Mówisz, że martwisz się, kiedy płaczą. Przejmujesz się, czy nic im się nie dzieje. Dzieci na ulicy, dzieci za ścianą. Wrzeszczące, jakby ktoś je zarzynał. Pokładające się na ziemi, tłukące podłogę.  Krzyczące, jakby działa im się naprawdę krzywda.  Kilka razy zastanawiałam się, czy ktoś do nas nie przyjedzie, gdy moje własne dzieci wybuchały rykiem, bo jedno drugiemu przesunęło krzesło. Kilkanaście razy dostałam pytanie, jak sprawdzić, czy krzyczącemu dziecku za ścianą, nie dzieje się krzywda. Dopóki płacze, ty się denerwujesz. Ale pewnego dnia dzieci zaczynają płakać coraz ciszej. I już jesteś spokojna.

 

Kiedy dzieci nie słychać, myślimy, że wszystko z nimi dobrze. Kiedy się nie skarżą, nie jojczą, nie buntują, nie wrzeszczą i mamy wrażenie, że są dobrze ułożone. Nic nigdy nie przerażało mnie tak, jak grzeczne dziecko. Nie zrozum mnie źle, wiem, że takie istnieją z natury, ale i tak o wiele bardziej martwię się spokojnym i grzecznym i dzieckiem, niż szalonym i zwariowanym.  Szalone i zwariowane powiedzą od razu, co mają na sercu, te milczące, będą milczeć. O czym myślą? Co je gryzie? Czego się boją? Czego chcą? Powiedzą? Rzadko.  Ale zazwyczaj męczą nas te krzyczące. Niepokoją, bo płacz to wezwanie pomocy i my na to żywo reagujemy. A spokojne dzieci, niech sobie żyją. Niech nie proszą.

 

W zeszłym roku byliśmy na dziecięcej imprezie i była tam jedna jedyna dziewczynka bez mamy. Mama się zbytnio córką nie przejęła, przyjechała, zostawiła, pojechała. Jej wybór, może musiała. Pod koniec imprezy zauważyłam, że dziewczynka stoi przy stole z przekąskami. – Chcesz coś? – zapytałam. Pokiwała głową i nieśmiało pokazała na sok. – Mogę? – spojrzała się na mnie pytająco, jakby ten sok to była jakaś zakazana rzecz, nie do zdobycia, skarb normalnie. Piła go potem łapczywie i nawet nie spytałam czy chce jeszcze, tylko od razu jej dolałam. Raz i drugi. Naprawdę chciało jej się pić, tylko… no właśnie. Była grzeczna i nieśmiała, a jej mama nie raczyła nikomu o tym powiedzieć, uprzedzić, więc dziewczynka dwie godziny bawiła się w gorącej sali, nie mając odwagi poprosić o wodę wśród dzieci, które same sobie tę wodę i soki brały. Plusem posiadania szalonych dzieci jest świadomość, że sobie poradzą. Że jak czegoś chcą, to spróbują to mieć. Że walczą o siebie. I są cholernie angażujące i męczące, ale patrząc na nie, wiesz, że sobie poradzą.

 

Są też dzieci, które walczyć przestają. Dopóki płaczą, to płaczą, potem uczą się, że trzeba płakać coraz ciszej.  Uczą się, że tak nie można.  Są grzeczne i miłe, nie sprawiają kłopotu, nie domagają się uwagi, nie zawracają głowy, pomagają, żebyś się nie wściekł i powoli płakać przestają. To szybko idzie.  Zamknięcie w łazience, zostawienie na wypłakanie w pokoju, ignorowanie wrzasku. Powoli, powolutku, dzieci przestają płakać. A jak nie działa, niektórzy idą dalej: cios w brzuch, wykręcona ręka, wybite zęby. Jak jeszcze się drze, to poduszka na ryj i przytrzymać do stracenia oddechu.  Naprawdę, po kilku ciosach i złamanych żebrach w pewnym momencie dziecko się uczy, że nie warto płakać. Nie warto wrzeszczeć. Trzeba być cichym, grzecznym i niewidocznym, żeby znowu nie dostać.

 

Mówią po tym – jak to się mogło stać, czemu nikt nie zareagował? Czteroletni Oskarek zakatowany przez rodziców, umarł 150 metrów od Ośrodka Pomocy Społecznej. To mi dziś wpadło w oko na fejsie. Chłopiec miał obrażenia, jakie miewali ludzie po torturach łącznie z dziurą na brodzie odsłaniającą kość. Nie płakał. Nie było go słychać. Wystarczy mocniej ukarać za płakanie, a dziecko się nauczy, żeby tego nie robić. Pamiętam nagranie, na którym ratowano chłopca w Syrii po jakimś wybuchu. Chłopiec się trząsł. I patrzył. Po prostu patrzył. Jest taka granica cierpienia, po przekroczeniu której łzy przestają lecieć.

 

Mówisz, że martwisz się, kiedy płaczą. Przejmujesz się, czy nic im się nie dzieje. Dzieci na ulicy, dzieci za ścianą. Wrzeszczące, jakby ktoś je zarzynał. Pokładające się na ziemi, tłukące podłogę.  Krzyczące, jakby działa im się naprawdę krzywda. Nie twierdzę, że nie. Trzeba być czujnym. Ale mnie najbardziej martwią dzieci, które przestają płakać, protestować i się wściekać. Dzieci, które się poddają, bo wiedzą, że nic ich nie uratuje. Są też dzieci, które w pewnym momencie przestają płakać. Dzieci, które milczą. To w tej ciszy wyzierającej z ich oczu dzieją się czasem największe tragedie. Na które nie zwracamy uwagi, bo tylko płacz jest dla nas wołaniem o pomoc.

 

Milczenia nikt się nie boi.

 


A jeśli chcesz dostawać info o nowych wpisach, możesz  zainstalować sobie blog na komórce. Na święta dostałam własną blogową aplikację, która sprawi, że do całego bloga będziesz mieć dostęp z komórki.  Tu wersja na Android, a tu na IOS.    Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na facebooku [jeśli chcesz widzieć, co tam piszę],  zawsze też jestem na instagramie, więc tam możesz zerkać, co gadam na żywo 🙂  dziękuję!

Photo by Annie Spratt

  • Katta Riina Aspaas

    Chyba najlepszy i najważniejszy twój tekst ever. Mówię chyba, bo trochę ich było (tych dobrych i tych waznych).

  • Danusia Gola

    Brawo za ten tekst! Nie można koło niego przejść obojętnie

  • Joanna Jolanta Lipińska

    Też to dzisiaj czytałam. Płakałam ochodzilam po chwili wracałam zeby znow kawalek przeczytac bo na raz sie tego nie dało w głowie się nie mieści co zrobili temu dziecku. Ja też czasem mówię dziecia że w końcu policja do nas zapuka bo któryś sąsiad nie wytrzyma tych ich krzykow i wrzaskowi wiem co zastana bałagan i na pół gole dzieci 🙂 ale na pewno nigdy nie stała im się krzywda. Nie wiem jak matka mogła coś takiego zrobić temu biednemu chlopczykowi

  • Przypomniała mi się bardzo wartościowa bajka:
    „Kiedy byłam mała, uwielbiałam cyrk, a najbardziej w cyrku podobały mi
    się zwierzęta. Moją uwagę przyciągał zwłaszcza słoń, który – jak się
    później okazało – był także ulubieńcem innych dzieci. Podczas
    przedstawienia, to ogromne stworzenie paradowało, prezentując swój
    niesamowity ciężar, rozmiar i siłę… Ale po przedstawieniu i krótko przed
    wejściem na scenę słoń zawsze siedział uwiązany jedną nogą do kołka
    wbitego w ziemię.

    Jednakże kołek był tylko małym kawałkiem drewna, który tkwił w ziemi
    zaledwie kilka centymetrów. I chociaż łańcuch był mocny i gruby,
    wydawało mi się oczywiste, że zwierzę, które jest zdolne wyrwać drzewo z
    korzeniami, mogłoby z łatwością uwolnić się z kołka i uciec.

    Zamknęłam oczy i w wyobraźni ujrzałam dopiero co narodzonego i
    bezbronnego słonia, przywiązanego do kołka. Jestem przekonana, że słonik
    ciągną, pchał i pocił się, próbując się uwolnić. I mimo, że użył
    wszystkich swoich sił, nie udało mu się, ponieważ wtedy kołek był dla
    niego za solidny.

    Wyobrażałam sobie, że zasypiał ze zmęczenia i następnego dnia próbował
    znowu, i kolejnego dnia, i kolejnego… Aż nadszedł dzień, który odbił się
    strasznie w historii słonia, dzień, w którym zwierzę zaakceptowało
    swoją niemoc i zdało się na swój los.

    Ten potężny i silny słoń, którego widzimy w cyrku, nie ucieka, ponieważ biedaczysko nie wierzy, że może.

    Nigdy, nigdy więcej nie starał się ponownie wypróbować swoich sił…”

  • Kiedy zobaczyłam tytuł, od razu pomyślałam o Oskarku. Ciężko przestać o nim myśleć.