Chyba każdy ma w swoim życiu takie sytuacje, podczas których wyszedł albo na totalnego głupka, albo na dziwoląga, albo na nieogarniętego człowieka z lasu. Ja w swoim życiu często byłam tym ostatnim, wcale nie z racji mieszkania w lesie, ale z powodu źle dobranych okularów 😀 Mam kosmicznie dziwną wadę wzroku i nikt mi jej nie umie zoperować, więc wpadanie na latarnie, albo na ludzi w metrze było u mnie na porządku dziennym. Niemniej, dopiero jak zostałam matką, zobaczyłam, że częstotliwość moich wpadek jakby wzrosła…

 

I łapię się za głowę, bo to, co się zadziało w ostatnich kilku latach to prostu kosmos i zastanawiam się, czy to naprawdę moja wina, czy raczej powinnam szybko odchować dzieci, bo zwyczajnie mnie rozpraszają. Cóż takiego mi się przytrafiło? A proszę:

 

 

1.

 

To przez pierwsze półtora roku życia młodszego zdarzało mi się stale i regularnie. Bo młodszy „wisiał” na piersi na początku całymi dniami, jak to niemowlak. Ja, karmiąc go, czasami z komórki odpisywałam na maile lub coś czytałam. I to pukanie do drzwi zawsze mnie tak stresowało, że młody się popłacze, że wstanę i go obudzę i takie tam, że jak już wstałam z kanapy i się otrzepałam z leżenia, zapominałam o najważniejszej części ciała wolno fruwającej mi na wierzchu. I tak sobie otwierałam drzwi ze skarbami dyndającymi przed nosem gościa i podpisywałam się na dokumencie/płaciłam/odbierałam paczkę czy coś tam i dopiero po zamknięciu drzwi zerkałam w lustro i pąs oblewał mnie po kolana 😀 Kilka razy zdarzyło mi się otworzyć drzwi z piersią zasłoniętą stanikiem, bo machinalnie po skończeniu karmienia nauczyłam się go zapinać. I też mi było głupio, ale Chłop mnie oświecił:

– Aśka, serio, stanika się wstydzisz? On już w swoim życiu więcej u ciebie widział!

 

I tak też, dzięki nieposkromionej chęci syna do maminego mleka oraz z mojego roztargnienia, stałam się najsłynniejszą ekshibicjonistką we wsi 🙂

 

 

2.

 

Inną rzeczą jest fakt, że często zostawiam samopas telefon. No nie chodzę z nim przy dupie non stop i mimo że prowadzę blog i w ogóle „żyję” w internecie, to często o tym moim życiu internetowym zapominam. Zostawiam włączony komputer, na fejsie jak wół widać, że jestem online, a ja jestem z chłopakami w lesie i nie widzę, ile osób się oburza, że nie odpisuję, mimo że świeci zielona lampeczka „aktywna”. Tak jak nie przejmuję się komputerem, tak też bywa, że zapominam o telefonie. Kłopotliwe, szczególnie jeśli zapędzimy się z Kosmkiem w jakieś odmęty lasu i chcemy, żeby ktoś nas uratował i przywiózł samochodem do domu. Kłopotliwe, jeśli dzwoni ktoś z agencji zaproponować naprawdę intratną i fajną kampanię i zamiast mojego głosu słyszy… dyszenie młodszego. Bo młodszy lubi odbierać telefon, nauczył się, że zawsze dzwoni ktoś fajny – tata albo babcia. Więc kiedy raz zobaczył, że telefon dzwoni, to odebrał. I sobie dyszał, bo się zdziwił, że ktoś obcy. Więc dotknął ustami ekranu i chciał go zjeść. Nic by się nie stało, gdyby stało się to raz. Ale dziewczyna z agencji przełknęła sprośne myśli, pewnie się w firmie pośmiali i następnego dnia znów zadzwonili. I znów trafili na Adaśka, bo ja akurat byłam w łazience. Tym razem usłyszeli nie tylko dyszenie, bo Adasiowi posmakował ekran, ale też mlaskanie, bo małemu udało się oderwać ten ekran ochronny i go zjadał. Po moich mailowych przeprosinach i wyjaśnieniach [które, swoją drogą, czyniłam, nie wierząc, że ktoś w nie uwierzy] umówiliśmy się na rozmowę następnego dnia. I zadzwonili akurat 10 minut po tym, jak przestałam czekać na telefon, dałam go starszakowi , po czym poszłam opierdzielić Chłopa, że nie sprzątnął piwnicy. Starszak myśląc, że bardzo mi pomoże, odebrał i powiedział szczerze:

 

– Mamy nie ma na razie przy telefonie. Krzyczy z tatą w piwnicy.

 

I wiecie co? Nie dziwię się, że więcej nie zadzwonili, ale że udało mi się jeszcze reklamować żadnych seksualnych gadżetów, to jestem szczerze zdumiona 😀 Co prawda nie wiem, czy dokładnie tak syn powiedział kobiecie, ale jego wersja z tym zdaniem była stała i powtarzana, więc… hm.

 

 

3.

 

Oprócz bycia seksualnie rozwiązłą mam jeszcze na koncie totalne rozbicie poporodowe. I nie wiem, czy komuś się coś podobnego przytrafiło, w każdym razie ja na porodówce byłam „tą od dziecka”. Mianowicie leżałam sobie z Kosmkiem spokojnie w sali, upita jeszcze poporodowym hajlajfem i totalnie skoncentrowana na maluchu. Wiecie, jak to bywa. Trzymasz w ręku takiego maluśkiego noworodka i myślisz, że każdy, ale to absolutnie każdy musi go zobaczyć, musi się nim zachwycać, bo jest taki cudowny i piękny i nieważne, że cała buzia czerwona, a skóra ze stópek schodzi, jesteś przekonana, że twoje dziecko jest centrum świata. Nie tylko twojego – każdego świata. Stąd też, kiedy drugiego dnia po porodzie lekarz wszedł na obchód i spytał, jak ma na imię dziecko, ja, wciąż trzymając swojego Kosmyka w ramionach, totalnie przekonana, że co jak co, ale mojego syna to przecież każdy pamięta,  bo jest taki wyjątkowy i mój poród był taki wyjątkowy i pewnie już w gazetach o tym piszą i wspominają, jak pięknie się mój syn urodził, jaki był dzielny i tym podobne, z autentycznym zdziwieniem spytałam:

– To jest tu jeszcze jakieś dziecko?

 

 

4.

 

Swego czasu też Chłop wyjechał na najdłuższy w jego karierze poligon. Nad morze, na ponad trzy miesiące. Zostaliśmy z Kosmkiem sami, a ten właśnie nauczył się mówić. Miał niewiele więcej lat od Adaśka, ale mówić zaczął bardzo szybko. I kiedy Chłop wyjechał po jakimś czasie Kosiem zaczął odczuwać dyskomfort z jego braku. „Dzie tata? – chodził po domu i pytał się każdego, kogo spotkał, a odpowiedź była taka sama: o tu, na zdjęciu jest, widzisz? Niedługo wróci. „Dzie tata?” – słyszeliśmy 15 minut po tym, jak obejrzeliśmy całą tatową galerię. Nadeszło lato i przyjechali turyści. Różni i w różnym wieku. Zamarłam, kiedy na spacerze zobaczyłam mojego synka, wskazującego palcem obcego mi człowieka i wołającego:

 

– To tata! To tata!

 

Zamarłam tak, że wyglądało to, jakbym się temu facetowi przyglądała i oceniała prawdopodobieństwo ojcostwa… W życiu nie widziałam, żeby ktoś tak szybko ode mnie uciekał. Myślę też, że razem z synem staliśmy się przyczyną kryzysu w czyimś związku. A było to podobnie, tylko nad rzeką, gdzie chodziliśmy na lody. Syn jadł swojego twistera i nagle zobaczył parę, z których chłopak miał brodę, dokładnie taką samą, jaką miał Chłop przed wyjazdem. Syn rzucił loda i popędził do faceta, wołając „To tata! To tata!”. I wtedy do akcji ruszyła kobieta owego mężczyzny. Widząc zapłakaną z autentycznej radości twarz mojego dziecka, puściła rękę partnera i czyniąc mocny zamach, strzeliła faceta w twarz z okrzykiem: WIEDZIAŁAM!

 

I na nic się zdały moje przeprosiny i tłumaczenia, że pierwszy raz na oczy chłopaka widzę, a syn się pomylił. Odprowadzało nas podejrzliwe spojrzenie, a szliśmy wśród szlochów starszaka, że nie. I tym razem tata nie został znaleziony.

 

 

To tylko kilka przykładów moich wpadek macierzyńskich, które mogą się zdarzyć każdemu, a jeśli każdemu, to  na bank mi. Bo ja mam jakiś magnes przyciągania do siebie takich zdarzeń. Z jednej strony wynika to z tego, że mając na głowie masę rzeczy, bywam roztargniona, z drugiej, że ja to chyba lubię. Lubię się śmiać – z ludzkich przypadłości i z siebie najbardziej. Bo za każdym razem, kiedy widzę swoją minę w lustrze z koszulą rozdartą jak u Rejtana, to mam wielki banan na twarzy. I chyba o to chodzi, prawda? Że kiedy jest tak źle, że chce się płakać, to lepiej się śmiać. Tak mocno, jak po dialogu sprzed dwóch lat, który swego czasu podbił internet. Przypomnę:

 

5.

 

W tym roku majówka przebiegła spokojnie. W zeszłym ja byłam w 9 miesiącu ciąży, a Chłop był non stop na poligonie. Na szczęście miał zasięg i mógł czasem do nas zadzwonić:

„- Cześć, Kosmyku!
– Cześć tato, co robisz na poligonie? Bawisz się ładnie?
– Bawię się synku.
– A w co?
– A poleruję karabin, bo będziemy mieli jutro ćwiczenia ze strzelania.
– Aha. To fajnie!
– No fajnie.

***

Przez ostatni tydzień rano i po południu kręcą się koło naszego domu jacyś faceci, co wyglądają na wędkarzy. Czasami czekają przed naszą bramą na samochód, co po nich przyjeżdża, czasami przechodzą obok i idą dalej w stronę następnej wsi. Chłop od dwóch miesięcy w rozjazdach, a to szkolenia, a to poligony, ciągle go nie ma, więc każdy obcy człowiek przy płocie od razu zwraca moją uwagę. Oni też. Dziś przystanęli, gdy podlewałam rośliny, a Kosmyk zbierał swoje szczęśliwe kamienie.

– A ty, chłopczyku, ciągle z mamą się bawisz, masz tatusia? – zainteresował się jeden, trochę starszy, z zabawną brodą.
– Mam.
– A gdzie twój tata?
– Poleluje kalabin, bo będzie zalaz szczelał.

Jeśli to byli wędkarze, to ryby przy ujściu Krutyni mogą od dziś pływać spokojnie :)”

 

 

I tak, droga mamo. Nawet jeśli jesteś na początku swojej drogi i przeraźliwie boisz się tego, co cię czeka. Czeka cię wiele chwil smutnych, kiedy dzieci są chore, radosnych, kiedy będą robić swoje pierwsze kroki,  wkurzających, jak wtedy, gdy włożysz sztućce do pralki, myśląc o tym, jaką szkołę wybrać dla pociechy, a brudne ubrania do zmywarki i wszystko to włączysz od razu, dumna ze swojej organizacji pracy. Wiele takich chwil będzie. Ale zapamiętasz właśnie takie – zabawne, niesamowite, cudowne, radosne i szczęśliwe. Serio 🙂 Obiecuję!

 

 

PS. Choć błagam, kupuj zawsze większy zapas kawy, bo zazwyczaj ostatnią porcję, jaką masz w szafce, zalejesz samym mlekiem, a na koniec dodasz odrobinę wrzątku i szczerze? Nie polecam!

 

PS. Mające uchodzić za wstydliwe nogi na zdjęciu to nie moje nogi. Choć chciałabym, bo takie chude. Ale nie moje. Bądźmy rozsądni.

 

  • Popłakałam się ze śmiechu! 😉

  • Joanna x

    Oj też ostatnio prawie powitałam listonosza powiewając cyckiem, na szczęście w ostatniej chwili podciagnęłam bluzkę na właściwe miejsce 🙂 póki co jestem mamą 3,5 miesiąca więc domyślam się, że jeszcze wiele ciekawych zdarzeń przede mną:)

  • Padlam?

  • <3

  • Olga

    oj nie to tak spektakularnych wpadek nie miałam, ale mi się trafiło spokojne dziecko 😉 Jedynie mycie głowy żelem pod prysznic zamiast szamponem, spłukiwanie włosów których jeszcze nie umyłam i nalanie sobie na szczoteczkę do zębów kremu do twarzy (bo też w tubce) – tego ostatniego nie polecam 😉 zapominanie o herbacie/kawie? To przed ciążą teraz się zorganizowałam i jem/piję w czasie posiłków młodego więc przynajmniej ciepłe 🙂

  • crisscrossgirl7

    Uwielbiam spacery z moimi maluchami ( corka 11mscy, syn 3latka). Wychodzimy z domu pelni entuzjazmu, czysci, pachnacy, plecaczki zapakowane, usmiechy na buziach, swiat jest nasz ! Po drodze zaliczamy zakupy, placenie rachunkow, placyk zabaw, lody przy fontannie. Wracamy po 3 godzinach w zgola odmiennym stanie: zabawki i zakupy walaja sie po calym wozku i wszystkich torbach, cala trojka umorusana piaskiem, jedzeniem i napojami, rowerek biegowy starszaka dynda na budzie wozka bo juz nie mial sily dalej jechac, ja jedna reka trzymam corke a druga pcham wozek z przebita opona, w ktorym siedzi syn. Czuje sie jak dowodca czolgu, ktory mknie przez poligon. Nie raz pod nosem parskam smiechem, kiedy po setnym przystanku w drodze do domu, wydaje komende: zaloga, dalej na przód!

  • alicjajoanna

    „Trzymasz w ręku takiego maluśkiego noworodka i myślisz, że każdy, ale to absolutnie każdy musi go zobaczyć, musi się nim zachwycać, bo jest taki cudowny i piękny” – no nie. Całe szczęście nie każda świeża mama tak myśli.

    • Jeśli już takie uczucia potrzebujesz szufladkować, to szczęście, albo nieszczęście 🙂

      • Iza

        Gdyby kazda mama tak wlasnie myslala o swoim dziecku to swiat bylby o niebo lepszy:-) Asiu – jestes fantastyczna!

  • Hahaha 😀 świetne!!! Samo życie 🙂

  • Przypomniała mi się nasza historia sprzed ok 2 lat.
    Byłam z synkiem (wtedy ok.4,5 letnim) w chińskiej restauracji, czekaliśmy na odbiór zamówienia na wynos. Wszystkie miejsca zajęte, mała kolejka i my czekający blisko lady.
    Synek zaciekawiony czyta litery przyklejone na drzwiach lokalu:
    – B, A, R, składa w całość „BAR”, mamusiu, jak to bar??? Przecież to jest CHINOL!!!! ????
    … pewnie Was nie zdziwi, że przez długi czas omijałam wspomnianego CHINOLA szerokim łukiem ?