Ten temat od jakiegoś czasu powraca. Pod każdym dialogiem pojawia się jakiś komentarz, jakaś dyskusja albo o tym, że się chwalę, albo o tym, że łatwo być mamą, jeśli dzieci są tak spokojne, jak moje, albo o tym, że ktoś mi zazdrości. Zawsze mi wpada w oczy ta zazdrość. Bo niby czego tu zazdrościć? Naprawdę – nie masz czego zazdrościć!

 

 

 

Nie urodziłam się matką

 

Nie urodziłam się matką. Mało tego – przez większość życia nie chciałam nią być! Jeszcze 10 lat temu  zarzekałam się, że dzieci to dla mnie kosmos i w żadnym wypadku matką nie zostanę. Dwa lata przed urodzeniem Kosmyka mój stan oporu się podtrzymywał. W ciąży nie czytałam żadnych książek, żadnych poradników, w zasadzie nic mnie interesowało i pojechałam na porodówkę nie robiąc sobie nawet wyrzutów, że nigdy w życiu nie trzymałam na rękach dziecka poniżej trzech lat. Nigdy! Mój syn był pierwszym noworodkiem, niemowlęciem, małym dzieckiem w ogóle, które trzymałam jako pierwsze w życiu przy sobie.

 

Nic nie musisz, wszystko możesz

 

W całym moim półświadomym macierzyństwie kierowałam się tym, co czuję i wzbraniałam się przed każdym „musisz”. Wydaje mi się, że „musisz” miało wpływ na całą moją relację z dzieckiem. Widzisz… możesz sobie mówić, że swoje macierzyństwo opierasz na intuicji, ale, jak wiemy, intuicja to tylko pierwsze podrygi po porodzie do chronienia i karmienia swojego dziecka. Tę intuicję zaburzy ci pierwsze lepsze „musisz” lub „powinnaś”. Dalej ci wydaje, że robisz, to co czujesz. Ale ktoś już tym „musisz” na ciebie wpłynął i nawet możesz sobie nie zdawać sprawy, że tak naprawdę to nie ty decydujesz, tylko osoba narzucająca ci swoją opinię. Tym „musisz”, z którym możesz się zgadzać z poczuciem, że to nie twoja decyzja, lub działać odwrotnie, z poczuciem, że się sprzeciwiasz, a nie robisz to, co chcesz.

 

 

Nie muszę bawić się z dzieckiem, nie muszę mu czytać, nie muszę pilnować każdego jego kroku, nie muszę go ubierać jak z żurnala, nie muszę z nim rozmawiać, nie muszę go uczyć, nic nie muszę. Ale… MOGĘ.

 

I w tym tkwi chyba cały sekret macierzyństwa – co możesz zrobić dla swojego dziecka. Nie musisz – możesz. Jak bardzo chcesz się poświęcić, jak wiele dla niego zrobić, gdzie jest granica, po której mówisz „dość, to nie dla mnie”. I serio, jeśli wklepiesz sobie te słowa do głowy, wiele rzeczy będzie prostszych i też wiele tekstów i książek łatwiej ci będzie zrozumieć. Możesz to zrobić, wcale nie musisz. Twój wybór.

 

 

13882376_1270184946338777_8581396501208357908_n

 

 

 

 

Zawsze masz wybór, ja na początku wybrałam źle

A jeśli jesteśmy przy wyborze – każda z nas go ma. Możemy wybrać stary styl wychowania, możemy go sobie mieszać, możemy wreszcie poddać się nowemu i go stosować. Ja jestem z nowego nurtu. I wcale nie przyszło mi to łatwo.

 

Też kiedyś myślałam, że wszystkie te nowe trendy w wychowaniu to pic na wodę. Chwaliłam synka na potęgę [mimo że nie czułam się z tym dobrze i czułam zgrzyt i się przed tym broniłam, ale często się poddawałam mimo wszystko], wymyślałam jakieś durne kary. Kombinowałam z tresurą i gdzieś przed trzecimi urodzinami synka załapałam, że to, co nas łączy nie jest tym, co było kiedyś. Nie spotykamy się wzrokiem w lot łapiąc, o co nam chodzi. Ja może bym się chciała spotykać, ale Kosmykowy wzrok coraz częściej ucieka, coraz częściej zbacza z drogi do moich oczu. Syn się wycofał, powoli ze mnie rezygnował. Pamiętam, jak kiedyś przedstawiał się: – Ja jestem Kosmyk, a to moja najlepsza przyjaciółka: Mama! Ale już przestał tak mówić. Przestałam być jego przyjaciółką. Ta więź, która nas łączyła, to porozumienie bez słów zniknęło i ktoś był za to odpowiedzialny.

 

 

JA.

 

 

Zaczęłam go tracić, ale nie zaczęłam się poddawać. Obserwowałam. Pochwały wprawiały go albo w zakłopotanie, albo dawały mu do zrozumienia, że swoje zrobił i więcej nie musi. Kary doprowadzały do histerii i szybko z nich zrezygnowałam. No ok. Ale czy naprawdę tych kar nie było? W pewnym momencie zorientowałam się, że mój syn podchodzi do mnie po każdej czynności i się upewnia czy dobrze, czy ładnie, czy na pewno wszystko w ok. Domagał się pochwały, jeszcze jednej, jeszcze jednej. To się stało błędnym kołem, to się stało nie do zniesienia, bo ja wtedy już naprawdę nie mogłam nic zrobić. Stałam nad synem i mówiłam, że każda kreska na kartce jest piękna, choć nie była. Ja za to pięknie podkopałam pewność siebie syna – wszystko, co zrobił, musiało zostać przez kogoś zaakceptowane. Jeśli nie było – porażka. Syn nie potrafił sam sobie przyznać, że coś mu wyszło. Musiał dostać potwierdzenie, jeśli nie dostał, traktował to jako karę. Tak – brak pochwał to też kara. Obłęd.

Idzie zmiana

 

 

Pewnego dnia poprosiłam go o przyniesienie z pokoju jakiejś książki. Zrobił to chętnie i wrócił ze wzrokiem czekającym na pochwałę. Patrzyłam się w te oczy, poddane i wierne, jak u psa prawie…  i już miałam powiedzieć „ojej, jak pięknie”, gdy nagle na usta wcisnęło mi się: Dziękuję, Kosmyku, jesteś bardzo pomocny i jak szybko mi tę książkę przyniosłeś!”. W życiu nie widziałam większej radości w jego oczach. Żadne „pięknie” i „super” tego mu nigdy nie dało. Tak się ucieszył z tego, że potrafi szybko przynieść książkę, że przyniósł mi jeszcze kolejną, i kolejną, i jeszcze kilka podkładek ze stołu, i jeszcze, na koniec – krzesełko i dwie patelnie. Gdy już z tymi patelniami stał zmachany w pokoju, powiedziałam „Noooo! Widzę, że potrafisz szybko przynosić rzeczy. Czy potrafisz je też szybko odnieść na miejsce?”. I odniósł. Za co również mu podziękowałam. Ani razu nie powiedziałam „super”. Po prostu powiedziałam „dziękuję”, a syn zajął się układaniem klocków. Po raz pierwszy od dawna nie pytał się, czy ładnie układa.

 

Moja droga

 

Zaczęłam czytać i wgłębiać się w temat. Ok, pochwały to nasze życie, które znamy. Kary też. Dziedziczymy oprócz genów całą masę zachowań naszych rodziców wobec nas i choćbyśmy zarzekali się, że z naszymi dziećmi będziemy postępować inaczej – tego, co zakorzenione, nie da się wyplenić tak łatwo. Plus, jeśli nad tym myślimy i staramy się zwalczyć. Gorzej, jeśli podchodzimy do tego bezrefleksyjnie. Zaczęłam testować różne rady z książek, nie mając do końca wiedzy, czy związane one są z jakimś konkretnym nurtem. Ot, chciałam zawalczyć o więź z moim dzieckiem inaczej niż „musisz kochać mamusię i rozmawiać z nią przy obiedzie”. Wiedziałam już, że nie chcę „musisz”. Wiedziałam, że chcę „możesz”.

 

 

 

 

Jak zrozumieć dziecko?

 

I wiesz? W całej tej drodze najtrudniejsze nie było wcale zrozumienie dziecka. Matki do mnie piszą z pytaniami, co zrobić, żeby zrozumieć dziecko. Jak mnie wkurzają takie pytania – przecież dziecko to nie istota z innej planety! To taka sama osoba, jak my, nawet łatwiejsza, bo mniej zaawansowana. Czemu mamy z nią takie problemy? Bo my sami nie jesteśmy aż tak zaawansowani, jak nam się wydaje. W procesie wychowawczym wielu z nas pominięto wzbogacanie kolejnych skilli. Mieliśmy się dobrze zachowywać, nie płakać, nie dyskutować, wychowywano nas na małe robociki. I te małe robociki stały się ludźmi, rodzicami. Z otwartą buzią i zdumieniem w oczach obserwującymi, że ktoś może tak bezrefleksyjnie szafować rozpaczą, złością, smutkiem, radością, szczęściem. Nie mów, że nie. Nie mów, że nigdy nie usłyszałaś, że powinnaś się trochę ciszej cieszyć. I cały problem z byciem rodzicem mieści się w zdaniu:

 

 

Żeby zrozumieć dziecko, musisz zrozumieć siebie

 

Przeszłam długą drogę. Długą drogę, w której tak naprawdę nie starałam się zrozumieć dziecka, ale siebie. Swoje granice, swoje motywacje, swoje słabe strony, swoje błędy. Wróciłam do najczarniejszych chwil dzieciństwa i przepracowałam doznane krzywdy, przypomniałam sobie radości. Pogodziłam się z tym, co było. Było minęło, ja startuję od nowa. To nie była łatwa praca. Bardzo ciężko jest stanąć wobec swoich słabości, pobudek, złych nawyków. Ale dzięki temu potrafiłam wczuć się w moje dziecko. Pogodzić się z tym, że jest, jakie jest. Hałaśliwe, krzyczące, niesłuchające za pierwszym razem, rozbiegane, nie potrafiące usiedzieć na miejscu. Przestałam z nim walczyć. Ono takie jest. Jedyne, co mogę zrobić, to pomóc mu sobie z tym radzić.

 

12932705_1164485800242026_1921185267928755814_n-1

 

 

 

Nie musisz mi zazdrościć

 

Piszesz mi, że zazdrościsz mi relacji z synem. Że fajnie, że super, że omajgad, jak ty zrobiłaś. Często widzę, że te słowa piszą osoby, które z takim zwątpieniem komentowały pod tekstami o karach, o pochwałach [tu i tu, polecam też tekst „Cztery typy zdań…”], o płaczu, o tym, że dziecko zachowuje najlepiej jak potrafi. Rozumiem te osoby. Mimo absurdu – „hej, napisałam kilkanaście tekstów o tym, jak wychować dziecko, żeby podtrzymać z nim więź i co zrobić, żeby wykształcić w nim empatię, wszystkie wyśmiałaś, a teraz zazdrościsz?”, to trochę rozumiem tych rodziców. Wiem, co czują – pewnie to samo, co czułam ja, kiedy pierwszy raz przeczytałam o tym, by ograniczyć słowo „nie” w kierunku dzieci. Uczucie absurdu, bo przecież inaczej nas wychowywano.

 

 

 

Moje dzieci są najnormalniejszymi w świecie chłopcami, z którymi po prostu łatwiej mi się przechodzi przez wszystkie traumy wieku dziecięcego, bo… nie neguję ich uczuć, wzmacniam ich pewność siebie, pozwalam im wyrażać emocje, pomagam im je nazwać i jeśli nie koliduje to z moimi planami lub konstrukcją domu – mogą robić tak naprawdę to, na co mają ochotę przy uwzględnieniu moich i ich ojca granic. Nie mam aniołów w domu i to nie o to chodzi, że mój sposób wychowania sprawi, że dzieci będą stały posłusznie i czekały aż im coś rozkażę. To nie jest i nigdy nie będzie moim celem.

 

 

Cały trik polega na więzi – tej więzi, która nie każe dzwonić do matki z uprzejmości. Tej więzi, która sprawia, że chce się z tą matką rozmawiać, a matka nie prawi banialuków i nie traktuje cię z góry [o 17 beznadziejnych tekstach rodziców chyba niedługo napiszę]. Chodzi o to, żeby dziecko miało w rodzicach oparcie i narzędzia, dzięki którym łatwiej przejdzie przez życie. To może brzmieć absurdalne, ale wszystkie metody, które wydają nam się słuszne, bo „tak się wychowuje dzieci”  prowadzą do tego, by więź tę zerwać, by nie pozwolić dziecku stać się jednostką w pełni za siebie odpowiedzialną i silną, by stworzyć taki toksyczny trochę krąg uzależnienia od opinii rodzica bez poczucia jakiegokolwiek zaufania i zrozumienia od niego.

 

 

14344228_1318941581463113_5788180451305481667_n

 

 

 

Ale zastanawia mnie jedno – jeśli rodzic widzi, że jego więź z dzieckiem zanika, że tak naprawdę żyją w hierarchii, w której on o wszystkim decyduje, a dziecko już ma wbite w głowę, że rodzic go nie wysłucha, jeśli widzi, że coś nie gra, że nie umie się z dzieckiem dogadać, dziecko ma zdanie rodzica w nosie, że totalnie go nie rozumie, że coś w ich relacji zgrzyta, to czemu z góry skazuje wszystkie inne metody i podążą tą samą drogą? Czemu nie chce naprawić relacji i ciężko mu dojść do wniosku, że jeśli dotychczasowe metody doprowadziły do tego stanu, to może coś robi nie tak? Czemu wyśmiewa i z góry neguje wszystko to, co u wielu rodziców się sprawdza, tylko dlatego, że on nie był w taki sposób wychowany? I czemu zazdrości, skoro w każdej chwili może spróbować iść inną drogą? Może. Nie musi.

 

 

 

 

Ale jak nie musisz, to czego zazdrościsz?

 

Piszecie mi „ale ci zazdroszczę takiego synka”. A czemu mi zazdrościsz dziecka? Nie masz swojego? Masz, tylko nie wiem, czemu, porównujesz je do mojego. Twoje jest wyjątkowe, wspaniałe, cudne i na pewno mądre. Moje nie jest ani gorsze, ani lepsze od twojego. Ma taką samą, zapewne, ilość wad i zalet, tylko z jakiegoś powodu, nie potrafisz ich dostrzec. A może nie chcesz?  A może nauczono cię, że z dzieckiem się walczy, bije, tłucze, żeby wyplenić wszystkie jego nawyki, zamiast spojrzeć się realnie na jego atuty i pogodzić z tym, czego nie zmienisz? Z moim dzieckiem wypracowałam  sobie taką więź, jaką widzicie i starałam się go prowadzić tak, a nie inaczej. To nie do końca zasługa moich genów. To efekt pracy, którą wykonałam i która nie spadła mi z nieba. To efekt wielu przepłakanych nocy, wielu awantur i kończenia tego, co przez lata niszczyło mnie wewnętrznie. To efekt wielu godzin rozmów z synem, wielu godzin czytania, wielu godzin z dzieckiem tłuczącym się po podłodze, bo nie było pewne, czy znów go za to nie skrzyczę, nie było pewne, czy uzyska ode mnie pomoc. Teraz już to wie. To efekt mojej pracy, żeby wreszcie zacząć siebie doceniać – tak, jestem matką, robię ogromną pracę, żeby wychować moje dzieci i liczę, że zaczniesz to szanować. To efekt mojej pracy, żeby moje dziecko wreszcie zaczęło doceniać siebie i na swoich odczuciach polegać. Tu naprawdę nie ma czego zazdrościć. Fajne dzieci i fajne matki nie biorą się z powietrza. Serio. Trzeba się zwyczajnie wziąć do pracy. A jeśli ci się nie chce, bo wybrałaś inaczej? Twój wybór. Zawsze możesz to zmienić. Lub nie.

 

 

 

Z moim to nie wyjdzie

 

Przykro mi kiedy to czytam pod jakimś tekstem o zachowaniu lub moim sposobie na wychowanie dziecka. Przykro mi, bo co to znaczy – że twoje dziecko nie jest człowiekiem? Że nie zasługuje na wybór, nie zasługuje na szacunek? Nie warto się dla niego starać? Nie warto dbać, by wyszedł z domu z bagażem przydatnych narzędzi? Że co, że raz mu nie dałaś kary i myślałaś, że jego zachowanie zmieni się w minutę, a się nie zmieniło? Że obrazi się, kiedy mu podziękujesz zamiast chwalić? Czytam wszystkie maile, jakie przychodzą mi na skrzynkę i widzę, że sporo rodziców myśli, że jak zmieni się „tylko trochę”, to będzie dobrze. A to nie chodzi o to, żebyś się trochę zmieniła.

 

Tu nie chodzi o jedno „super”, o jedną karę mniej  czy pozwolenie dziecku na malowanie po ścianie. Tu chodzi o zmianę całej filozofii życiowej, o przejście ze spoglądania na dziecko jak na maszynkę do wykonywania poleceń i dawania radości hodowaną, by na starość szklankę wody przynieść, na spoglądanie na dziecko jako na całkiem odrębną, zasługującą na szacunek istotę. To wielkie zmiany. Wiem, że trudno ich dokonać i trudno się ze sobą rozliczyć. Ale nie ma czego zazdrościć. Może to nie rewolucja, jak głosi tytuł pewnej książki, ale przewiduję, że dla naszych wnuków wszystko to już będzie normą.

 

Więc głowa do góry. Żeby zmienić swoje dziecko, musisz najpierw zmienić siebie. My wszyscy trochę musimy. Bo wbrew pozorom, to „cudowne” wychowanie naszych rodziców, dziadków i pradziadków, zostawiło w nas dość silne ślady. Wciąż jesteśmy czymś urażeni, wciąż jacyś tacy nieusatysfakcjonowani, wciąż jacyś tacy niepewni, umniejszający swoje zasługi lub węszący we wszystkim personalny przytyk. To są nasze standardy. Czy chcemy ich dla naszych dzieci? Ja nie chcę. Ty zrobisz, co chcesz.