Kwestia wyszła dzisiaj, przy sprzątaniu pokoju Kosmyka. Przedarłam się właśnie przez stertę ubranek i udało mi się ją okiełznać, kiedy to nagle stwierdziłam, że to wcale nie ubranka były moim problemem. Po ich ogarnięciu pokój w dalszym ciągu zawalony był stertą niepotrzebnego, zepsutego po jednym razie, pałętającego się pod nogami, zdekompletowanego… badziewia.  I to badziewia, do którego kupna wcale nie przyłożyłam ręki.

 

Coś w nas zostało z tych czasów PRL-u, coś nie do końca dobrego, jakaś taka chęć chomikowania, bo przecież w każdej chwili może wszystkiego zabraknąć. Popsute samochodziki kiedyś się naprawią, porcelanowe figurki tak pięknie wyglądają w ołtarzyku na komodzie, książek, takich jak kiedyś, nikt już nie wydaje. Na szczęście. Ale zostawmy to, dzielmy się tym, żeby wczoraj zastąpiło nam jutro, żeby korytarz zawalony był przeszłością, podłoga starymi figurkami, żeby naddarta książeczka, nadająca się w najlepszym przypadku do muzeum, łączyła nas z czymś, do czego i tak większość z nas wracać nie chce. Albo czego nie zna. I nie pozna.

 

Zalała mnie fala pierdół. Popierdółek. Których nie znoszę, nie trawię, mam wystarczającą ich ilość w domu, żeby nie zachwycać się kolejną antyczną książeczką/bluzeczką/czapeczką/pluszakiem po wujku/cioci/koleżance. Wszystko, co stare, zdekompletowane, podarowane z odzysku i kompletnie nieprzydatne, wyrzucam, ale przychodzą nowe. Jeszcze bardziej badziewne. Plastikowe, psujące się po pierwszym dotknięciu, mało oryginalne, brzydkie.

 

No brzydkie. Brzydota to nasza domena narodowa. My ją chyba w Polsce bardzo lubimy, a w każdym razie nie chcemy się od niej odzwyczaić. Ubrania prasujemy na kant, żeby wyglądać ładnie, ale robimy to w pokoju z jeleniem na fototapecie i figurkami z gipsu. Dzieci są naszymi śmietnikami,  którym można wepchnąć wszystko, na czym normalny człowiek nie zawiesiłby oka i to one są spadkobiercami tego naszego umiłowania brzydoty. Paskudnie zilustrowane książeczki, koszmarne piosenki, obrzydliwe plastikowe gówienka z kosza za złotówkę.

 

Staram się przed tym bronić Kosmyka. Od początku wychodzę z założenia, że mniej znaczy lepiej. Lepsza jakość niż ilość. Wolę mieć jedno opakowanie porządnych Lego niż piętnaście tysięcy partackich klocków z kiosku. Wolę mieć jeden ładny obrazek, niż ścianę zawaloną plakatami z pisma za złotówkę. Wolę mieć zapełnioną jedną półkę pięknymi i fantastycznie zilustrowanymi książeczkami, niż regał śmieciowych tworów robionych przez partaczy. Dla partaczy. Tym bardziej, że moje dziecko nie potrzebuje tysięcy zabawek. Ma las, ma jezioro, ma kaczki, łabędzie, rower, kajak, łódkę, ma wreszcie rodziców, którzy mogą go zabrać na plac zabaw, na basen, wszędzie, gdzie ich oczy poniosą.

 

Chcę, żeby Kosmyk zdawał sobie sprawę, że różowy blok z zielonymi wstawkami nie jest wyjątkowym obiektem, że kolorowanka z obrazkami z clip arta może służyć jedynie do przemalowania, podarcia lub pocięcia, że książeczka, upierniczona infantylnymi obrazkami i jaskrawa aż boli, niekoniecznie jest godna uwagi, że te rymy [ach te rymy!] wcale nie tylko są pisane przez durni dla durni, ale że te rymy nie mają nic wspólnego z literaturą. Może jedynie kiedyś obok takiej stały [wpis o tym, że serwujemy dzieciom popelinę w postaci durnowierszyków też się szykuje].  Chcę, żeby widział piękno, żeby się z nim oswajał, żeby potrafił rozpoznać sztukę – pisaną, graną, ilustrowaną, malowaną. Nie chcę, żeby opętał go infantylizm, brak wyczucia i zbędny zachwyt nad czymś, co na zachwyt nie zasługuje – dlatego staram się go otaczać pięknymi przedmiotami i pracuję nad tym od początku, od chwili narodzin. I wszystko to robię z konsekwencją i premedytacją… dopóki ktoś mi w tym nie przeszkodzi i nie obdaruje niepotrzebnym i brzydkim gadżetem.

 

Jest tyle pięknych sklepów w sieci, z prześlicznymi, gustownymi rzeczami [płaczę z tęsknoty, gdy zerkam tutajtutaj i tutaj]. Na nieszczęście w większości rzeczy tam dostępne możliwe są do kupienia wyłącznie przez internet. I sami jesteśmy temu winni, bo w dalszym ciągu przebieramy kosze za złotówkę, kupujemy koszulki z dalmatyńczykami i jaramy się plastikowym szitem, zamiast wejść do internetu i kupić coś, czym z czystym sumieniem będzie można obdarować dziecko.

 

Oswajamy nasze dzieci z brzydotą, wtłaczamy im do głów, że piękno jest zbyteczne, zbyt drogie, zbyt awangardowe.  Klniemy na miasta zawalone plakatami, bilboardami, zamazane sprayem, ale zabawki z kiosku darujemy w prezencie z miną wielkiego błogosławieństwa i nie zastanawiamy się, czy ta zabawka w ogóle jest dziecku potrzebna, czy jest ładna, czy przyniesie jakikolwiek pożytek.

 

Nie przyniesie. Dziecko nauczone brzydoty, które tę brzydotę przyswoiło od najmłodszych lat, brzydotę będzie tworzyć w przyszłości. Nie będzie mu ona przeszkadzać. Mało tego, być może to dziecko samo zamaluje sprayem kolejny posąg, przyklei kolejny plakat i postawi następny seledynowy blok z różowymi wstawkami. Lub stworzy kolejną paskudną książkę z obrazkami.

 

O moja sterto kolorowanek i książeczek za grosze podarowana w pijackim widzie, bo nie chce mi się wierzyć, że ktoś serio uznał je za odpowiednie dla kształtującego się gustu dziecka. O, wszystkie moje resztki po czyichś dzieciach, obszarpane, stare, brudne, pamiątki sprzed 20 lat, które pamiątkami powinny być gdzieś indziej, nie u mnie. Tak – gust dziecka kształtuje się od najmłodszych lat i to od nas, od rzeczy, którymi go otaczamy, będzie zależało między innymi, czy nasz syn lub córka będzie zachwycać się „Modą na sukces” czy „Idą”.

 

Apeluję – jeśli czujesz potrzebę obdarowania czymś dziecka, przywiezienia mu jakiegoś upominku, zastanów się co chcesz mu dać. Bo jeśli kolejny badziew – daj sobie spokój. Serio. Albo chcesz się wysilić i kupić coś naprawdę pięknego, albo kup coś pożytecznego, co się zawsze przydaje [kredki, blok, mazaki, plastelinę], albo nie kupuj ostatecznie nic [przecież za brak prezentu obrazi się tylko idiota] lub co najwyżej czekoladę. Najwyżej sam ją zjesz do kawy, jeśli dziecko jest za małe na taką ilość cukru.

 

Ale nie kupuj dziecku pierdółek!

 

Matka zazwyczaj wie, kiedy może pozwolić swojemu maluchowi na drobne szaleństwo w automacie za złotówkę. Zapewne też wie, co potem z tym szitem zrobić. Czy zachować, czy wyrzucić. Ale to matka o tym decyduje. Matka wie, czy ma miejsce na pierdoły i czy chce się potem z nimi szarpać, naprawiać, usuwać z drogi. Matka, ojciec, ale nie ktoś tam, kto bywa u ciebie raz na ruski rok.

 

Z rzeczami kupionymi przez siebie samego nie ma tego problemu, z prezentami jest gorzej. Sama zostałam kilka razy przyłapana na gorącym uczynku – a gdzie jest ten twój pluszowy, różowy słoń, którego ci przywiozłam miesiąc temu? W koszu. W koszu, kurde, bo nawet koty nie chciały tego obrzydlistwa zasikać.  I na co mi słoń? Jeśli wkoło mojego domu jak nimfy krążą łabędzie? Nie można było kupić Kosmykowi kredek, mazaków czy chociażby deseru czekoladowego? Większy byłby z tego pożytek. I radości.