Po tekście o BLW dostałam masę pozytywnych komentarzy, ale i sporo maili ze szczerymi wątpliwościami:  „A co jeśli je za mało?  „Skąd mam wiedzieć, że zje tyle, ile potrzebuje?”. „Skąd mam wiedzieć, że nie będzie głodne?”. I najlepsze „Skąd mam wiedzieć, że zje tyle, ile musi?”. Cierpliwie na te wątpliwości odpowiadałam, ale po kilku dniach chorowania znów mam w skrzynce kilka pytań, postanowiłam więc zbiorczo odpisać, co następuje:

 

Jeśli martwisz się, czy twoje dziecko zje wystarczająco dużo, jeśli martwisz się, że je niewystarczająco dużo, jeśli twierdzisz, że je mało, jeśli nie śpisz po nocach, że nic w ogóle nie je, błagam, usiądź i zastanów się, czy ktokolwiek kiedykolwiek umarł nad miską zupy?

 

Zastanawia mnie ten pęd na to, żeby dziecko zjadło nie tyle, ile potrzebuje, a tyle ile myśli rodzic, że dziecko potrzebuje? Skąd ta niewiara w możliwości dziecka? Przecież matka króliczyca w naszej klatce, gdy po sześciu tygodniach odstawiała swoje młode od piersi [odstawiała wstawcie sobie w cudzysłów, bo młode same się odstawiały] nie biegała za swoją szóstką szkrabów i nie wsadzała im w pyszczek pokarmu, bo „może same zjadły za mało”. A przecież króliczki mają trochę mniejsze móżdżki niż niemowlaki, a co dopiero my – dorośli.

 

Mówisz, że twoje dziecko nie chce jeść niczego, a ja powiem, że nie wierzę, bo gdyby nic w ogóle nie jadło, to by pewnie umarło. Mówisz, że je, bo mu wciskasz na siłę. A ja się spytam, skąd wiesz, jak dużo jedzenia mu wcisnąć i ile potrzebuje jego ciało? A co jeśli wciskasz mu za dużo, dzięki czemu bardzo wyrafinowanie zwyczajnie znęcasz się nad dzieckiem?

 

 

Zmuszanie dziecka do jedzenia jest przemocą i jedną z przyczyn trudności emocjonalnych w przyszłości. Czy będzie ono przybierało formę szantażu emocjonalnego (wspomniane w pytaniu „za babcię, za dziadka”), czy straszenia („zjedz, bo nie pojedziemy do zoo”), czy też ciągłego przypominania dziecku, że musi jeść („jeszcze troszkę, talerz musi być pusty”), nic nie usprawiedliwia takich zachowań. Zmuszanie do jedzenia może powodować powstanie nieprzyjemnych skojarzeń związanych z jedzeniem, czego następstwem może być wstręt do jedzenia, a stąd już tylko krok do zaburzeń jedzenia. [źródło]

 

 

Granice łatwo przeskoczyć, jeśli zamiast dziecku w oczy, patrzysz się tabelki z wynikami i starasz się swoje potomstwo wyśrodkować do średniej. Bo Zosia sąsiadki je więcej/mniej, bo babcia jęczy, że za mało zupy, bo nie zjadło całej miski, bo zostawiło mięsko, bo nawet warzyw nie tknęło, bo w telewizji mówili, że trzeba jeść dużo brokułów. W pewnym momencie wpadamy w paranoję i dostajemy istnej schizy na punkcie posiłków naszego dziecka, zamartwiamy się, próbujemy, wpychamy na siłę, nie wierzymy, gdy mówi, że już, że starczy. Zamiast usiąść i zwyczajnie pomyśleć, że ty też nie jesz tyle, co sąsiadka, a już tyle co twoja siostra to na pewno nie. Czasem też masz apetyt, a czasem nie. Nigdy nie jesz tyle samo, pod miarkę. A byłaś w stanie przez 9 miesięcy donosić ciążę i te dzieścia lat przeżyć, prawda?

 

Nie myśl, że się wywyższam, ja też  przez to przeszłam. Kosmyk, zwykle samodzielnie jedzący wpadł w sidła tak zwanego konformizmu. Czyli karmienia przez babcię, która z dobroci serca, starając się dziecku dogodzić w każdym aspekcie życia, raz, drugi, trzeci pozwoliła na jedzenie na kolankach, potem uległa na „pokarmisz mnie babciu”, a potem z miłości ustępowała w kolejnych widziwianiach dziecka, które zobaczyło, że jego nasionka padają na podatny rozkochany w grunt. A jeśli babcia ustępowała, to za jeszcze jedną łyżeczkę, jeszcze jeden kotlecik, jeszcze trochę, bo malutko zjadłeś, prawie wcale…  Dużo w tym mojej winy, że nie powiedziałam w odpowiednim momencie „stop”, że z konformizmu, z własnej ulgi, nie wkroczyłam w odpowiednim momencie, bo…

 

Dziecko przestało jeść. Nic, zupełnie. Dopóki mieszkaliśmy u babci, miałam pewność, że coś jednak na obiad pochłonie, że babcia jakoś go tam przekona, zmusi [właśnie – zmusi!], a że ja nie miałam cierpliwości do „karmienia”, to po przeprowadzce moje dziecko jadło praktycznie nic. Dwa dni na kromce chleba. Byłoby trzy, ale nadszedł obiad u babci, zagadanie przy jedzeniu, a potem znów nic. Tydzień, dwa, trzy. Czy naprawdę nic? W ciągu dość długiego okresu „niejedzenia”, kiedy w trosce o zdrowie dziecka zrezygnowałam całkowicie z kupowania słodyczy, bacznie obserwowałam to, co w tak zwanym międzyczasie spożywa moje dziecko, a na podłodze i gdzieś tam po kątach znalazłam: nadgryzione do połowy jabłka, skórki od chleba, otwarty słoik po musli. Więc nie tak, że nic zupełnie nie jadł. Zrezygnował po prostu z tych posiłków, podczas których był zmuszany,  niejako „oszukiwany”, zagadywany, a radził sobie samemu. Coraz częściej prosił o jakieś smakołyki, starannie omijając pory standardowego obiadu czy kolacji. Na przekór. Żeby nie było, że się dał omotać. Trochę jajecznicy skubnął przed kolacją.

 

 

 

Wszystko zależy od wpychania

Wpychamy w dzieci jedzenie. Pasiemy je. Nie patrzymy, czy chcą, czy nie chcą. Mamy swoje miareczki i do nich staramy się nasze dzieci dostosować, z durną nadzieją, że w przyszłości, z wtorku na poniedziałek zaczną decydować same. Nie zaczną. Do końca życia mogą mieć potem problemy z określeniem, czy jedzą dużo, czy za mało, borykając się z coraz bardziej [no właśnie] powszechnymi zaburzeniami odżywiania. A my je pasiemy. Kaszką, kleikiem, do piątego roku życia [i nie żartuję, bo na własne oczy widziałam pięciolatki pałaszujące zblendowane jedzenie], bo nic innego nie jedzą, bo nie chcą już zupy z kawałkami, więc mamusia zblendowała, jak przestaną chcieć zblendowaną, to mamusia sondą do brzuszka zacznie wlewać, na wlewki do szkoły w czasie obiadu przyjeżdżać. Ludzie!

Jedzenie niemowlaka. Rozszerzanie diety. Tu mnie szlag trafia, bo na potrzeby tego tekstu kupiłam pięć słoiczków dla niemowląt w wieku 9 miesięcy i odpuściłam gotowanie na rzecz tychże słoiczków. Że niby tyle porządny niemowlak powinien zjeść, odpowiednia dawka, te sprawy. Bzdura. Adaś nie zjadał nawet połowy tego słoiczka, którego resztę usiłowałam mu wcisnąć nie tyle łyżeczką, co już ma talerzyk kładłam – rozbabrał palcami, nawet nie liznął. Moje dziecko karmione do tej pory nieprzymusowo, nie zjadło do końca ani jednego słoiczka, z trzech zjadło na bank połowę! Dwa z nich „skończyły” się po jednej trzeciej. A jest  na 80 centylu, bardzo wysoko, rozwija się prawidłowo, jest radosny, bystry, pięknie śpi i tylko dwa dni ryczał, bo miał dość głupiej matki robiącej na nim eksperymenty [ostatnie dwa słoiczki]. I ja się pytam – co ma czuć matka, która myśli, że ten słoiczek to taka norma, że dziecko musi dokładnie tyle zjeść, a jak nie zje, to nie dostanie „odpowiedniej porcji witamin i minerałów” i pewnie umrze? No co? Kociokwik totalny, współczuję, bo pewnie nie jedna, nie dwie sobie włosy z głowy wyrywa, jeśli maluch najadł się przed „denkiem”.

 

 

 

Kto winien? 

Ktoś jest. Ktoś przez ostatnie lata wmówił matkom, że one nie mają pojęcia, że są głupie, że lekarze, psychologowie, położone, specjaliści od słoiczków  to kopalnia wiedzy. Straciłyśmy swój instynkt i ślepo idziemy za za kazaniem z ambony, kompletnie nie ufając temu, co nam serce i rozum mówi. Wy mi tu powiecie, że to śmieszne? Nie, kochane. Tragiczne. To, co z żywieniem naszych dzieci zrobili lekarze i specjaliści z bożej łaski, woła o pomstę do nieba. Jestem wściekła, gdy czytam kolejne wynurzenia mamy, że ona nie wie,  ile jej czterolatek powinien zjeść, a je malutko: śniadanie kanapka, potem na obiad zupa i drugie, a potem kolacja. I nic więcej, kurde, ludzie, nic więcej! A mój syn bywa, że cały dzień na suchej pajdzie chleba przeżyje. I nie, nie jest jeszcze „niejadkiem”.

 

 

Coś się z nami stało, coś niedobrego. Podkopano naszą wiedzę, nasz umysł, ktoś nam namieszał w głowie, że zamiast na nasze dzieci patrzymy się na słupki, na wykresy, martwimy się, czy za duże, czy za małe, nie śpimy, wertujemy kolejne fora, czasopisma książki, zamiast spojrzeć się w roześmiane oczy naszego dziecka i stwierdzić, że wszystko jest ok. Naprawdę, wszystko jest ok.

 

Chcecie to sprawdzić? Zróbmy eksperyment!

 

Jakiś czas po premierze natknęłam się na książkę Carlosa Gonzalesa „Moje dziecko nie chce jeść”. Zaintrygowana, oczywiście przeczytałam całą i postanowiłam dokończyć eksperyment, który autor zaleca przeprowadzić, a który ja nieświadomie zaczęłam.

 

 

Eksperyment Carlosa Gonzalesa

Jeśli wciąż i wciąż dokarmiasz swoje dziecko i wygląda na to, że ono nigdy nie przestanie zaciskać buzi przed każdym kęsem, więc może, jeśli nie potrafisz zmienić podejścia twojego dziecka do jedzenia, warto zmienić swoje podejście do dziecka? Może faktycznie po prostu – odpuścić? Powiedzieć: Hej, córko/synku, to ja, twoja matka, tyle lat zmuszałam cię do jedzenia, źle robiłam, przepraszam. Od dzisiaj – proszę! Ty decydujesz o tym, czy chcesz zjeść i kiedy przestajesz być głodny/głodna. I to stosować. I obserwować. Niech je tyle, ile chce. Przez tydzień. Przez tydzień nie wmuszaj, nie namawiaj, nie jęcz, nie stój, nie strasz, nie stawiaj warunków. Przez tydzień nikt jeszcze nie umarł z głodu, ale jeśli po tygodniu twoje dziecko nie schudnie nawet kilograma, to może to całe wmuszanie nie ma sensu, a wszystkie twoje nerwy szły na marne, bo dziecko bez wmuszania coś jednak je? Coś, co mu absolutnie wystarcza?

Eksperyment Gonzalesa właśnie tak wygląda:

 

  1. Zważ dziecko.
  2. Nie zmuszaj go do jedzenia.
  3. Zważ ponownie po tygodniu.
  4. Jeśli dziecko nie schudło kilograma, wróć do punktu 2.
  5. Jeśli schudło kilogram – koniec eksperymentu. Rób co chcesz*.

 

 

 

Ten eksperyment przeprowadziłam na swoim dziecku, jednocześnie dalej dbając, by zamiast cukierków i czekoladek w domu były zdrowe przekąski, nasze ulubione musli i ewentualnie biszkopciki. I wiecie co? Moje dziecko, wychuchane przez prababcię, że takie chude, takie niejedzące, takie biedne, takie chorutkie, nie dość, że przytyło pół kilograma [nie jedząc w ogóle obiadów, na śniadanie zjadając kromkę chleba bez niczego, sławne musli, o którym pisałam tutaj, czasem było jedynym „oficjalnym” posiłkiem!], to jeszcze po dwóch tygodniach okazało się, że wyrósł mi ze wszystkich spodni.

 

Kochani rodzice – serio, mamy paranoję.

 

Naprawdę, nikt jeszcze nie umarł z głodu nad miską zupy.

 

 

*wizyta u lekarza byłaby wskazana, bo chudnięcie może oznaczać chorobę lub pasożyty.

 

 

Jeśli spodobał ci się tekst, podziel się nim ze znajomymi i daj mi znać – będę wdzięczna!

 

 

  • Agata

    To prawda! Ja nigdy nie zmuszałam swojego syna do jedzenia. Teraz zjada dosłownie wszystko. A od słodyczy woli mięso! Uwielbia też wszystkie owoce! Pije tylko wodę.

  • To ja napiszę z perspektywy ex-niejadka. Jedzenie to była największa trauma mojego dzieciństwa. To stałe napięcie, które czułam wokół siebie. Chciałam spełnić oczekiwania mamy i babć, ale napięcie było tak duże, że na myśl o jedzeniu zaciskał mi się żołądek. Pora jedzenia to był jeden wielki stres i lament – mój i karmiącej (mamy/babci). Babcia ze łzami w oczach, mama z pasem… A czemu tak? Bo rzekomo miałam umrzeć z głodu, nabawić się anemii, rozchorować. Co potwierdzały wszystkie koleżanki mamy i ciocie (jaka ona chudziutka, jaka bladziutka, weź jej zrób badania bo dzieciak wygląda na chorego).

    Teraz od mamy mojego R. słyszę, jak to jego brat w dzieciństwie zagłodziłby się na śmierć, bo tylko chciał się bawić, a nic by nie jadł i tylko jej interwencja ratowała dziecko od śmierci głodowej (serio!).

    Dlatego, myślę, że to przekarmianie pojawiło się wcześniej i jest kultywowane do dziś. To ma korzenie gdzieś głębiej, a teraz jest sprytnie wykorzystywane przez producentów jedzenia, suplementów, syropków na apetyt. I ten lęk wydaje się tym bardziej irracjonalny, że co raz więcej jest dzieci otyłych.

    A tak na marginesie, często widzę moje koleżanki, ubolewające (przy dziecku!), że ich dziecko niejadek na pewno nie zje nic na obiad i wpychające np. 4-latkowi ogromną nektarynkę na 5 min. przed obiadem…którego ono rzeczywiście nie zjada.
    Kiedy pytam o co tu chodzi, koleżanka odpowiada, że on na obiad i tak by nic nie zjadł, więc już chociaż ta nektarynka… Albo koleżanka z pracy pokazująca swojemu niejadkowi filmy o raku, jako ostrzeżenie przed niejedzeniem…
    Przykro na to patrzeć, bo i dla dzieci i dla matek/babć, to strasznie stresująca sytuacja i wszyscy się męczą…

    • Dzięki za ten komentarz, świetnie uzupełnia tekst, pokazując autentyczną drugą stronę… Z tą nektarynką to padłam…

      • Ola Niemirska

        Z tymi przedszkolankami mogę powiedzieć z własnego doświadczenia – drugim pytaniem po „A jak dziś się zachowywał A.?”, jest „A obiadek zjadł?”. Rodzice wytwarzają przerażającą presję na jedzenie. A miałam w grupie dzieci, które przez cały dzień zjadały kromkę chleba. I jakoś przeżyły rok szkolny, żadne z nich nie było niedożywione. Ich niechęć do jedzenia wynikała z różnych rzeczy, ale NIGDY karmienie na siłę nie dawało rezultatu. Dlatego, wspominając moje dzieciństwo (też wmuszano mi jedzenie) i złotą myśl mojego dziadka „Jeszcze nikt z głodu nie umarł”, daje swoim przedszkolakom wybór 🙂

    • Iza Sawicka

      Byłam przekarmiana…
      Też mi się wydaje, że przekarmianie jest o wiele starsze niż „teraz”. Sądząc po historii mojej rodziny, oczywiście wplątanej w historię ogólną, lęk przed brakiem jedzenia i głodem był zrozumiałym motywatorem dokarmiania.
      Ja, teraz 40 letnia i z pedagogicznym doświadczeniem, widzę, że byłam niejadkiem. Z dzieciństwa pamiętam straszliwy lęk przed odwiedzaniem niektórych kuzynów, „bo tam zmuszają”. Nie smakowało mi mnóstwo rzeczy. W domu rodzinnym teoretycznie mnie do jedzenia nie zmuszano, ale tylko teoretycznie. Dość wcześnie dowiedziałam się, że w Etiopii dzieci głodują i że nie wypada zostawiać niczego na talerzu. Blisko 20 lat zajęło mi zbuntowanie się i przekreślenie znaku równości pomiędzy moją niezjedzoną porcją a tym, że gdzieś w świecie (przeze mnie!) umiera ktoś z głodu…
      Oczywiście, opowiadam to, bo wciąż to we mnie siedzi, ale tak naprawdę chciałam się podzielić czymś innym. Dodatkowym efektem przekarmiania w dzieciństwie – otyłością.
      Moja mama i ukochana babcia nie zmuszały mnie do jedzenia tego, czego nie lubiłam (a nie lubiłam większości). W związku z tym gotowały mi i podsuwały to, co uwielbiałam! Pamiętam takie porcje kaszy manny z cukrem i masłem (sic!) na śniadanie, których dziś bym nie wciągnęła na dwa razy! A ponieważ nie wypada niczego na talerzu zostawić, zjadałam wszystko (byłam grzecznym dzieckiem). Ku radości rodziny.
      Stałam się otyła i z otyłością, z wahaniami wagi, walczę do teraz. Nie mam pretensji do rodziców, od dawna jestem samodzielna 😉 ale pamiętając własne doświadczenie wzywam zawsze rodziców dzieci-niejadków do luźniejszego podejścia do sprawy. Tak jak napisane – nad talerzem zupy nikt nie umarł z głodu. A jeśli mu nie smakuje, to pewnie zje tylko tyle, ile potrzeba mu do życia. Nie musimy, jeśli dziecko jest zdrowe, stać nad każdym śniadaniem/obiadem/kolacją.

      Oczywiście, kłopot się zaczyna, gdy dziecko jest chore… Ale to inna historia.

      PS
      Swoją drogą – „nasze” panie przedszkolanki (w państwowym przedszkolu) skarżą się, że to rodzice każą im zmuszać dzieci do jedzenia! A one uparcie powtarzają, że mogą najwyżej chwilkę ponamawiać, ale zmuszać do jedzenia nie będą.

      Dziękuję za te artykuły o jedzeniu! 😀

  • Agnieszka

    W moją córkę też nie wpycham jedzenia. Jak już nie chce obiadu to nie. Nie latam i nie mówie „leci samolocik”. To do niczego nie prowadzi.
    Gorzej jest jak córka jest pod opieką babci, jednej lub drugiej. I w tym czasie jestem nieobecna.
    Dlatego staram się czasami być podczas tych wizyt i kontrolować jak się odbywają obiady.
    Zdarza się, że zwrócę uwagę, bo nie mogę patrzeć jak wpychają jedzenie w moją córkę.
    A jak okaże się, że córka (18 miesięcy) za mało zjadła, to idzie i pokazuje lodówkę.
    Wtedy otwieramy, a ona sięga sobie albo jogurt albo jabłko, a nawet czasami kiełbache 😉

  • Agnieszka

    Myślę, że te przekonania naszych mam i babci wywodzą się ze starych czasów i próbują je teraz przerzucić na nasze dzieci.
    A one przecież nie muszą jeść fury ziemniaków i kotletów, żeby prawidłowo się rozwijać.

  • Skoro dwulatka potrafi otworzyć lodówkę i zażądać z niej czegoś jadalnego, to chyba wszystko idzie w dobrym kierunku. Poza tym dziecko nigdy nie będzie wiedziało, czy jest głodne, jeśli choćby raz głodne nie będzie. Wtedy nawet zimne pierogi prosto z lodówki smakują jak nigdy (historia prawdziwa – nie chciały jeść obiadu to nie jadły, a godzinę później same sobie zrobiły :D)

    • O to to! To że nie pozwalamy dziecku zgłodnieć – bardzo ważne! Nawet małej szansy nie dajemy…

      • Zofia Bogusławska

        Ja tam lubię czasem tak przygłodzić szarańczę, na spacerze czy gdzieś na mieście, kiedy wiem że wracam do domu do obiadu. Wraca taka horda i od progu żąda jedzenia wtedy i mają gdzieś co to będzie, byleby było JUŻ. Nikt mi nie powie ze dziecko nie powinno poczuć głodu, bo to straszna krzywda. Krzywda to jest jak się stoi nad dzieckiem i „masz wszystko zjeść bo inczej…”

  • Zofia Bogusławska

    Mnie troszeczkę przeraża sposób w jaki piszesz o słodyczach, że nawet pochowałaś, no tylko biszkopciki najwyżej. Cukier omamia. Podstawą powinno być nie-jedzenie cukru. Upośledza organizm totalnie. W sensie że wiem, że większość ludzi uznaje za normalne czekoladkę codziennie a ciasteczko to nie słodycze no przecieeż, że nieee..

    A dziecko zje ile trzeba, jak dzis pamietam „modlenie nad zupą” a ja naprawde nie byłam głodna 😉 Jak widze czasem jak za ubitym dzieciokiem biega babcia i wzdycha „on wogole jesc nie chce” to naprawde pokłady samokontroli wykorzystuje zeby nie wybuchnac smiechem. Biedne te dzieci. Moje wiecznie na dole siatki, ale wiecznie na tym samym poziomie 😉 I tez musze sie wszystkim tłumaczyc ze nie głodze.

    • Ale co cię przeraża? Że te biszkopciki? Nie ze sklepu biszkopciki, moje, pieczone osobiście, bez cukru 😀 Ewentualnie muffinki marchewkowe [pisałam gdzieś o nich] z syropem klonowym ewentualnie ksylitolem lub miodem. Nie jestem za tym, żeby całkowicie dziecko pozbawiać słodyczy, na czas eksperymentu odstawiłam totalnie, żeby mieć pewność, czym mi się dziecko zapycha, ale nie robię awantury o kilka żelek czy loda 🙂 [czekolady unikamy, bo zbyt mi dziecko pobudza, zawsze sama ją przyjmuję na klatę :)]

      • Zofia Bogusławska

        Nie no jak tak, to rozumiem. My przeżyliśmy po prostu odstawienie cukru w styczniu i dopiero teraz widzimy co cukier robił nam z mózgu. Strach pomyśleć co robi dzieciom, dużo mniejsze są, a jedzą tyle samo albo i więcej. Mnie bardziej przeraża to że odstawienie słodyczy zabrzmiało jak taka ostateczność.

        • Rozumiem 🙂 U nas nie ostateczność, a raczej zabezpieczenie, pewność, żeby się nie plątały pod nosem, jak dziecko zgłodnieje 🙂 Ja jestem od słodyczy uzależniona, więc z moim dzieckiem postąpiłam inaczej niż moi rodzice – nigdy słodyczy nie demonizowałam, nie zabraniałam, nie wyliczałam, gorzej – kilka razy pozwoliłam mu się nimi przejeść. Efekt jest taki, że „odstawienia” słodyczy nawet nie zauważył. Wie, że są smaczne i zdrowe zamienniki. Gorzej ze mną 😀

          • Zofia Bogusławska

            Nasze maja zezwolenie w niedzielę „do zeżygania”, co szczęśliwie nigdy nie nastąpiło 😉

          • Justin

            Z całym szacunkiem ale całkowite odstawienie cukru, a potem w „niedzielę do zerzygania” to chyba nie najlepszy pomysł? Wszystko powinno być jedzone z umiarem, a w momencie kiedy cukier, przedstawiany jako biała śmierć, jest ZABRONIONY w ciągu tygodnia a potem nagle w (niewiadomo czemu) niedzielę można jeść i to „do porzygania” to to dopiero może zrobić coś złego z mózgu a nie cukier.. nie tylko łamanie jakichś zasad ale ze skrajności w skrajność! Na prawdę o to chodzi? Czy nie takie rzeczy potem sprzyjają efektom jojo w odchudzaniu się dorosłych, którzy nie jedzą nic, a potem żrą do porzygania? Nie lepiej uczyć, mówić i rozmawiać i samemu ograniczać ale właśnie OGRANICZAĆ a nie WYELIMINOWAĆ cukier? Pokazując przy tym, że marchewka też jest słodka, albo właśnie piekąc coś swojego z mniejszą ilością cukru? ew. zgadzając się na słodycze ale w umiarkowanych ilościach, bo dzięki temu umiarkowanie można poznać. Jedząc w ogóle albo do porzygu umiarkowania ani granic nie pozna się na pewno. Więc mnie z kolei, przeraził Pani wpis, szczerze mówiąc..

          • Zofia Bogusławska

            Każdy ma swoje zdanie 😉 Oczywistym jest ze dzieci wiedzą ze mogą tylko raz w tygodniu własnie dlatego że słodycze są złe, ale mam świadomość że całkowite wykluczenie ich z życia dzieci po prostu jest niemożliwe. Wiedzą ze słodycze są niezdrowe i wiedzą dlaczego są niezdrowe i wiedzą ze rodzice pozwalają w niedziele jeść, bo wiedzą ze pomimo wszystkiego są smaczne.

            I kompletnie nie mogę się zgodzić z teorią, że dzieci poznają umiar jeśli codziennie będą dostawać trochę słodkiego. Gdzie tu badanie granic. Kwestia „do pożygania” jest kwestią czyto umowną. Dzieci po wprowadzeniu zasady zbadały tę granicę i dowiedziały się że nie warto jeść dużo słodyczy na raz, bo naprawdę źle się można po nich poczuć. Nigdy więcej nawet w 5% do tej granicy się nie zbliżyły, to jest dla mnie nauka umiarkowania.

            Dawanie słodyczy codziennie tworzy uzależnienie. I to NIE JEST teoria, to jest dość powszechnie znany fakt. Wiesz.. można to porównać do tego że palisz codziennie tylko jednego papieroska. Problem w tym ze cukier uzależnia dużo bardziej. A zjedzenie go za dużo uczy na własnych błędach, acz w zasadzie bez zagrożenia dla zdrowia, że to nie jest dla nas dobre. A kompletne wykluczenie cukru z diety tyczy się nas – dorosłych, dzieci mają dokładnie takie zasady jak opisałam.

            No i rzecz jasna chodzi mi o cukier w postaci słodyczy, nie wogole o słodycz w życiu, taka jak w marchewce. Moje dzieci są jedynymi dziećmi wśród znajomych/rodziny które na słowo marchewka czy papryka nie uciekają do szafy a wręcz przeciwnie.

            No i umówmy się, bez paranoi, jak są urodziny/okazje i jest tort czy inne tego typu sytuacje, to żaden ze mnie strażnik „nie zjesz nic słodkiego poza niedzielą”. Ważne że oni wiedzą i że oni się pilnują. Bo pilnują się sami.

          • Justin

            A gdzie ja napisałam, że codziennie mają dostawać trochę słodkiego? 😀 UMIARKOWANE dawkowanie nie oznacza, codziennie po trochu 😀 tylko obserwowanie potrzeb dziecka. A co jeżeli w niedzielę nie mają ochoty na słodkie tylko akurat w środę, bo miały np. więcej wysiłku i ich organizm akurat potrzebuje wtedy coś słodkiego w postaci batonika zjeść? mają poczekać ze swoją potrzebą do niedzieli ? 😀 Uważa Pani, że po wprowadzeniu tej zasady dzieci zbadały granicę tak? 😀 Niestety, obawiam się, że dzieci wiedząc, że kolejną porcję zjedzą dopiero za tydzień chciały się najeść na zapas. I o tym niebezpieczeństwie właśnie mówię. Co to za reguła można tylko w niedzielę? A może one chcą w poniedziałek zamiast niedzieli? Ale nie, one wiedzą, że można tylko w niedzielę, więc zjedzą nawet jak tak bardzo nie chcą, ale a nuż zachce im się jutro, więc będą miały na zapas. To nie jest badanie granic. To jest dostosowanie się do rygoru, że coś można tylko wtedy kiedy dorosły sobie wymyślił (bo tak), że można. I to jest chęć zachomikowania jak najwięcej. Pewnie Pani poda przykład, że nie w każą niedz. jedzą ich dużo 😀 I super. Tylko dla mnie ta reguła jest bezsensowna i wcale nie uczy ich umiaru a tym bardziej badania granic. Nie napisałam też tego, żeby Pani miała teraz zasypując mnie argumentami „bronić swojej tezy” bo to nie o to chodzi. Po prostu ja widzę w tym pewne zagrożenie i ja bym tak w życiu nie zrobiła. Być może podda to Pani sobie kiedyś refleksji i w jakiś sposób z tego skorzysta a może będzie trwała przy swoim. Pani wybór, Pani dzieci. A ja przedstawiam swoje zdanie, z którego może Pani zrobić użytek lub nie. 🙂 No i raz jeszcze podkreślam – nigdzie nie napisałam, żeby dawać codziennie trochę 😀 tylko żeby nie miały takiego szlabanu w postaci – niedziela – święto! hulaj dusza wszystko można – przyzna Pani, że to nie jest uczenie rozumienia dlaczego słodyczy nie należy zbyt często jeść. I jeszcze jedno – napisała Pani, wiedzą, że słodycze są złe. A są? a ja myślałam, że ich nadmiar. 😉 Pozdrawiam,

          • Zofia Bogusławska

            A nie są ? Każda ilość słodyczy jest szkodliwa. Mniejsza ilość jest po prostu mniej szkodliwa. Dzieci po wzmożonym wysiłku potrzebują dobrego wartościowego posiłku a nie bezwartościowego ulepka na litość boską. Dzieci/ludzie słodyczy nie potrzebują, dzieci słodycze lubią. To jest dość diametralna różnica. I moim, jako rodzica, obowiązkiem jest nauczenie dlaczego „nie jemy kiedy chcemy” tylko „niezdrowe rzeczy jemy od wielkiego dzwonu” 😉 Bo to jest własnie umiar i nauczenie że na codzien żyjemy zdrowo, a niezdrowo tylko „od święta”. I dzieci nie jedzą na zapas. Zjadły raz, wbrew Pani opinii, własnie wtedy poznały tę granicę i więcej do niej nie podeszły dalej, jak na kilometr.

          • Justin

            Zupełnie inaczej rozumiemy tę kwestię w takim razie. Zupełnie inaczej rozumiemy umiar. Każda ilość słodyczy jest szkodliwa ?? To proszę sobie poczytać np. gorzkiej czekolady 😉 To też jest słodycz. I jej wpływu na rozwój mózgu. Albo czekolady domowej, robionej na bazie mleka, kakao, orzechów i miodu. Miód to też słodycze – rozumiem, że w małych ilościach – mniej szkodliwy? A mówiąc tylko o batonach i milce (itp.) – nadal jestem przy swoim. Duża ilość szkodliwa jak najbardziej, ale bez przesady. Dzieci po wzmożonym wysiłku potrzebują dobrego wartościowego posiłku 😀 Ok, czy Pani była kiedyś dzieckiem? 😀 Chyba nie, widząc to co Pani pisze. Droga Pani, może i dorosłym się wydaje, że to jest to czego dzieci „potrzebują”, ale ile razy jest tak, że po wysiłku czy to psychicznym (kiedy się czegoś uczą) czy fizycznym zwyczajnie ma się ochotę na kromkę z nutellą, i bładam niech Pani nie mówi, że wtedy lepsza jest sałatka z papryką! 😀 Znów – nie mówię, codziennie, nie mówię zawsze i za każdym razem po wysiłku, ale mówię o syt. kiedy zwyczajnie ma się na to ochotę i potrzebę zjedzenia tego. „Dzieci/ ludzie słodyczy nie potrzebują tylko je lubią”. Przepraszam, ale bzdurą dla mnie jest to, że dzieci słodyczy nie potrzebują. – Nie jemy kiedy chcemy? A ja myślę, że Pani ustanawiając zasadę jemy wtedy lub wtedy daje sobie satysfakcję z mylnego poczucia kontroli nad jedzeniem lub nie słodyczy przez dzieci. Co to znaczy nie jemy kiedy chcemy? Ja rozumiem, że nie zawsze wtedy kiedy chcemy – bo to nie zdrowe. Ale nie jemy kiedy chcemy tylko kiedy mama pozwoli (czyt. kiedy jest niedziela ) nie ma nic wspólnego z uczeniem podejmowania samodzielnych decyzji i reagowaniem na swoje potrzeby. Tylko raczej patrzeniem kiedy można a kiedy nie można czegoś zrobić. I wtedy dziecko uczy się nie słuchania potrzeb tylko zakazów i nakazów. A potem do tych potrzeb trudno jest wrócić kiedy nauczyło się już dziecko jak automat jedzenia w niedzielę. Niezdrowo jemy od święta 🙁 czyli uczy Pani, że można jeść niezdrowo tak? A nie, że zjedzenie w małej ilości i raz na jakiś czas jest zdrowe? Pisze Pani ponownie, że zjadły raz za dużo i wtedy niby poznały tę granicę.. otóż naprawdę nie wydaje mi się, że miało to cokolwiek wspólnego z poznaniem granic. One może poznały skraj możliwości zjedzenia w niedzielę… właśnie dlatego, że chciały zjeść na zapas. A nie poznały granicy kiedy mają dość bo mają dość, ale dlatego, że już nie chcą, a nie dlatego, że dziś niedziela lub inny dzień tygodnia.

          • Justin

            I jeszcze jedna kwestia dot. tego, że one wcale nie poznały swojej granicy – bo Pani już im ją wyznaczyła – stawiając szlaban niedziela vs reszta tygodnia. Ma wrażenie, że boi się Pani ten szlaban zdjąć, bo co? jadły by wtedy tylko słodycze? jadłyby ich za dużo? marchewka i papryka nie byłyby nagle smaczne czy atrakcyjne? Myślę, że cała sztuka jest właśnie w tym by pozwolić dziecku uczyć się podejmować decyzje i sprawić, by papryka i marchew były nadal chętnie jedzone, a, że nie zawsze tak będzie? że czasem dziecko będzie miało ochotę na słodycze właśnie, to też nie stanie się tragedia, jeżeli rodzic będzie odpowiednio mu w tym towarzyszył. A tak, cóż, rozumiem, że ma Pani poczucie, że jest ok, bo w tygodniu słodyczy nie jedzą (nie bo nie chcą – bo nie mogą) a w niedzielę, też sumienie ma Pani spokojne, bo nawet jak zjedzą „do porzygu” do tylko raz w tyg. to można 😉 i jest git. Nie potrafię się z tym wszystkim zgodzić. A jedyne co w ramach niedzielnej fiesty poznają to zamiast swoich granic – to swoje maksymalne możliwości zjedzenia w dniu, w którym MOŻNA. 🙁

          • Zofia Bogusławska

            Nie dogadamy sie 🙂 Ja zreszta nie czuje potrzeby narzucania nikomu swojej postawy 🙂 Wazne zeby kazdy robil w zgodzie ze sobą 😉 Milego dnia życzę 🙂

          • Justin

            Dla mnie najważniejsze, żeby robił to z myślą o dziecku, pomagając mu uczyć się dokonywać wyborów (i z zaufaniem do niego) ;). Pozdrawiam.

          • Ania Virtusek

            Nie zgodzę się, już jako 3 latka potrafiłam nie jeść nic poza czekoladą ( wiedziałam gdzie rodzice ją trzymają) i niepostrzeżenie wyjadałam odmawiając obiadu… 3 latka (!) Także to by był mój wybór . Gdyby rodzice mi pozwolili to pewnie żyłabym tylko o czekoladzie. Jak to się ma wg Pani do pozwolenia dziecku dokonywania wyborów? Mi trzeba było wyznaczenia granic a nie pozwalania na dokonywanie wyborów. Ludzie są różni, więc proszę nie atakować Pani Zofii, bo ja mając swoje doświadczenia popieram jej styl ograniczania słodyczy.

          • Justin

            O jesu… znowu niezrozumienie.. Myślę, że (i miałam to już powyżej napisać), Pani Zofio, pewnie wiele kwestii podzielałybyśmy mając możliwość porozmawiania na żywo, a nie w ten sposób, byś może stąd tyle nieporozumień 😉
            Co do Pani komentarza.. nie wiem co mam Pani odpowiedzieć, jeżeli Pani nie widzi różnicy pomiędzy właściwym stawianiem granic a dawaniem wyboru. Ja nie mówię – dziecko róbta co chceta, chcesz jeść tylko słodycze – jedz. Tylko mówię, że sposób ograniczania zaproponowany przez Panią Zofię, jest dla mnie równie nieudolny, jak zasada róbta co chceta.. To nie fair, decydować (za dziecko) stawiając mu granice poprzez wyznaczanie dnia jedzenia słodyczy, i to jeszcze wtedy do porzygu! To jest właśnie brak uczenia dziecka, że słodycze nie są zdrowe więc nigdy nie należy jeść ich do porzygu ;] Al te granice i wybory regulować i stawiać można inaczej niż szlaban na pon-sb a w niedzielę hulaj dusza. Ja tutaj naprawdę nikogo nie atakuję, więc proszę nie dramatyzować. Chodzi o coś zupełnie innego. Pozdrawiam.

          • Justin, ja doskonale rozumiem, o co ci chodzi i zdaje mi się, że mamy podobny stosunek do „karmienia”. Nie jesteś sama 🙂

          • Justin

            Ohh no wreszcie! 😀 Jakże się cieszę! 😉 Chodzi o zwykłe ROZUMNE dawanie wyboru, a ustalenie dnia tygodnia, pory itd. jest dla mnie brakiem zaufania do dziecka i nie uczeniem go właśnie rozpoznawania SWOICH granic. Przecież rodzic ma być przewodnikiem a nie celnikiem czy przedstawicielem straży granicznej. Co nie oznacza, że nie mamy kontrolować, monitorować, rozmawiać, doradzać, starać się by dziecko samo do czegoś doszło – naprowadzać, ale nie decydować za niego. No i oczywiście wszytko w sposób rozumny i racjonalny – co oznacza, że może niekoniecznie czekolada zamiast normalnego jedzenia (a już na pewno nie na stałe 😀 😉 ), i może niekoniecznie każdego dnia, ale nie popadajmy w paranoję i nie łudźmy się, że ustanawiając sztywne reguły kiedy i ile ma jeść słodkiego pomagamy mu rozpoznawać granice czy uczymy dobrych nawyków żywieniowych. Cieszę się, że wiesz o co mi chodzi 😉

          • Alexanity

            Widzę healthizm, kult zdrowia zastępujący religię. „Słodycze są złe” – nie da się ich uniknąć, ale są ZŁE, to słowo pada, z przyzwoleniem że czasem, bo jesteśmy tylko ludźmi, więc będziemy „grzeszyć” tym „złym” jedzeniem.
            A ideałem byłaby przecież asceza, raw food vegan diet, paleo, czy inny wynalazek prowadzący do licznych niedoborów, ale całkowicie pozbawiony „złych produktów”. Healthizm bierze się z chęci bycia moralnie lepszym od innych przez ascezę i samoumartwienie, ewentualne korzyści dla zdrowia są tylko dodatkiem do kreowania poczucia wyższości.

            A dziecko w rodzinie gdzie jedzenie dzieli się na „dobre” i „złe” dostaje przekaz, że samo jest „złe”, bo lubi te „złe” produkty. Jest chwalone gdy kłamie, by się podlizać – że wcale nie lubi cukru, dajmy na to. Nie wymyśliłam sobie tego – tak to przeżywałam jako dziecko, gdy dziadkowie autentycznie POTĘPIALI ludzi solących jedzenie, a nie daj Boże dosalających to, co mają na talerzu. Bo sól nie była w ich oczach po prostu szkodliwa w nadmiarze, tylko po prostu ZŁA. Więc męczyłam się z tym mdłym, paskudnym jedzeniem, ale nie mogłam poprosić o tą cholerną sól, bo to by było złe, i ja bym była przez nich oceniana jako zła. Używacie słów „dobry” i „zły” wobec żywności przy bardzo małych dzieciach, które równocześnie widzą, że naprawdę lubią te „złe” rzeczy, i nie zawsze lubią te „dobre”, które powinny lubić. To brzmi absurdalnie dla dorosłej osoby, ale mówicie tak przy trzy, czteroletnich dzieciach, które potrafią wyciągać dużo bardziej dziwne wnioski (ale dorosłe osoby też się zachowują, jakby tak myślały, np. wywyższają się z powodu tego, że nie lubią słodyczy, zamiast zwyczajnie cieszyć się, że łatwo im z nich zrezygnować). Ja kłamałam, żeby się przypodobać. Moja babcia z autentyczną pogardą patrzyła na ludzi którzy przy stole sięgają po solniczkę. Nie miałam prawa do własnego gustu, do własnego smaku, mdłe było „dobre”, mięso z żyłkami i naszpikowane słoniną było „dobre”, chociaż zbierało mi się od niego na wymioty, a parówki, które lubiłam, nie były zwyczajnie niezdrowe, byłam potępiana i moja matka była potępiana za to, że jej dziecko, o zgrozo, lubiło parówki.
            Ludzie, opamiętajcie się. Jedzenie to tylko jedzenie, a coraz więcej ludzi przypisuje mu wartość moralną. Mówią na to „clean eating”. Czyli kiedy jem żelki, to to jest „dirty eating”? Od tego już tak blisko do zaburzeń odżywiania, że bliżej chyba być nie może, wszakże w zaburzeniach odżywiania występuje często potrzeba „oczyszczenia” się ze „złego” jedzenia w mniej lub bardziej drastyczny sposób, a lista „dobrych” produktów się zawęża tak, że w końcu żadne produkty nie są „dobre”.
            No bo czy jakieś są? Warzywa, ale warzywa przecież są pryskane, a środki ochrony roślin są przecież złem ponad miarę, więc jednak nie, nawet z tymi bio nigdy nie wiadomo… Owoce, ale nie, przecież nie wszystkie, bo te importowane to zło, więc pomarańcze i banany na przykład to może takie całkiem „dobre” nie są. To co, jabłka i śliwki? Nie, pewnie też nie, pewnie też pryskane, a w ogóle to blablabla, te jabłka to nie to samo co kiedyś. I ani chybi GMO. Kasze, chleb? Pewnie zanieczyszczone tym przerażającym glutenem, a w ogóle zboża to zło, i nie-paleo. Mięso? Przecież kurczaki faszerowane antybiotykami, blabla. Nabiał? O zgrozo, laktoza, ratunku, kazeina!
            U każdego healthisty, każdego wyznawcy kultu „clean eating” występuje taka równia pochyła, i można dojść do wniosku, że nigdy, przenigdy taki nie widział ani kawałka „dobrego” jedzenia. Że to taki ich Święty Graal.

            Każde jedzenie u takiej osoby budzi niepokój (bo może pryskane, może GMO, może z glutenem itd.) i poczucie winy. Poczucie winy jest kompensowane zamienianiem produktów na „zdrowsze”: mąkę białą obowiązkowo trzeba zastępować mąką razową, i tak przejmując się glutenem. Mąkę pszenną trzeba więc zastąpić gryczaną lub owsianą, zamartwiając się zanieczyszczeniami (chociaż się nie ma celiakii). Mąka ze zbóż nie jest paleo, więc ostatecznie wylatuje z przepisu. Cukier już dawno został potępiony, bo wśród przykazań healthistów „nie będziesz jeść cukru, zastąpisz go zdrowszą alternatywą” jest jednym z najświętszych.

            Tak powstają takie twory jak „brownie” z daktyli, kokosa i surowego kakao. Nie żeby to nie było smaczne, tylko szkoda, że jedząc to trzeba kłamać w żywe oczy że to niby jest brownie, i że smakuje nam bardziej niż prawdziwe ciasto.
            Mam poczucie, że wielu rodziców robi dzieciom ogromną krzywdę, ucząc je że istnieje „złe” jedzenie, ucząc je, że spożywając je powinny mieć „wyrzuty sumienia”.

            „Wyrzuty sumienia”????! Cholera jasna, przecież to tylko jedzenie! Czy moje sumienie nie powinno się zajmować sprawami MORALNOŚCI? Czy zjedzenie kanapki z nutellą jest NIEMORALNE? A co ja, zabiłam kogoś dla tej kanapki? Ukradłam tą nutellę? Nie? No to co sumienie ma do rzeczy? Wyłącznie to, że ktoś mi wmówił, że nutella jest „zła” (zamiast tylko przekazać, że nie należy jej jeść za często)
            W czasach głodu każde jedzenie było „dobre”, bo po prostu było. Boję się myśleć, jak częste będą zaburzenia odżywiania u współczesnych dzieci, wychowywanych w takim dobrobycie, w którym można sobie pozwolić na dzielenie jedzenia na „dobre” i „złe”.
            Cholera, błagam, zaklinam, pamiętajcie o tym, jak myśli o sobie dziecko, które nie lubi „dobrego” jedzenia, a lubi „złe”. Takie dziecko czuje się odtrącane. Będzie kłamać, żeby się podlizać, będzie udawać, że lubi brownie które jest brownie tylko z nazwy, a wy będziecie się mogły chwalić, że nie lubi słodyczy. Czy takie wychowanie naprawdę jest zdrowe? Czy zdrowie psychiczne i samoakceptacja są mniej ważne od dążenia do jak „najczystszej”, jak-najmniej-złej diety? Czy tu rzeczywiście chodzi o zdrowie?

          • Alexanity

            Jeszcze jedna rzecz po tym tasiemcowym komentarzu: wyznawcy healthizmu nieustannie poszerzają listę wykluczanych z diety „złych” produktów. Tym czasem kluczem do zdrowej diety jak wiadomo jest różnorodność. A healthiści zajmują się głównie wykluczaniem: np. owoce tak, ale tylko lokalne i ekologiczne, i nieważne że przez całą zimę to by oznaczało spożywanie wyłącznie jabłek i mrożonych owoców jagodowych – podczas gdy człowiek odżywiający się „normalnie” ma do dyspozycji również owoce egzotyczne. Chleb bez mąki, ciasto bez cukru, kawa z cykorii… Ostatecznym zwieńczeniem tego szaleństwa byłoby zapewne jedzenie bez jedzenia.
            Czy ci wszyscy hipsterzy nie widzą, jaką krzywdę robią dzieciom, przekazując im, że jedzenie tak w ogóle jest złe, i każdą potrawę trzeba modyfikować tak, by była „zdrowszą alternatywą” (= „mniej zła”)? Kluczem do zdrowej diety jest różnorodność. Ta różnorodność nie może oczywiście polegać na spożywaniu różnych marek gotowych produktów wyprodukowanych z cukru, oleju palmowego, kukurydzy itp., ale robienie z „clean eating” idei nadwartościowej i wykluczanie kolejnych i kolejnych produktów bo są „złe” jest zwyczajnie chore, a czerpanie poczucia wyższości z tego, że się woli gorzką czekoladę od mlecznej jest zwyczajnie głupie i żałosne.
            Zresztą w głębi duszy podejrzewam, że sporo osób kłamie, że woli gorzką, a jeszcze więcej kłamie, że nie lubi białej 😛 Lubienie białej czekolady jest przez wielu traktowane jak przejaw bycia gorszym gatunkiem człowieka, „bo to nie jest czekolada”, „bo to sam syf”, i tak dalej. A ja się pytam: czy każdy kęs naszego pożywienia musi być wyświęcony, wyegzorcyzmowany aurą „clean eating”?
            A jeśli dziecko takiej osoby lubi białą czekoladę – i równocześnie widzi tę pogardę wobec osób które lubią „złe” produkty – jak szybko nauczy się kłamać, aby zyskać akceptację, uniknąć odtrącenia?
            Czy ten szpan na dzielni wśród innych mamuś jest wart tego, co to robi psychice?

          • Ja, jako osoba będąca surową weganką jedząca głównie owoce i tak wychowującą swoją córkę, czuję się zlekceważona i wręcz zaatakowana Twoimi komentarzami mimo tego, że nie były skierowane do mnie bezpośrednio. I nie mówię tego w oczekiwaniu na przeprosiny albo wyjaśnienia, nie, totalnie tego nie potrzebuję. Nie chciałam jednak przejść obojętnie obok Twoich słów, które według mnie pokazują totalną ignorancję i brak szacunku w stosunku do ludzi, którzy mają inne wyobrażenia niż Twoje.
            PS. I nie, wcale nie będziemy mieli samych niedoborów jedząc w taki sposób, o ile oczywiście będziemy jeść więcej niż wspomniane przez Ciebie jabłka.

          • Alexanity

            Ależ ja szanuję wegetarian i wegan, którzy mają rozsądny powód, by przypisywać określonym produktom aspekt etyczny (produkcja mięsa czy nabiału wiąże się z cierpieniem zwierząt, sprawa jest jasna). W żaden sposób nie odnosiłam się do PRAWDZIWYCH aspektów etycznych, bo to zbyt szeroki temat, i to, że się ich doszukałaś, wynika chyba z nieuważnego czytania. Pisałam o nazywaniu soli czy cukru „złymi”, a przecież ich produkcja nie wiąże się z cierpieniem. Mówię o nazywaniu „złym” tego co „niezdrowe”. To jest robienie dziecku krzywdy, i okazujesz mi brak szacunku negując MOJĄ krzywdę, bo mnie wmawiano że są „złe” produkty (i że ludzie, którzy je lubią, są gorsi od tych, którzy wolą „zdrowsze”), i dla mnie to było szkodliwe. Oburzasz się, bo nie chcesz na serio rozważyć przekazu, że możesz narazić swoje dziecko na coś podobnego?
            Oburzasz się, bo nie chcesz chociaż na próbę pomyśleć, że Twoje dziecko może kłamać, że lubi „zdrowsze” rzeczy, by zyskać Twoją aprobatę? Nie mówię, że tak jest, ale może tak być. Może być tak, że chwaląc się, że dziecko woli jabłka od cukierków, chwalisz się czymś, co powiedziało by Cię zadowolić. Nie oceniam, zauważ, tego co faktycznie dziecku podajesz, mówię tylko o tym, że większość dzieci lubi słodycze, ale będą kłamać, jeżeli za samo to, że je lubią, są nieakceptowane. Powtarzam, nie mówię o tym, co ostatecznie dziecko dostaje, tylko o lubieniu/nielubieniu.

            Dieta wegetariańska lub wegańska może być prawidłowo skomponowana, odpowiednia dla dzieci i dla kobiet w ciąży, i tak dalej.
            Dieta witariańska (raw food diet) naraża na liczne niedobory, i jest oparta na bzdurnych teoriach, ten kto ją wymyślił najwyraźniej nie miał pojęcia, co to są enzymy (ale bardzo mu się to słowo podobało), nie miał pojęcia na czym polega trawienie, i tak dalej. Przypisywanie surowej żywności „siły witalnej”, którą gotowanie „zabija” to pogląd z dziedziny parapsychologii, innymi słowy uważam to za absurd i bzdurę. Podobnie jak za bzdurę uważam homeopatię (i „pamięć wody”, na której się homeopatia opiera). Nie musisz mnie lubić.
            Może Cię pociesza, że dietę paleo, opartą na mięsie i warzywach, i potępiającą ze wszech miar zboża, też uważam za głupotę, a nadmiar białka zwierzęcego w niej też jest szkodliwy. Jestem sprawiedliwa w ocenianiu healthismu jako filozofii życiowej zastępującej ludziom religię, szkodliwej, niesprawiedliwej (bo lansującej pogląd, że każdy kto jest chory, zasłużył na tę chorobę przez niezdrowy tryb życia), opieranej na uproszczeniach, i wybieranej przez ludzi po to, by czuć się lepszymi od mniej „bogobojnych” healthistów i od „niewiernych”. Wszystkie te zarzuty mam sprawiedliwie i równo wobec witarian i „jaskiniowców”, podobnie jak innych osób które wykluczają kolejne i kolejne rzeczy ze swojej diety, tak, że w efekcie staje się ona mało różnorodna, a każde jedzenie jest postrzegane jako bardziej lub mniej „złe”, i całkiem „dobre” nie istnieje. Uważam przekazywanie dzieciom przekonania, że jedzenie jest złem koniecznym, bo każde jedzenie jest w jakiś większy lub mniejszy sposób „złe”, za rzecz autentycznie i naprawdę szkodliwą i złą.

            Nie dotykam etycznego aspektu jedzenia produktów pochodzenia zwierzęcego, bo to jest prawdziwy problem etyczny, niepowiązany z zagadnieniem healthismu, przypisującego kategorie „dobrego” i „złego” rzeczom korzystnym i niekorzystnym dla zdrowia. Wychowanie zgodnie z określonymi zasadami etycznymi jest wręcz wskazane, nieprawdaż? Ja nie widzę z tym problemu. Wybieranie rzeczy lepszej pod względem moralnym popieram, natomiast przypisywania kategorii moralnej rzeczom „zdrowym” i „niezdrowym” nie popieram.

            Uśmiejesz się, ale byłam oceniana za to, że lubię „paskudztwo”, gdyż wolałam gulasz z teksturatu sojowego od gulaszu z mięsa. Byłam nieakceptowana za samo to, co w oczach moich opiekunów było „niedobre”, „niezdrowe” i po prostu „złe”. Jeżeli chodzi o wpływ takiego braku akceptacji na psychikę, to wszystko jedno, czy „zły” jest gulasz z mięsa czy z teksturatu, czy może i mięso, i soja to zło, i należy jeść same surowe rośliny. To brak akceptacji dziecka, brak akceptacji wobec tego, że lubi nie to, co rodzice by chcieli, żeby lubiło, jest szkodliwy. I to wcale nie znaczy oczywiście, że dziecko ma dostawać zawsze to, czego chce. Mówię o braku akceptacji dla tego, że LUBI nie to, co „powinno”.

            Mówię o tym, czy tak samo byś akceptowała swoje dziecko niezależnie od tego, czy woli jabłka od cukierków, czy odwrotnie. To jest niezależne od tego, czy dajesz mu cukierków, i absolutnie niezależne od etycznych aspektów jedzenia produktów pochodzenia zwierzęcego, oleju palmowego, kakao nie-fairtrade i innych ETYCZNIE problematycznych produktów. Chodzi mi o to, że dzieckiem, które lubi cukierki trudniej się pochwalić przed innymi mamusiami, niż dzieckiem które „wcale nie lubi cukierków”. Pytanie, czy taki szpan jest wart poczucia braku akceptacji u dziecka, i jego kłamstwa dla uzyskania tej akceptacji. Podejrzewam, że boli Cię taka możliwość – i chyba powinna.

        • Ola Kępka

          Co masz na myśli pisząc, że cukier omamia i totalnie upośledza organizm?Mogłabyś zdradzić co kryje się za: dopiero teraz widzimy co nam cukier zrobił z mózgu? Jakie ilości wtedy jedliście? Pytam, bo mnie zaintrygowałaś.

          • Zofia Bogusławska

            Jedlismy „normalnie” tak bym powiedziala. Zrezygnowalismy z bialego pieczywa, makaronow, ziemniakow, bialego cukru w formie „przemyslowej”, maki pszennej, zytniej. generalnie z cukrow tylko owoce. duzo warzyw w zamian, mieso, ryby, owoce, jajka. po 3-4 dniach chodzenia jak alkoholik na glodzie (doslownie, wlacznie z dreszczami) jakby sie cos przestawilo w srodku. od tego momentu zniknely nam w sumie wszelkie dolegliwosci ktore mielismy, jakies bóle, napady glodu czy słabosci. najadamy sie polową tego co wczesniej, glowa mysli jakbym z 10 lat sie cofnela, skupienie wzroslo baaardzo mocno. na treningach wydajnosc nam wzrosla, przestalismy sie pocic jak przyslowiowe swinie, nie meczymy sie tak szybko. po 2 miesiacach mam duzo lepsze wlosy i paznokcie, przestaly mi sie wiecznie lamac. to tyle 🙂 ja gdybym mogla to od zawsze zylabym na czekoladzie, zeby nie bylo ze „nigdy specjalnie nie lubilam cukru to bylo mi latwiej” bo tak nie bylo. pierwsze pare dni to jak zombie doslownie. i myslalm tylko o cukrze te pare dni.

          • Ola Kępka

            Dzięki 🙂 Podziwiam, dla mnie hardkor 🙂

  • Katarzyna Żłobińska

    U mnie niestety wprost przeciwnie. Mam 5 latka, którego wręcz muszę ograniczać z jedzeniem (a już na pewno ze słodkim u babci raz w tygodniu), dostałam takie zalecenie od pediatry na bilansie.
    Córka 16-miesięczna wcina aż miło- dokładnie to samo co my. W niedzielę po obiedzie dojadała suche brokuły (gotowane na parze), ciągle wracając do stołu wołając: am, am.
    Aż nie wierzę, jak widzę, że znajome biegają za dziećmi z łyżeczką czy widelcem po domu/ogrodzie…

  • Lena Sobe Mach

    My próbujmy metody blw ale dla 9 msc dziecka to na razie jest u nas wkładanie palców w miskę i rozrzucanie z uśmiechem na ustach :). Karmię synka łyżką, ale tylko jak ma ochotę. Jak mam więcej czasu zostawiam go z jedzeniem i się bawi. Nie wiem czy to dobra metoda ale ja go zmuszać nie będę, bo sama byłam buntownikiem.

  • Malgorzata Grabczewska

    Mój maluszek 7-miesięczny też dokładnie wie, ile chce zjeść. Nie zmuszam go, choć jak zje zaledwie 2 łyżeczki obiadu to diabełek za uchem mi podpowiada, że to przecież nic, że trzeba więcej… Ale najgorsza jest pediatra, która kazała dawać mu na obiad 300 ml „papki” warzywno-mięsnej lub rybnej i jogurt. A on jeszcze nigdy nie zjadł więcej niż 150 ml! i oczywiście olewam pediatrę i Teoś je tyle, ile chce. Nie muszę dodawać, że jest na górnej granicy siatki centylowej, rozwija się szybciej niż rówieśnicy, jest uśmiechnięty, kontaktowy, ciekawy świata!

  • Gosia Firlej-Stańczyk

    Wychodzę z założenia, że dziecko z dostępem do jedzenia się nie zagłodzi i nie zmuszam do niczego. A te słoiczkowe porcje, to też nie wie dla kogo, u nas pół słoiczka to cały obiad i tragedii nie ma. Jak traci zainteresowanie jedzeniem i nie otwiera już buzi, to luz, wracamy do zabawy. Jak zgłodnieje, to się upomni, nawet jeśli jeszcze nie mówi. Przestaliśmy słuchać swoich instynktów, ale i dzieciom nie ufamy, że jak nie chce jeść, to może po prostu nie jest głodne. Bo co ono tam wie, w końcu to tylko dziecko…

    • No właśnie. A do tego dziecko też człowiek, a my, ludzie nie zawsze i nie o każdej porze mamy na wszystko ochotę. Raz jeden zjadłam u teściowej ciasto z orzechami, którego zazwyczaj nie znoszę, ale nie było nic innego słodkiego, to zjadłam. Od tamtej pory „Asia lubi ciasto z orzechami”, bo zjadła. Kurde – raz zjadłam! I potem łapię się sama, że czasem narobię Kosmykowi tej marchewki z groszkiem i dziwię się, że nie chce, bo pół roku temu zjadł… heh. Pewnie nie bylo nic innego, to zjadł 😀

  • Agnieszka Kulawczyk

    A czy to nie jest tak, ze my, jako społeczeństwo mamy paranoję w każdej kwestii? Czy nie popadamy po prostu w zbiorową psychozę? Może powoduje to przesyt informacji? Mam wrażenie, że my – wychowywani bez lub przy bardzo małym udziale Internetu – obcując z nim codziennie zgłupieliśmy. Internet jest wspaniałym źródłem aktualnej wiedzy, miejscem wymiany poglądów i czerpania inspiracji. Jest również pułapką. Nasza mapa porównań uległa globalizacji w każdej kwestii, przestała obejmować najbliższe otoczenie: rodzinę, sąsiadki, koleżanki ze studiów/pracy.
    Kiedyś czas poświęcony, by uzyskać określoną informację był na tyle długi, a sam proces żmudny, że weryfikacja nie była w zasadzie potrzebna (przydatność i poprawność zostawmy). Dzisiaj czas uzyskania informacji ze zróżnicowanych źródeł jest krótki i powinien zostać uzupełniony o staranną weryfikację. Mam tutaj na myśli również wiedzę uzyskiwaną z licznych forów o różnej tematyce.

    • Ja tak właśnie myślę o tym w kategorii zbiorowej psychozy. Chcemy dobrze, ale zaczynamy się gubić, nie umiemy weryfikować źródeł, sprawdzać, czy są merytoryczne czy nie. Sama sprawa matek, które, kiedy dziecko omdlewa im z gorączki, zamiast jechać do szpitala, pytają koleżanek na fejsie, co robić…

  • Kinga

    Jak pojadlo biszkopcikow to pewnie,ze przytylo. Ja swojej corce mowie przy obiedzie,ziemniaki i mieso mozna zostawic, ale to zielone trzeba zjesc. Noi je mieso bo uwielbia, skubniezielonego, a ziemniakow to raz na ruski ok. Mala jest i chuda.

    • Od dwóch czy trzech biszkopcików domowej roboty bez cukry na pewno mu się przytyło, że ho!

    • I sądzi Pani, że zmuszanie do jedzenia warzyw jest ok? Jasne że byłoby super jakby lubiło warzywa i samo z siebie je jadło. Ale zmuszanie do jedzenia rzeczy zdrowych jest takim samym szantażem emocjonalnym, jak zmuszanie do jedzenia rzeczy niezdrowych. Nie lepiej próbować różnych form podawania warzyw, aż dziecko którąś polubi? I nie wiem skąd Pani wysnuła wniosek, że Kosmyk „pojadł biszkopciki” i przez nie przytył, skoro w tekście napisane jest, że biszkopciki jadł ewentualnie, w ostatniej kolejności po zdrowych przekąskach i muesli.

      • Kinga

        Czasem czlowieka do dobrego nalezy nieco przymusic. Tak jak jeszcze nigdy zadne dziecko z glodu nie umarlo nad miska zupy, tak od samych warzyw na obiad jeszcze zadne dziecko sie nie przajadlo. Kazdy rodzic odpowiedzialny jest za wlasne dziecko i ja wole zeby moje podziubalo troche warzyw z przymusu niz objadalo sie biszkopcikami z wlasnej checi. Nie odmawiam zadnemu dziecku slodyczy, jestem przeciwna zmuszaniu dziecka do objadania sie, bo sama jestem ofiara takiego postepowania wlasnej matki, ale nalezy zachowac umiar.

  • Anna

    Świetny tekst!!!
    Jednakowoż, może dla mam, które tu wpadną przypadkowo, dodałbym jakąś wzmiankę o tym, żeby przy tym eksperymencie dbać, żeby to co już dziecku wpadnie w ręce miało sporo wartości odżywczych. Może to takie oczywiste, ale… tydzień na chlebie przeżyją. Niech jednak mają stały dostęp do warzyw i owoców, żeby potem nie trzeba było suplementować tego żelaza…
    Ja z tych początkujących, jeszcze bojących się oddać pełną kontrolę dziecku. Jeśli źle mówię, poprawcie 🙂

  • Kinga

    Problem ze zmuszaniem dziecka do jedzenia pojawil sie za czasow naszego dziecinstwa. Sama mialam zjesc wszystko z talerza. Teraz nie wiem kiedy jestem glodna a kiedy nie. Moja matka zmuszajaca mnie kiedys do jedzenia teraz daje mi porady na temat niejedzenia, ignorujac swoja role w tym, ze przestalam odczuwac glod i sytosc. Duzo lepiej wychowywany byl moj maz.Jego matka mowila „pelny to pelny,ani grama wiecej”.

  • Marta

    Hah, a ja byłam dzieciakiem bardzo, bardzo chudym, który pochłaniał góry jedzenia. Sąsiedzi częstują kiełbaską z grilla? Zjem. Miską zupy? Z chęcią. A ciasto może? A pewnie, dwa kawałki. A potem zaczęły się plotki, że moi Rodzice jeżdżą dwoma samochodami, ale dziecko głoduje, bo takie chude i je wszystko, co mu się da. Dostałam zakaz jedzenia „na wyjściach”, jak u koleżanki jestem zza płota, ale mi nie wytłumaczono dlaczego. No to jak to się kończyło? Mówiłam, że proszę, żeby moim Rodzicom nie mówiono, bo ja chętnie zjem. Dziwne, że pomocy społecznej nikt nie wezwał 😀
    Tacie tylko „nie wybaczę”, że zdjął plaster z szafki, gdzie słodycze były „bo dziecku nie można zabraniać”, teraz się uwolnić nie umiem. Ale dobrze, że za młodu miałam jakąś horrendalną przemianę materii, bo jak się tak zastanowię, to dziwne, że nie byłam dzieckiem nieco sferycznym, tylko chudzielcem.
    A teraz? Teraz się boję, czy dam radę z moim przyszłym dzieckiem…

    • Marta

      Ale szacunek ogromny dla mojej Mamy, że dzielnie dała radę fazie „prosiłabym kromkę suchego chleba”. Bo ja uwielbiałam, dzieciakiem będąc, chlebek albo bułkę skubać. Bo to skubanie było super. No i kupowała mi w sklepie ekstra bułę do skubania. Oczywiście przy okazji ja większość tej buły zjadałam. A znajomi po X próbie też odpuszczali wciskania mi ekstra szyneczki do kromeczki. Bo pamiętam, jak wychodziliśmy od jakiś przyjaciół/rodziny, to szłam i prosiłam o kromkę chleba na drogę (do skubania). A 99% „a to może posmaruję masełkiem?” „a może szyneczkę?” „a może serek?”. Bez sensu, masło… A jak ktoś jednak wcisnął mi szynkę albo ogórek, to oddawałam Tacie 😉

  • Marta1616

    A ja mam właśnie sama ze sobą problem i chyba dlatego zmuszam synka do jedzenia. Boję się ze jesli nie zje tego co dla niego przygotowalam to dostanie bialaczki lub czegos podobnego. Serio. Staram sie nad tym pracowac i ten tekst jest bardzo pomocny.
    Mam taka watpliwosc. W okresach niezmuszania moj synek prawie rezygnuje z obiadow i kolacji. Jada jablka,chleb, orzechy itp. No a wspolne posilki sa jednak wazne,tak spolecznie, a poza tym obiad dostarcza jednak wartosci odzywczych o ktore ciezko przy innych posiłkach…

  • Emilia

    To co napisałaś przeraziło mnie do głębi…boję się co będzie gdy ja będę miała dziecko 🙁 w mojej rodzinie jest kult jedzenia. Zarówno rodzice moi jak i męża nie potrafią zrozumieć, że ktoś może NIE CHCIEĆ dokończyć tego co na talerzu leży. U mnie w domu to już jest w ogóle paranoja. Dorosłym ludziom ciągle się wypomina, że za mało zjedli! A my mamy po 30 lat i dobrze wiemy ile możemy zjeść! Boję się o swoje przyszłe dzieci, że będą terroryzowane jedzeniem i ten tekst właśnie mi uświadomił, co mnie czeka być może już niebawem ;(

  • Byłam niejadkiem. Przyznaję się. Moja mama i babcia wiecznie próbowały mi na siłę wpychać jedzenie. Efektem tego jest chociażby moja niechęć do babci do dzisiaj (chociaż już biedaczka 97 lat skończyła i już nic mi nie wpycha). W podświadomości zostaje wszystko. Dlatego z moim dzieckiem postępuję zdecydowanie odwrotnie. Niestety nie jest idealnie, bo mój mąż wyznaje całkowicie inną zasadę (ciężko się go reformuje 😉 ), że wszystko z talerza ma być zjedzone bez gadania. A ja uważam, że dziecko ma prawo czegoś nie lubić. Dziecko ma prawo chcieć zjeść suchy chleb na śniadanie. Dziecko ma prawo wybrać, co chce jeść (to my oczywiście podsuwamy do wyboru odpowiednie rzeczy). Dziecko jest człowiekiem i powinno mieć możliwość decydowania o tym co i ile zje.

  • Agnie Sza

    Powiem tak, jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach :-). Moje dzieci jedzą w miarę normalnie, tzn. jedzą to co lubią i tyle ile chcą. Nie martwię się tematem jedzenia specjalnie, bo: karmiłam i karmię je piersią długo ponad rok, więc nawet jakby nie dojadały to moje mleko uzupełniało im ewentualne niedobory. Ważyłam co jakiś czas i przybierały, rosły też wzwyż. Jedne więcej, inne mniej, ale rosły i to jest na plus. Poza tym nie miały żadnych specjalnie problemów zdrowotnych i wyglądały ogólnie jak zdrowe, normalne dzieci. Najpierw były pulchnymi niemowlakami, potem stopniowo traciły ten tłuszczyk, między 5-6 rokiem życia wszystkie były już szczupłe i są takie do teraz. Niestety mam w rodzinie dalszej dzieci, które nie wyglądają zdrowo. Są chude, kościste, blade, mają podkrążone oczy, są albo apatyczne, albo nadpobudliwe. To jest rodzeństwo. Starsze dziecko chce ciągle jeść, ale jego upodobania są dość dziwne, nie będę sie rozpisywać. Młodsze dla odmiany nic nie chce jeść, na widok łyżeczki wrzeszczy, bierze jedzenie do buzi i po chwilowym pomieleniu wypluwa. Mało też pije, co mnie już w ogóle dobija. Kupy robi bardzo rzadko, i zazwyczaj twarde. Ma ponad 1,5 roku a wygląda jak mały ludzik na zapałkach. Główkę ma mniejszą niż moje 13 miesięczne (ta sama płeć), szyjka jak patyczek. No sama skóra i kości. Rodzice twierdzą, że nie wiedz już jak to dziecko karmić. Tu skubnie z czyjegoś talerza, tam dziubnie coś innego i tak wygląda jej jedzenie non stop. Ma anemię i jest prawdopodobnie ogólnie niedożywiona. I co robić w takiej sytuacji? Ja uważam, że należy szukać przyczyny, robić dziecku szczegółowe badania, bo moim zdaniem, to może być objaw wtórny jakiejś choroby. Ale rodzice dzieci twierdzą, że nic im nie jest i kolejny raz w roku je odrobaczają:-(

  • Dagmara Dmitrzak

    Dzien dobry, Jestem mama, jestem tez nomen omen psychologiem, a przede wszystkim chyba nie stracilam zdrowego rozsadku w okresie pieluchowym.
    Moja aktualnie prawie dzieciecioletnia corka jest dzieckiem na ktorym uczylam sie macierzynstwa. Bez ksiazek i poradnikow, bez internetu i unikajac rad rodziny. Nie kupowalismy specjalistycznego sprzetu, nosidelek; mat, wozkow, siedzisk, obracanych samochodowych fotelikow, antybakteryjnych zeli i antyalergicznych poscieli i odkurzaczy. Corka jak chciala jadla przez trzy dni buraki, albo przez dwa winogrona. Kiedys zlapalam ja na wyjadaniu masla z maselniczki.

    Podrozowala z nami od malenkosci, tak jak i nasz kot. Jest madra, nie ma zadnych alergii, jest dwujezyczna, i wiekszosc czasu spedza albo z kolezankami na dworze, albo czytajac ksiazki. To ona dostosowywala sie do naszego stylu zycia a nie my do jej, Jest cudownie,nieprawdopodobnie wprost normalna co jest takie rzadkie w dzisiejszych czasach…
    Kochani rodzice, nie dajcie sie zwariowac.
    Wiekszosc rzeczy ktora wydaje sie wam niezbedna przy wychowaniu dziecka jest zbedna! Wiecej wiary we wlasne sily, osady, umiejetnosci, rozsadek i intuicji. A przede wszystkim nie dajcie sie rodzinie i przyjaciolom. TO jest Wasze dziecko.
    Pozdrawiam, Dagmara

    ( http://www.coach-psycholog-montpellier.fr)

  • Oczywiście, że przekarmianie jest znacznie starsze. Moja mama, rocznik 32, wspomina, że jako dziecko była niejadkiem i nierzadko siedziała i płakała nad jedzeniem, które miała zjeść a nie chciała. Dlatego postanowiła, że swojego dziecka zmuszać nie będzie. 🙂

  • Magdalena

    A ja się trochę boję. Moja córcia 2 lata od początku dużo jadła nie byłam w stanie wykarmic samą piersią (z różnych powodów..
    ) więc do 9 mca karmilam mieszanie. Dziecko jadło medtoda blw. Je bardzo ładnie aż za ładnie. Ma 95 cm wzrostu i 15 kg tak wygląda na 3 letnie dziecko. Zawsze była duża już po urodzeniu Je sama tyle ile chce a czasem chce dużo. I co wtedy? wszyscy się martwią jak dziecko nie je, ale jak je dużo też zmartwienie. Bo przecież nawet tu można przeczytać że upasione…czyli że źle. A moja córka po prostu jest duza. Lubi zjeść nawet watrobke ona lubi większość rzeczy.

  • Podpisuję się wszystkimi kończynami – matka córki, która w ciągu trzech miesięcy poszła w górę o rozmiar (prawie cztery lata, nosi w porywach do 116 O.o) żywiąc się głównie kanapeczkami z masełkiem i wodą do picia. No czasem ewentualnie domowe spaghetti, bo to wciąga w każdej ilości 😉 Żeby nie było, nie głodzimy, podajemy jej wszystko co sobie, ale panna ma preferencje. Jakby co – wyniki w porządku.
    A tak naprawdę – zmuszanie dziecka do jedzenia wydaje mi się jedną z autentycznych tortur, bo próbując wyobrazić sobie na sobie dostaję, za przeproszeniem, automatycznej cofki. Dziecku swemu wżyciu tego nie zrobi. A niech je ten chleb.

  • Mocne słowa, ale chyba inaczej się już nie da, żeby trafiło 😉 Te tabelki, wykresiki, schemaciki, to wszystko o kant dupy potłuc. Nie mam pojęcia jakie są normy dla roczniaka, nie wiem ile czego powinno jeść, ale wiem, że mój syn głodny nie chodzi, rozwija się jak trzeba i jest szczęśliwy 🙂 Słoiczka nawet jednego w życiu nie spróbował, z obiadu raz zje dużo a raz nic i żyje. Ale podejście dziadków też mnie dobija. Trzeba jak najrzadziej odwiedzać w porze obiadowej 😛

  • Jacek Zdynowski

    Doskonały tekst. W pełni podzielam Twoje zdanie! 4 letnia siostrzenica „NIC!” nie jadła, dopóki nie wziąłem jej na spacer w góry. Bułkę wcięła, zanim otwarłem konserwę 🙂

  • Weronika Raflesz

    Postanowiłam sobie, że skomentuję w końcu następny post, bo czytam od dwóch lat i się nie odzywam (za to bardzo dziekuję za rekomendacje, sporo rzeczy kupiłam moim chłopcom, bo przeczytaniu u Ciebie recenzji :)).

    A temat mi bardzo pasuje, bo właśnie jestem w trakcie czekania, aż mój młodszy syn będzie gotowy do posadzenia w foteliku i posmakowania pierwszych rzeczy. BLW udało nam się świetnie u starszego – wszyscy się świetnie bawiliśmy, a do tego jakość naszych posiłków wzrosła, bo starałam się przygotowywać wspólne posiłki. Nigdy się nie martwiłam, czy je wystarczająco (food under one is just for fun), fajnie było dowiadywać się, co mu smakuje. Ten spokój to efekt mieszkania 300km od rodziny – podczas wizyt u dziadków tylko się śmiałam z reakcji na to jak Maks (nie) je :D.

  • Angelika Horzowska

    Świetny tekst..sama mam a raczej teraz miałam ten problem z córką.Wszyscy mówili,że nie je nic..w końcu za namową zaczęłam córkę zmuszać i stać nad nią,a nawet karmić(5-latkę!!) za każdym razem wybuchała histeria i awantura..teraz sama nie mogę uwieżyć w to..ale jakiś czas temu zrezygnowałam z tych metod..słyszałam różne opinie..że się poddałam,że mi nie zależy na tym żeby córka jadła wszystko..ale to była moja decyzja..zrobiłam młodej wyniki..wyszły idealne..lekarz zalecił żeby jadła „to co lubi i kiedy chce”..córka rośnie, rozwija się super, energii ma nieraz aż za dużo 😉 przestałam ją upominać i namawiać..i rodzinę też upominam żeby dali jej spokój, że widocznie najadla się jednym kurzym udkiem i mizerią nawet jeśli nie tknęła ziemniaków..plus dla mnie bo nie przechodzę codziennej nerwicy i dla małej bo wie że mama jest po jej stronie i nie będzie w nią wciskać jedzenia..polecam wszystkim dzieci naprawdę najlepiej wiedzą kiedy są głodne..nawet noworodek potrafi zasygnalizować głód..przestańcie zadręczać siebie i dzieci i cieszcie się ich dziecińtwem zamiast zamieniac je w koszmar..raczej wątpię, żeby którakolwiek matka chciała żeby jej dziecko miało w przyszłości problemy psychiczne..

  • Monika Watras

    Super tekst! Pozdrawiam i zapraszam do mnie! 😉

  • I mnie w dzieciństwie przekarmiali aż stałam się w podstawówce niejadkiem z jadłowstrętem na około rok czy dwa (jadłam wtedy jedynie chleb z masłem i dżemem jabłkowym, parówki, zupę pomidorową, naleśniki i czasami jakieś mięso). Niestety interwencja babć w stosunku do Mamy sprawiła,że Mama mnie oddawała w ręce babć po szkole na obiady i podwieczorki (przecież dziecko nie będzie w szkole na obiady chodzić! Tam na pewno nie zje! Ani na świetlicę! U mnie może posiedzieć…)- w efekcie babcie przekarmiały w podstawówce (dziecko umrze jedząc tylko kilka produktów, zachoruje, padnie Ci, babcia wie lepiej.)W efekcie przytyłam, uzależniłam się od cukru i ciężko było zrzucić dodatkowe kilogramy. Szczęściem rodzice zareagowali po 3 latach terroru babcinego. Nie wiem co by było ze mną gdybym dłużej musiała to znosić. Brrr.

    Od podstawówkowego przekarmiania przez babcie minęło około 10lat, a ja nadal pamiętam niektóre sytuacje i potrawy, które odczarowywałam sobie sama na studiach (bądź przy pomocy rodziców). Trudno jest po takim kilkuletnim przekarmianiu dojść do porządku z rozpoznawaniem głodu i sygnałów sytości bądź z określeniem swoich ulubionych potraw (przy przekarmiającej osobie nic nie jest ulubione, wszystko to po prostu pasza,którą chcą w Ciebie wepchnąć na siłę by kultywować i umacniać swoją rolę Matki/Babki Polki Gotującej i Karmiącej, poświęcającej się dla dziecka,myślącej o dziecku, gotującej specjalnie, troszczącej się. Schemat wynikający z czasów wojny i PRL gdzie prababki i babki zdobywały wszystko z trudem by wykarmić rodzinę. Jednak obecnie to bardzo egoistyczna postawa u podłoża której leży po prostu wejście w schemat, dbanie o siebie i swój komfort. Przecież liczy się to,że MATKA/BABKA się martwi o SWOJE dziecko, o to ile zje. Ona się martwi! Nie liczy się jednak z żołądkiem dziecka, psychiką i jego podmiotowością. Z wpychaniem kolejnych łyżek. Z możliwością bólu brzucha, wymiotów czy po prostu złego samopoczucia psychicznego. Jak Wy się czujecie gdy zjecie za dużo? Ale tylko dziecko…więc wszystko można? Miłość wszystko wybaczy? Troska,dobro dziecka więc można je odrobinkę sterroryzować?

    Nurtuje mnie też to,że małe dzieci się terroryzuje by jadły, a nastolatków naskakuje, krzyczy i poucza. Zaleca diety,zdrowe odżywianie i sport. Wciąż narzeka się,że jedzą słodycze, fastfoody, pizze, frytki lub mączną polską kuchnię, że tyją albo chorują na przeróżne zaburzenia łaknienia. Hej, hej! W jednej chwili te dzieciaki i młodzież się gruba nie stała. Żadnej czarodziejskiej różdżki ani eliksirów sprawiających,że nagle ktoś je tylko pizze,kebab i drożdżówki bądź zamyka się na jedzenia i staje się „zaburzony”. To tylko krótkowzroczność dorosłych.

  • Xenian

    Mój synek zaczął tak naprawdę jeść jak ja wyluzowałam. Kompletnie przestałam się przejmować tym czy zje czy nie. Po pierwsze dałam mu okazję, żeby jadł sam rękami. Druga sprawa że je dokładnie to co my. Trzecia sprawa, że absolutnie nie je między posiłkami. Nie daję mu słodyczy itp, a jeśli chce mu podać chrupki to są one elementem posiłku, np. Owoce, jogurt i chrupki. I je!!! Wszystko je i bardzo lubi próbować.

  • Naprawdę często mam wrażenie, że mnóstwo ludzi widzi dzieci jak jakichś totalnych debili, którzy nie mają pojęcia, kiedy są głodne i ile jedzenia potrzebują. Co gorsza, niedawno przeczytałam w internecie, jak ktoś napisał, że powinno się zmuszać niemowlaki do jedzenia więcej, bo one zwyczajnie nie wiedzą, ile potrzebują!

  • Agnie Sza

    Chodzi o to żeby dziecko zjadlo tyle żeby nie być głodne i nie budzic matki w nocy kilka razy i podsysac mleko ?. Nie dojedzone dzieci w ciągu dnia chcą jeść w nocy. Organizm musi sobie dostarczyć tyle kalorii ile w danym momencie potrzebuje i koniec. Problem pojawia się wówczas kiedy dziecko jest wybredne i niewiele z tego co zostaje mu zaproponowane mu smakuje i pasuje. Wtedy skubie i dziubie w dzien zamiast jeść a w nocy zamiast spać i się regenerowac płacze i jeczy bo jest rozdrażnienie przez głód.

    • Ja robię tak, że karmię mojego bobasa przed położeniem na noc i później, zanim ja się położę, budzę ją trochę (ale nie całkiem, nie podnoszę jej ani nic) i karmię ją tak na wpół śpiącą. Od kiedy zaczęłam tak robić, mała zaczęła spać przynajmniej 1,5 godziny dłużej niż spałaby normalnie, czasem dochodzi do 2 godzin. A takie półtorej godzinny dłuższego snu może być zbawienne :)).

      • Agnie Sza

        A co masz na myśli pisząc bobas? Dla mnie to niemowlę a ja nie pisałam o niemowlakach tylko o starszych dzieciach powyżej roku.

        • A, no moja ma 4 miesiące. Ale myślę, że z takim rocznym dzieckiem da się zrobić podobnie, żeby lekko przebudzić i dokarmić na śpiocha.

          • Agnie Sza

            Nie da się ?. Przynajmniej z moim dzieckiem. Podkarmianie i dokarmianie mlekiem z piersi nic nie daje. To już inny etap. Jak zje porządną kolację to na kp się budzi się dopiero koło 5.00 rano.

          • O masz, no to szkoda, że się nie da! Życzę więc, żeby szybko się wszystko poprawiło 🙂

  • Natalia

    Może napiszę z własnego doświadczenia, do czego doprowadziło mnie karmienie na siłę, szantaż i przemoc przy jedeniu… Od lat borykam się a to z bulimią, a to z kompulsywnym jedzeniem. Było standardowo. Za mamę,za tatę, itp. Jak byłam starsza to z pasem, szlaban w jadalni – nie wyjdziesz z kuchnii dopoki nie zjesz… I z rykiem, histerią wmuszalam w siebie tego kotleta… A skończyło sie tak że w żołądku nie mam limitu. Nie czuję sytosci. Potrafię na raz pochłonąć kilogramy jedzenia.. I się nie najeść. Wymiotować i jeść znowu… Mięsa i wędlin nie jem bo mnie obrzydzają…od wmuszania – wege nie z przekonania a z wstrętu do smaku mięsa… Paradoksalnie lubie to czego wlasnie mi nie wmuszano – słodkie i warzywa. Jako nastolatka ofiara kpin i żartów – bo gruba. A to doprowadziło do kompleksu, aż w koncu bulimii – bo jadłam, zwracałam i nie tyłam….

    A dziś jestem mamą prawie dwuletniej córki… I to dziecko decyduje u mnie ile zje. A ja daje jejndo wyboru zdrowe jedzenie. I je… Moim okiem mało – ale jeśli jej to wystarcza i jest absolutnie zdrowa..to nie chcę doprowadzić jej do tego do czego doprowadzono mnie…

  • Monika Gładysz-Leper

    To ja jeszcze tak z kategorii – „a co jeśli moje dziecko je tylko kluski i chleb”. No nic.
    Trafiłam kiedyś na fajnego pediatrę, totalnie z przypadku, w jakiejś weekendowej pomocy medycznej, bo dziecko dwuletnie moje wtedy chorowało. Nie pamiętam, bo to dawno było, jak temat zszedł na jedzenie, ale powiedziałam, że młode je tylko czerwoną zupę, banany i makaron z żółtym serem. A lekarz: „To dobrze, jakby dzieci nie były wybredne, to gatunek by nie przetrwał.” Chodzi o to, że natura nie jest głupia. Jak dziecko nauczy się chodzić, to często przestaje jeść różnorodnie z własnej woli. Je tylko pięć rzeczy na krzyż, które najlepiej zna, a przed całą resztą broni się jak przed śmiercią. No bo wiecie, kiedyś dzieci nie były cały czas pilnowane, matka musiała zbierać opał i pilnować kilkorga innych dzieci, więc takie chodzące młode nie mogły jeść wszystkiego, co znajdą, bo by się otruły. Jadły tylko to, co najlepiej znały, najlepiej w kolorze dojrzałych owoców – czerwone i żółte jedzenie było najważniejsze. I słodkie, bo słodkie znaczy jadalne. Ten okres tępoty jedzeniowej mija z wiekiem, ale natura nie jest głupia. Jesli dziecko jest zdrowe, dajmy na luz, nie umrze przy pełnej lodówce, inaczej gatunek by nie przetrwał. 😉

  • Ewa Orczewska

    Podejscie z tego artykulu jest jak najbardziej ok. Ale blagam nie mowmy matka ze jak dziecko (niemowle) nie je lub je malo to jest to normalne. Nie jest.
    Mowie to z perspektywy matki ktorej dziecko z uwagi na problemy z napieciem/ mega refluks/ mega alergie zaczal kojarzyc jedzenie jako cos zlego i zaczal przed jedzeniem bronic, az w koncu w wieku 6 miesiecy nie wiedzial po co jest jedzenie i ze potrzebuje do zycia i wyladowalismy w CZD na programie zabuze karmienia. Rozne sa przypadki ale pliz nie szerzmy wiedzy ze niejedzenie lub niechec do jedzenia jest ok bo niektore dzieci „tak maja” bo czasem nie jest.

  • Aga

    To moja córka ma odwrotnie. Zjada ze smakiem cały słoiczek na obiad, a jest poniżej najniższego centyla. Oprócz tego kaszka na śniadanie i na kolację, przecier owocowy albo jogurt, soczek i ze dwie kaszki w nocy. I mam gdzieś ludzi, którzy mówią, że taka chudzina. Moja świętej pamięci babcia – całe życie skórka i kości. Moi rodzice – skórka i kości. Ja – skóra i kości. Nigdy nie ważyłam tyle ile powinnam, w podstawówce rodzice byli wzywani do szkoły dlaczego mnie głodzą, bo przez rok urosłam 17 cm i nic nie przytyłam. Nawet pod koniec ciąży byłam ciut poniżej wagi, jaką najmniej powinnam mieć. A wszyscy badania mamy idealne. Ja byłam specyficznym niejadkiem, bo bardzo lubiłam i lubię jeść, ale baaaaaaaaaaaaardzo niewiele potraw. I moja mama, co dzisiaj pewnie było by skrytykowane, robiła mi to co lubię i jadłam to co jeść chciałam. Nigdy nie doświadczyłam stereotypowej babci wpychającej jedzenie (dlatego dzisiaj nie znoszę wizyt u babci męża, chociaż jest prze kochaną kobietą, ale nie mam już siły jej mówić, że nie jem tyle ile ona mi proponuje), bo moja mama też była niejadkiem, więc babcia wiedziała, że najlepszy spokój na niejadka to święty spokój. A jednocześnie jak wnusia miała ochotę na babcinego mielonego to takowego dostawała 😉 ja ze swojego doświadczenia wiem, że najwięcej jem wtedy, kiedy nikt mi nie patrzy w talerz i mojego jedzenia nie komentuje. I moja mama też tak robiła. I też często byłam o kromce chleba, ale jakoś mama to przebolała 😉

  • Aleksandra Dudek

    Podzieliłam się oczywiście tekstem 🙂
    Nie znoszę słuchania, że mój pokarm (pierś) jest za chudy, że dziecko się nie najada, że mu nie wystarczy itp itd. Nie wyobrażam sobie dawania dziecku wiecznie zblendowanych rzeczy i zmuszania do jedzenia. Całe szczęście póki co ładnie zajada, ale jak jakimś cudem kiedykolwiek sytuacja się odwróci nie będę zmuszać!

  • Iza

    Mam wrażenie, że większość moich znajomych (i ja zresztą też) ma tak, że dopiero jak są opchani po kurek to uznają, że jedzenia było dużo. Można to zauważyć po wyjściu z restauracji. Jak ledwie możesz się ruszać, to porcja była ok. Jak po prostu się najadłeś, to mogłoby być więcej. Dopiero jak zaczęłam rozszerzać swojemu dziecku dietę i czytać więcej o odżywianiu w kontekście wczesnego dzieciństwa to po raz pierwszy pomyślałam, że większość z nas nie uczyła się decydować, kiedy jest najedzona, bo decydowała mama lub babcia. A mama albo babcia uznawała, że wystarczy, jak dziecię pochłonęło już całego kotlecika (a dorosły dostawał takiego samego) czy miskę zupy (4 razy większą niż jego żołądek).

    Mój syn ma dietę rozszerzaną blw i szczerze, bardzo się cieszę, że trafiłam na tę metodę. Naprawdę nie wyobrażam sobie, jak wygląda karmienie na siłę. Ale może to dlatego, że staram się nie robić rzeczy, które powodują u mojego dziecka płacz (z wyjątkiem koniecznych sytuacji, typu zastrzyk czy zabranie niebezpiecznego przedmiotu). Dziecko naprawdę szybko zaczyna nam komunikować, czego chce (i to nie tylko w sferze jedzenia) – wystarczy je tylko obserwować.