Po tekście o BLW dostałam masę pozytywnych komentarzy, ale i sporo maili ze szczerymi wątpliwościami:  „A co jeśli je za mało?  „Skąd mam wiedzieć, że zje tyle, ile potrzebuje?”. „Skąd mam wiedzieć, że nie będzie głodne?”. I najlepsze „Skąd mam wiedzieć, że zje tyle, ile musi?”. Cierpliwie na te wątpliwości odpowiadałam, ale po kilku dniach chorowania znów mam w skrzynce kilka pytań, postanowiłam więc zbiorczo odpisać, co następuje:

 

Jeśli martwisz się, czy twoje dziecko zje wystarczająco dużo, jeśli martwisz się, że je niewystarczająco dużo, jeśli twierdzisz, że je mało, jeśli nie śpisz po nocach, że nic w ogóle nie je, błagam, usiądź i zastanów się, czy ktokolwiek kiedykolwiek umarł nad miską zupy?

 

Zastanawia mnie ten pęd na to, żeby dziecko zjadło nie tyle, ile potrzebuje, a tyle ile myśli rodzic, że dziecko potrzebuje? Skąd ta niewiara w możliwości dziecka? Przecież matka króliczyca w naszej klatce, gdy po sześciu tygodniach odstawiała swoje młode od piersi [odstawiała wstawcie sobie w cudzysłów, bo młode same się odstawiały] nie biegała za swoją szóstką szkrabów i nie wsadzała im w pyszczek pokarmu, bo „może same zjadły za mało”. A przecież króliczki mają trochę mniejsze móżdżki niż niemowlaki, a co dopiero my – dorośli.

 

Mówisz, że twoje dziecko nie chce jeść niczego, a ja powiem, że nie wierzę, bo gdyby nic w ogóle nie jadło, to by pewnie umarło. Mówisz, że je, bo mu wciskasz na siłę. A ja się spytam, skąd wiesz, jak dużo jedzenia mu wcisnąć i ile potrzebuje jego ciało? A co jeśli wciskasz mu za dużo, dzięki czemu bardzo wyrafinowanie zwyczajnie znęcasz się nad dzieckiem?

 

 

Zmuszanie dziecka do jedzenia jest przemocą i jedną z przyczyn trudności emocjonalnych w przyszłości. Czy będzie ono przybierało formę szantażu emocjonalnego (wspomniane w pytaniu „za babcię, za dziadka”), czy straszenia („zjedz, bo nie pojedziemy do zoo”), czy też ciągłego przypominania dziecku, że musi jeść („jeszcze troszkę, talerz musi być pusty”), nic nie usprawiedliwia takich zachowań. Zmuszanie do jedzenia może powodować powstanie nieprzyjemnych skojarzeń związanych z jedzeniem, czego następstwem może być wstręt do jedzenia, a stąd już tylko krok do zaburzeń jedzenia. [źródło]

 

 

Granice łatwo przeskoczyć, jeśli zamiast dziecku w oczy, patrzysz się tabelki z wynikami i starasz się swoje potomstwo wyśrodkować do średniej. Bo Zosia sąsiadki je więcej/mniej, bo babcia jęczy, że za mało zupy, bo nie zjadło całej miski, bo zostawiło mięsko, bo nawet warzyw nie tknęło, bo w telewizji mówili, że trzeba jeść dużo brokułów. W pewnym momencie wpadamy w paranoję i dostajemy istnej schizy na punkcie posiłków naszego dziecka, zamartwiamy się, próbujemy, wpychamy na siłę, nie wierzymy, gdy mówi, że już, że starczy. Zamiast usiąść i zwyczajnie pomyśleć, że ty też nie jesz tyle, co sąsiadka, a już tyle co twoja siostra to na pewno nie. Czasem też masz apetyt, a czasem nie. Nigdy nie jesz tyle samo, pod miarkę. A byłaś w stanie przez 9 miesięcy donosić ciążę i te dzieścia lat przeżyć, prawda?

 

Nie myśl, że się wywyższam, ja też  przez to przeszłam. Kosmyk, zwykle samodzielnie jedzący wpadł w sidła tak zwanego konformizmu. Czyli karmienia przez babcię, która z dobroci serca, starając się dziecku dogodzić w każdym aspekcie życia, raz, drugi, trzeci pozwoliła na jedzenie na kolankach, potem uległa na „pokarmisz mnie babciu”, a potem z miłości ustępowała w kolejnych widziwianiach dziecka, które zobaczyło, że jego nasionka padają na podatny rozkochany w grunt. A jeśli babcia ustępowała, to za jeszcze jedną łyżeczkę, jeszcze jeden kotlecik, jeszcze trochę, bo malutko zjadłeś, prawie wcale…  Dużo w tym mojej winy, że nie powiedziałam w odpowiednim momencie „stop”, że z konformizmu, z własnej ulgi, nie wkroczyłam w odpowiednim momencie, bo…

 

Dziecko przestało jeść. Nic, zupełnie. Dopóki mieszkaliśmy u babci, miałam pewność, że coś jednak na obiad pochłonie, że babcia jakoś go tam przekona, zmusi [właśnie – zmusi!], a że ja nie miałam cierpliwości do „karmienia”, to po przeprowadzce moje dziecko jadło praktycznie nic. Dwa dni na kromce chleba. Byłoby trzy, ale nadszedł obiad u babci, zagadanie przy jedzeniu, a potem znów nic. Tydzień, dwa, trzy. Czy naprawdę nic? W ciągu dość długiego okresu „niejedzenia”, kiedy w trosce o zdrowie dziecka zrezygnowałam całkowicie z kupowania słodyczy, bacznie obserwowałam to, co w tak zwanym międzyczasie spożywa moje dziecko, a na podłodze i gdzieś tam po kątach znalazłam: nadgryzione do połowy jabłka, skórki od chleba, otwarty słoik po musli. Więc nie tak, że nic zupełnie nie jadł. Zrezygnował po prostu z tych posiłków, podczas których był zmuszany,  niejako „oszukiwany”, zagadywany, a radził sobie samemu. Coraz częściej prosił o jakieś smakołyki, starannie omijając pory standardowego obiadu czy kolacji. Na przekór. Żeby nie było, że się dał omotać. Trochę jajecznicy skubnął przed kolacją.

 

 

 

Wszystko zależy od wpychania

Wpychamy w dzieci jedzenie. Pasiemy je. Nie patrzymy, czy chcą, czy nie chcą. Mamy swoje miareczki i do nich staramy się nasze dzieci dostosować, z durną nadzieją, że w przyszłości, z wtorku na poniedziałek zaczną decydować same. Nie zaczną. Do końca życia mogą mieć potem problemy z określeniem, czy jedzą dużo, czy za mało, borykając się z coraz bardziej [no właśnie] powszechnymi zaburzeniami odżywiania. A my je pasiemy. Kaszką, kleikiem, do piątego roku życia [i nie żartuję, bo na własne oczy widziałam pięciolatki pałaszujące zblendowane jedzenie], bo nic innego nie jedzą, bo nie chcą już zupy z kawałkami, więc mamusia zblendowała, jak przestaną chcieć zblendowaną, to mamusia sondą do brzuszka zacznie wlewać, na wlewki do szkoły w czasie obiadu przyjeżdżać. Ludzie!

Jedzenie niemowlaka. Rozszerzanie diety. Tu mnie szlag trafia, bo na potrzeby tego tekstu kupiłam pięć słoiczków dla niemowląt w wieku 9 miesięcy i odpuściłam gotowanie na rzecz tychże słoiczków. Że niby tyle porządny niemowlak powinien zjeść, odpowiednia dawka, te sprawy. Bzdura. Adaś nie zjadał nawet połowy tego słoiczka, którego resztę usiłowałam mu wcisnąć nie tyle łyżeczką, co już ma talerzyk kładłam – rozbabrał palcami, nawet nie liznął. Moje dziecko karmione do tej pory nieprzymusowo, nie zjadło do końca ani jednego słoiczka, z trzech zjadło na bank połowę! Dwa z nich „skończyły” się po jednej trzeciej. A jest  na 80 centylu, bardzo wysoko, rozwija się prawidłowo, jest radosny, bystry, pięknie śpi i tylko dwa dni ryczał, bo miał dość głupiej matki robiącej na nim eksperymenty [ostatnie dwa słoiczki]. I ja się pytam – co ma czuć matka, która myśli, że ten słoiczek to taka norma, że dziecko musi dokładnie tyle zjeść, a jak nie zje, to nie dostanie „odpowiedniej porcji witamin i minerałów” i pewnie umrze? No co? Kociokwik totalny, współczuję, bo pewnie nie jedna, nie dwie sobie włosy z głowy wyrywa, jeśli maluch najadł się przed „denkiem”.

 

 

 

Kto winien? 

Ktoś jest. Ktoś przez ostatnie lata wmówił matkom, że one nie mają pojęcia, że są głupie, że lekarze, psychologowie, położone, specjaliści od słoiczków  to kopalnia wiedzy. Straciłyśmy swój instynkt i ślepo idziemy za za kazaniem z ambony, kompletnie nie ufając temu, co nam serce i rozum mówi. Wy mi tu powiecie, że to śmieszne? Nie, kochane. Tragiczne. To, co z żywieniem naszych dzieci zrobili lekarze i specjaliści z bożej łaski, woła o pomstę do nieba. Jestem wściekła, gdy czytam kolejne wynurzenia mamy, że ona nie wie,  ile jej czterolatek powinien zjeść, a je malutko: śniadanie kanapka, potem na obiad zupa i drugie, a potem kolacja. I nic więcej, kurde, ludzie, nic więcej! A mój syn bywa, że cały dzień na suchej pajdzie chleba przeżyje. I nie, nie jest jeszcze „niejadkiem”.

 

 

Coś się z nami stało, coś niedobrego. Podkopano naszą wiedzę, nasz umysł, ktoś nam namieszał w głowie, że zamiast na nasze dzieci patrzymy się na słupki, na wykresy, martwimy się, czy za duże, czy za małe, nie śpimy, wertujemy kolejne fora, czasopisma książki, zamiast spojrzeć się w roześmiane oczy naszego dziecka i stwierdzić, że wszystko jest ok. Naprawdę, wszystko jest ok.

 

Chcecie to sprawdzić? Zróbmy eksperyment!

 

Jakiś czas po premierze natknęłam się na książkę Carlosa Gonzalesa „Moje dziecko nie chce jeść”. Zaintrygowana, oczywiście przeczytałam całą i postanowiłam dokończyć eksperyment, który autor zaleca przeprowadzić, a który ja nieświadomie zaczęłam.

 

 

Eksperyment Carlosa Gonzalesa

Jeśli wciąż i wciąż dokarmiasz swoje dziecko i wygląda na to, że ono nigdy nie przestanie zaciskać buzi przed każdym kęsem, więc może, jeśli nie potrafisz zmienić podejścia twojego dziecka do jedzenia, warto zmienić swoje podejście do dziecka? Może faktycznie po prostu – odpuścić? Powiedzieć: Hej, córko/synku, to ja, twoja matka, tyle lat zmuszałam cię do jedzenia, źle robiłam, przepraszam. Od dzisiaj – proszę! Ty decydujesz o tym, czy chcesz zjeść i kiedy przestajesz być głodny/głodna. I to stosować. I obserwować. Niech je tyle, ile chce. Przez tydzień. Przez tydzień nie wmuszaj, nie namawiaj, nie jęcz, nie stój, nie strasz, nie stawiaj warunków. Przez tydzień nikt jeszcze nie umarł z głodu, ale jeśli po tygodniu twoje dziecko nie schudnie nawet kilograma, to może to całe wmuszanie nie ma sensu, a wszystkie twoje nerwy szły na marne, bo dziecko bez wmuszania coś jednak je? Coś, co mu absolutnie wystarcza?

Eksperyment Gonzalesa właśnie tak wygląda:

 

  1. Zważ dziecko.
  2. Nie zmuszaj go do jedzenia.
  3. Zważ ponownie po tygodniu.
  4. Jeśli dziecko nie schudło kilograma, wróć do punktu 2.
  5. Jeśli schudło kilogram – koniec eksperymentu. Rób co chcesz*.

 

 

 

Ten eksperyment przeprowadziłam na swoim dziecku, jednocześnie dalej dbając, by zamiast cukierków i czekoladek w domu były zdrowe przekąski, nasze ulubione musli i ewentualnie biszkopciki. I wiecie co? Moje dziecko, wychuchane przez prababcię, że takie chude, takie niejedzące, takie biedne, takie chorutkie, nie dość, że przytyło pół kilograma [nie jedząc w ogóle obiadów, na śniadanie zjadając kromkę chleba bez niczego, sławne musli, o którym pisałam tutaj, czasem było jedynym „oficjalnym” posiłkiem!], to jeszcze po dwóch tygodniach okazało się, że wyrósł mi ze wszystkich spodni.

 

Kochani rodzice – serio, mamy paranoję.

 

Naprawdę, nikt jeszcze nie umarł z głodu nad miską zupy.

 

 

*wizyta u lekarza byłaby wskazana, bo chudnięcie może oznaczać chorobę lub pasożyty.

 

 

Jeśli spodobał ci się tekst, podziel się nim ze znajomymi i daj mi znać – będę wdzięczna!