To była nasza standardowa wyprawa do sklepu. Chłopcy takie uwielbiają, bo zawsze umawiamy się, że mogą wybrać sobie przysmaki na cały tydzień. Chodziliśmy po sklepie, a ja raczej ja biegałam za Dasiem, który dzierżył swoją żyrafę-dinozaura, gdy na naszej drodze pojawiła się pani z wózkiem, tłumacząca ostro dziewczynce w wieku mojego syna, żeby ta przestała bredzić o swoich wymyślonych przyjaciołach. Że ma już tego dość, że nie zamierza o nich słuchać i dziewczynka ma się wreszcie zamknąć i pozwolić zrobić kobiecie zakupy.

 

 

Spojrzałam się na swojego syna, który nieświadomie głaskał żółtego [żółty zawsze się przytula] i trzymał za rękę niebieskiego [niebieski zawsze się gubi i trzeba go pilnować]. Ale na szczęście nie zrobiło to na nim wrażenia. Pociągnął swoich przyjaciół za rękę i poszedł w kierunku lodówek. Trzeba naprawdę dużo jogurtów, żeby wykarmić dziesięć dodatkowych osób w domu.

 

 

Bo zaczęło się niewinnie. Najpierw pojawił się żółty. Z jakiejś bajki na youtubie. Taki ludzik patyczkowaty. Synowi się tak spodobał, że zapragnął, aby tacy przyjaciele żyli naprawdę i naprawdę byli jego kolegami. Tak bardzo tego chciał, że kiedy któregoś dnia usiadłam na krześle, okazało się, że zabiłam pierwszą replikę żółtego. Ale na szczęście, dzięki współczesnej medycynie, udało się go sklonować. Później znowu na nim usiadłam, ale udało się przeprowadzić resuscytację, a później do żółtego dołączyli inni. Zielony, niebieski, pomarańczowo-czerwony, czarny, biały [biały jest zupełnie niewidzialny, czujecie?]. W pewnym momencie w naszym domu było bardzo tłoczno…

 


Ale na szczęście syn zrozumiał, że nie dla każdego starczy miejsca i ulokował część ludzików w hotelu w górach z basenami i dużą liczbą koni. Jeśli o mnie chodzi, żałuję, że z nami został jeszcze brązowy. Brązowy to taka fajtłapa. Wszystko wylewa. A to herbatę niesioną z kuchni do pokoju, a to wodę z kubką albo jogurt. Naprawdę sporo z nim kłopotów, ale za to syn przestał wylewać cokolwiek i brudzić. Wszystko zabrał od niego brązowy. Niebieski jest koszmarnie nieogarnięty, żółty to ulubieniec, niewidzialny wolno się uczy i jest bardzo niepewny. Czarny wszystkiego się boi. Pomarańczowy za to zawsze zachęca syna do samodzielnego działania, bo pomarańczowy jest odważny. Jeśli syn musi zmierzyć się z czymś trudnym zawsze zabiera pomarańczowego. Żółty też z nim zawsze jest. Brudzą z brązowym. Niebieski potrzebuje uwagi. Czerwony zapominalski. Tego śniadania do przedszkola z wtorku to właśnie on zapomniał, cholera jedna.

 

Myślisz, że żyjemy z domu wariatów? Nie. Żyjemy w domu, w którym mieszka prawie sześciolatek z niesamowicie bujną wyobraźnią, która nie tylko pomaga mu przetrwać trudne chwile, ale i urozmaica dzień. Swego czasu, gdy przytoczyłam jakiś dialog z synem o jego wymyślonych przyjaciołach, spotkałam się z opinią, wyrażoną zresztą przez pedagoga [!], że powinnam ukrócić te jego wymyślania, bo żyjemy w realnym świecie. Aż mi serce zadrgało, że gdzieś na świecie są dzieci, które nie mogą nic sobie wyobrażać, którym wmawia się, że to, co jest efektem rozwoju ich mózgu, wyjątkową umiejętnością, która przydaje się każdemu człowiekowi i która jest niezbędna w większości sytuacji twórczych, jakie go w życiu spotkają, jest nieodpowiednie i trzeba to ukrócić.

 

A wyobraźnia przydaje się w większości sfer życia, nie tylko w artystycznej sferze. wróć chociażby do szkoły i pojaw się na lekcji fizyki lub matematyki bądź chemii. Ile musiałaś sobie wyobrazić, żeby cokolwiek zrozumieć? A w kuchni?  A na drodze? Liczba wypadków drastycznie by zmalała, gdyby kierowcy umieli sobie wyobrazić, że w każdej chwili ktoś może zrobić coś nie tak, jak powinien.

 

Różowy, jak zwykle, nie chce się ustawić do zdjęcia.
Z żółtym. Najlepszym przyjacielem.

 

Czy widzicie, jak oni śmiesznie stanęli na tym drzewie?

 

Pani z ze swoją córką już wyszły. Ja usiłuję zaciągnąć towarzystwo do kasy. Żółty bardzo się słucha, ale pomarańczowy chce szaleć z Dasiem. Informuję, że z nimi czy bez nich wyjdę ze sklepu. Podnoszą głowy i patrzą się na mnie z uśmiechem.

 

– Mamo, ja chcę iść i żółty też, ale pomarańczowy chce jeszcze zobaczyć te klocki.

– To idź zobacz z nim, będę stała przy kasie. Znajdziesz nas?

– Tak!

 

 

I biegnie. Sam. Ale jednak z kimś. Z kimś, kogo sobie wymyślił, starając się poradzić z tym, że nie zawsze jest ostrożny, nie zawsze się słucha, nie zawsze ma ochotę, nie zawsze jest porządny i taki, jaki chciałby być. Oni kiedyś znikną. Tak jak znikły moje przyjaciółki-wiewiórki. Moi przyjaciele  – jelonki, z którymi biegałam po tych samych polach, po tych samych lasach. Któregoś dnia przestałam ich potrzebować i po prostu znikli. Ale zostawili ze sobą coś, co przetrwało ze mną do dziś.

 

Pamiętam komentarze pod zdjęciem z instagrama, które udostępniłam na fp. Że to dziwne, że syn widzi ludzików, którzy mieszkają w naszym domu, że to to pewnie duchy, że to pewnie jakieś zjawiska nadprzyrodzone. Najbardziej zapadł mi w pamięci komentarz tej pani pedagog, która zdenerwowała się, że dzieci mają wyobraźnię i trzeba temu zapobiec. To było smutne. Bo dzieci bez wyobraźni będą smutnymi ludźmi. Nie wyobrażą sobie dotyku matki. Uścisku przyjaciela. Kiedy będzie im źle, nie będą mogły uciec do tej pięknej krainy, w której jest dobrze. Nie wyobrażą sobie tego, że słodki czas dzieciństwa na chwilę wraca. Nie zobaczą gwiazd w świetle latarni, statku kosmicznego na niebie, cudownego krwawiącego serca wschodzącego słońca, nie dojrzą tego, że inny człowiek może myśleć i czuć inaczej, nie postawią się w jego położeniu  i przede wszystkim nie zobaczą siebie. W odbiciu tysiąca ludzi, w odbiciu własnej, niezobowiązującej do niczego, nieograniczonej w możliwościach lewej półkuli.

 

I kiedy czytałam o tym, jak wielki moje dziecko ma problem, że używa tej półkuli z powodzeniem, myślałam tylko o tym, że to ono ma problem, że widzi swoich wymyślonych przyjaciół. Problem mają ci, co nie chcą lub nie potrafią ich zobaczyć.

 

 

 

Jeśli lubisz teksty na moim blogu i Facebooku, możesz mi podziękować udostępniając ten post lub po prostu klikając „Lubię to” pod linkami czy statusami. Będzie mi bardzo miło 🙂