poddawał się ze spuszczoną głową. Niestety dla otoczenia – to wszystko jest do zmiany, bo tak być nie może, bo on nas zamęczy. Nie wysypiamy się, poświęcamy dziecku mnóstwo czasu i uwagi, ale dla nas to normalne – bo mamy dziecko. Otoczenie oczekuje, że będzie ono ciche i posłuszne jak myszka.
    Co do pochwał, chwaliłam synka siarczyście jak układał układankę z rybkami. Trafiał nimi z odpowiednie miejsca, a ja chwaliłam, chwaliłam, chwaliłam… Raz już sama miałam dość tego chwalenia i wziąwszy układankę w ręce, usiadłam koło niego i zaczęłam mówić: „Ho, ho, co ja tu widzę: jest rekin, jest krab, jest ośmiornica…” – dziecko oszalało z radości. Tylko tyle trzeba – trochę czasu i uwagi.

  • mad

    Mogę nie muszę 🙂 rewelacyjne przesłanie i naprawdę genialne w swej prostocie. Szczerze to denerwowało mnie, że gdziekolwiek nie zarzuce okiem na jakąkolwiek dyskusje czy na forum, czy blogu czy innym podobnym medium, to zawsze są zwolennicy i przeciwnicy danej teorii. Wszędzie kategoryzmy. Musisz to musisz tamto, o a tego nie możesz i już, o! Wszystko czarno-białe. A tu proszę wystarczy drobna zmiana w myśleniu i różnica w przesłaniu naprawdę jest diametralna. Genialne w swojej prostocie 🙂
    Dodam jeszcze, że rodzicielstwo nie musi być idealne /kto chciałby być/żyć z ideałem pod jednym dachem :o?! Najważniejsze, przynajmniej dla mnie, jest to żeby wszystkich domowników traktować tak jak samym chciałoby się być traktowanym. Dotyczy to i dzieci i małżonków, a reszta i tak sama przyjdzie z czasem. Nie my jedni nie ostatni w histori się z tym zmagamy /chociaż uważam że nam jest mimo wszystko łatwiej przynajmniej jeśli chodzi o dostęp do informacji/ A że przy okazji dzieci będą dzwonić czy pisać 🙂 mogą nie muszą i tego będę się trzymać 🙂 Raz jeszcze. Fenomenalny wpis. Pozdrawiam.

  • ja tylko w skrócie- uwielbiam Cię za to jak piszesz i że piszesz. dziś mnie uskrzydliłaś- takie potwierdzenie tędy droga. Dzięki!

  • Ania Barcz

    Stwierdzenie, żeby być takim rodzicem, aby dziecko dzwoniło i przyjeżdżało do Ciebie z przyjemności, a nie obowiązku, jest w punkt. Uwielbiam przebywać z moimi, rozmawiać z mamą, dyskutować z tatą. I widzę też to, jak często muszę przypominać mężowi, żeby zadzwonił do swojej mamy. Różnica w wychowaniu jest ogromna, chociaż nie ukrywam, że z tymi pochwałami i karami też było różnie i podejrzewam, że trochę ‚krzywdy’ nam zrobiło.

    Poza tym, uwielbiam Twojego bloga 🙂

  • rz

    Dzięki, poważnie przyczyniasz się do szerzenia świadomości 🙂

  • Aga

    zastanawiam się czasami, czemu z góry zakładasz, a widuję to często w Twoich postach, że nasze wychowywanie jest efektem złego wychowywania naszych rodziców czy dziadków. wydaje mi się, że nie powinnaś tak generalizować, bo w pokoleniach starszych też były osoby, matki, ojcowie, którzy nie wychowywali „jakoś”, ale dokładnie tak jak wg Ciebie powinni. ja z takiego domu wyszłam. moi rodzice są moimi przyjaciółmi, z mamą mogę wisieć godzinami na telefonie i plotkować, jak się spotkamy to czasu nam ciągle mało, jak mam jakiś problem zawsze mogę zadzwonić i się wygadać (mamie) albo dostać konkretną pomoc krok po kroku co i jak zrobić (tata). Wyszłam z domu jako osoba pewna siebie, wiedząca co chce w życiu robić, kochająca siebie i swoje ciało, nastawiona pozytywnie do życia, samodzielna, zaradna i bez problemu sobie bez nich poradziłam, choć ich wsparcie zawsze dużo mi dawało i daje. Nie twierdzę, że nie ma rodziców, którzy nie dali tego swoim dzieciom, bo są, ale z naszego pokolenia i z przyszłych pokoleń też wg mnie będą. a to pokolenie dzisiejszych 50-60 latków wcale takie złe nie było, bo mam wielu znajomych, którzy odczucia z domu mają takie same jak ja 😉 może rodzice nie stosowali takich metod jakie dzisiaj są polecane, bo chociażby często mnie chwalili i nagradzali, ale ja to odbierałam jako informację, że robię coś dobrego i motywowało mnie to do tego, żeby starać się jeszcze bardziej. ale nie dla pochwały, tylko dlatego, że jest to coś dobrego. ale byli i są wspaniałymi ludźmi i rodzicami, jak wielu ich równolatków 😉

    • Tak, masz rację, są cudowne wyjątki 🙂 Czy traktować to jak regułę? raczej jako dowód, że można inaczej 🙂

      • Aga

        myślę, że po prostu najlepiej uznać, że w każdym pokoleniu byli, są i będą rodzice dobrzy, źli i dobrzy, ale zagubieni. po prostu nasze pokolenie jest w jakiś sposób medialne, ale wydaje mi się, że podobny odsetek z nas popełni podobne błędy co starsze pokolenia. nie jesteśmy ani gorsi ani lepsi od nich, ale mamy więcej narzędzi do starania się być lepszym i większy ogląd rodzicielstwa na całym świecie, a nie tylko we własnym podwórku. ale jak ktoś nie chce to i to mu nie pomoże, a dla niektórych i to nie będzie potrzebne, tak jak do tej pory nie było 🙂