Ona pojechała do Paryża zamiast zrobić sobie dziecko. Wyremontowała dom, zamiast zrobić sobie drugie. Ja nie pojechałam nigdzie, bo zrobiłam sobie dziecko i nie skończyłam remontu, bo zrobiłam sobie drugie. Każda z nas wybrała i każda wybrała źle. Że ja źle, to wiadomo, elaboraty mi o tym pisały czytelniczki, gdy opublikowałam tekst o samotności. Ze ona źle – dowiedziałam się dziś.

 

W internecie można ostatnio zobaczyć pewien spot – namawiający do macierzyństwa. Zanim go zobaczycie, przeczytajcie:

 

Akcja ma na celu przedstawić macierzyństwo jako szczególną wartość – nie obowiązek czy opresję, tylko naturalne pragnienie wielu kobiet, które współczesny świat mocno ogranicza. Powodem podjęcia inicjatywy są statystyki, zgodnie z którymi obecnie przeciętna Polka rodzi pierwsze dziecko w wieku przeszło 27 lat, a 10 lat temu robiła to w wieku 23 lat. [Źródło: wirtualne media]

 

 

Czujecie się zachęcone? Widzicie, ile straciłyście? Zanim wam powiem, dlaczego ten spot do mnie nie przemawia [i chyba by nie przemówił, gdybym była bezdzietna], przeczytajcie:

 

Wiecie, dwa i pół roku prowadzę blog o macierzyństwie i przez te dwa lata dowiedziałam się jednego – gdy dostaje się któryś z kolei mail o tym, że dzięki twojej pisaninie jakaś dziewczyna zdecydowała się na dziecko, a nawet [serio] nazwała je takim samym imieniem jak ty twojego syna, nie czujesz nic innego, jak wielką odpowiedzialność. Bo to nie jest tak, że juhu, hajda na plemniki, robimy dziecko będzie fajnie. Dziecko, o czym zapewne moi czytelnicy wiedzą, to decyzja na całe życie i chyba nigdy nie poczuję się na odpowiednim miejscu, żeby kogokolwiek do tego namawiać, przekonywać, sugerować to, że będzie się czuło wielką stratę, gdy zamiast w macicę, cenna sperma trafi do gumki, czy gdziekolwiek indziej.

 

Ok, czasem jest fajnie – dziecko rzuca zabawnym tekstem, ty zabawnie opisujesz jak pierdzielisz się z jego histeriami, po kryjomu cerujesz sobie buty, żeby starczyło na te wszystkie bloki, kredki, zabawki, ciuchy, a zdjęcie swojej ostatniej porządnej i nie poplamionej bluzki, pociętej nożyczkami przez ukochanego robaczka, wrzucasz na insta ze śmiesznym opisem i zgarniasz na dzień dobry dwieście lajków. Nie dosypiasz, nie dojadasz, twój facet widział cię w makijażu ostatni raz, gdy bachor pomalował ci gębę flamastrem, ale jest cudownie, wspaniale. Przeżycie nie do opisania. Żałuj, że nie masz dzieci, żałuj!

 

Nie zrozumcie mnie źle – macierzyństwo to jest przeżycie. Coś, czego nigdy nie będę żałować, mimo że nie zdążyłam zrobić kariery, a remont kończyłam z jednym dzieckiem u nogi, a drugim w brzuchu. Pisałam kiedyś o tym, jak to jest być matką. Serio, uśmiech wynagrodzi czasem wszystko. Spot ma w sumie całkiem pozytywne założenia [więcej o nich tutaj].  Ale czy naprawdę trzeba do macierzyństwa zmuszać, namawiać, przekonywać, jednocześnie napomykając jakby nigdy nic na stronie, że jednym z najczęstszych powodów na odkładanie macierzyństwa jest zwyczajnie brak stabilizacji i odpowiednich warunków na w miarę komfortowe wychowanie dziecka? Namawianie do rzucania się na głęboką wodę – brawo!

 

Poza tym, ile takich mamusiek, które napaliły się na słodkie ubranka, śliczniusie nóżki i inne słodziuśkie akcesoria, zostały po porodzie przygwożdżone nie tak pachnącą rzeczywistością? Ile takich mamusiek porzuciło potem swoje dzieci? Ile takich bizneswomen odchrzaniły swój ciążowy obowiązek, bo „trzeba póki macica mi działa”, a resztę zrzuciły na nianie, babcie, ciocie, swoje własne dziecko widząc, jak dobrze pójdzie, przy niedzielnym obiedzie?

 

Naprawdę nie widzę sensu w promowaniu czegoś, budując jakieś absurdalne poczucie straty, niespełnienia, żalu… Szczególnie w czasach, gdy coraz więcej ludzi  chce, ale nie może mieć dzieci. Taki spocik do obiadku na pewno im pomoże walczyć z endometriozą czy innym dziadostwem – z pewnością nabiorą siły i podniosą się na duchu. Dosalając kotleta łzami, bo „faktycznie, mogłam wcześniej, w gimnazjum”. Nie widzę też sensu w wyliczaniu wszystkich osiągnięć kobiety i konfrontowania tego z byciem mamą. Serio, to ma tak wyglądać? Jak czeklista?

 

– Ok, Heniu, skoczyliśmy na bungee, byliśmy w trójkącie, majster wprowadził poprawki, a ja jutro zostanę prezeską, wszystko mamy zaliczone, wyciągaj sprzęcior, robimy dzieciaka!

 

Serio?

 

A propos Henia. Zauważyliście, że w spocie nie ma o nim mowy? Nie wiem, właściwie, dlaczego? Bo co? Bo kobieta na stanowisku nie może mieć faceta? Bo kobieta nie może się realizować, a facet to musi na rodzinę zarobić czy chce, czy nie? Bo kobieta nie musi uzgadniać ze swoim chłopem tego, czy chce powiększyć rodzinę? Bo o dziecku decyduje wyłącznie baba? Bo facet jest tylko dawcą i w sumie nie ma nic do gadania? Bujaj się, Heniu, chcesz czy nie, zrobię tak jak mi spot każe, bo poczucie winy mnie zeżre.

 

Zeżre, nie zeżre, rozmawiam czasem z koleżankami, które trochę zaczynają czuć ten niepokój „A co jeśli nigdy nie będę mieć dzieci?”. Zawsze im odpowiadam, że nadejdzie ten moment, w którym poczujesz, że musisz i odwrotu nie będzie. Kobiety, w której budzi się instynkt macierzyński nic nie zatrzyma. Najgorsze, co może przytrafić się dziecku, to zmuszona do macierzyństwa, wściekła matka, chowająca urazę do całego świata, który winien jest jej nieszczęścia, bo brutalnie ją do bycia matką namówił.

 

Fajnie, że mówimy o problemach związanych z późnym macierzyństwem [bardziej w komentarzach, bo w spocie, oprócz żalu, nie ma o nich mowy – może będzie w dalszych częściach kampanii?], fajnie, że poruszamy temat tego, że życie bez dziecka może [MOŻE, WCALE NIE MUSI] być niepełne. Ale zamiast wprawiać się w poczucie winy lub, co gorsza, przekłuwać prezerwatywy po kryjomu, może warto zwyczajnie poczekać aż ten instynkt macierzyński się obudzi?

 

A co jeśli się obudzi za późno? To trudno. Bez dzieci możesz częściej latać do Paryża. Podobno jest tam ładnie. I w spokoju kawę wypijesz.

 

 

Zdjęcie: http://www.nieodkladajmacierzynstwa.pl/