Pamiętam dyskusję pod jakimś zdjęciem czy statusem na fejsie o tym, że mówienie dziecku „nic się nie stało” jest głupie, bo coś, co dla nas nie jest tragedią, dla dziecka może być jak najbardziej. Wtedy też rozgorzała dyskusja na temat tego, w jaki sposób w takim razie pocieszyć dziecko, jak mu ulżyć? Padały różne rozwiązania, a między nimi siedem tych najgorszych zdań, którymi nie pocieszysz ani dziecka, ani nawet dorosłego. Zaraz  je wam dokładnie opiszę, a na koniec pocieszę [!], że jest jedno, która działa zawsze i na wszystkich.

 

 

Uczucia dzieci są trochę prostsze niż dorosłych, ale wbrew pozorom trudniej nam je zrozumieć. Niektóre kłopoty dzieci zdają nam się błahe i totalnie nie na miejscu, stąd też często nasze spięcia z maluchami. One czują się niezrozumiane, my wkurzamy się, że one nie potrafią przejść z pewnymi rzeczami do porządku dziennego. A przecież – kierując się zasadą proporcji – małe dzieci mają odpowiednie problemy do swojej wielkości. Zgubienie smoczka przez malucha jest proporcjonalnie taką samą katastrofą jak zgubienie telefonu przez rodzica. A do tego – wszyscy jesteśmy różni. Dla mnie strata telefonu to spory problem, bo jestem odcięta realnie od świata. W razie kłopotów, wypadku, potrzeby – jestem sama w lesie i do tego bez auta . Dla kogoś innego strata komórki to wzruszenie ramionami i krótkie zdanie „poradzę sobie”.

 

I wiem, że piszę oczywistości. Bo wierzę, że każdy z was zdaje sobie z tych różnic sprawę. A mimo to, kiedy przychodzi potrzeba pocieszenia, mówimy takie głupoty, że głowa boli i sprawiamy, że osoba czująca się źle, czuje się jeszcze gorzej.

 

Taki mały eksperyment

Pomyśl o takiej sytuacji. Jesteś w domu z dziećmi. Sprzątnęłaś właśnie łazienkę i zabierasz się za czyszczenie kuchni, ale kiedy szorujesz blaty, dzieci wpadają do łazienki i nie dość, że rozlewają wodę na podłogę, to jeszcze brudnymi stopami robią obleśne plamy na kafelkach i rozsypują twój ulubiony i drogi puder. Jesteś wściekła, ale jakoś ogarniasz sytuację i razem z dziećmi sprzątasz, co narozrabiały. Chcesz, żeby maluchy wiedziały, że po brudzeniu trzeba posprzątać, więc angażujesz je do pracy,  ale z nimi zajmuje ci to dużo czasu. Kończysz sprzątać  i orientujesz się, że zapomniałaś o piekącym się w piekarniku obiedzie [cały się spalił], a  za chwilę przyjdzie twój mąż, któremu obiecałaś poprasować koszule, bo tego samego dnia wyjeżdża na delegację. Mąż wchodzi do domu i jest bardzo niezadowolony – widzi pobojowisko [bo dzieci pomagały tylko na początku, a potem poleciały bawić się gdzie indziej], zepsuty obiad i pomięte koszule. A za godzinę musi wyjść. Zazwyczaj by się roześmiał i pomógł ci ogarnąć bajzel, ale jego wyjazd jest bardzo ważny i prosił cię o pomoc w przygotowaniu. Jest tak samo zły jak ty, bo pojedzie głodny i w pomiętych rzeczach, więc mówi ci, że nigdy nic ci nie wychodzi, nie umiesz ogarnąć dzieci i że zamiast wziąć się do roboty, to sobie odpoczywasz pół dnia przed komputerem. I że ma dość takiego burdelu. Zabiera swoje rzeczy i wychodzi, nie dając ci dojść do słowa. Przełykasz łzy i dzwonisz do koleżanki się pożalić.

 

I wtedy się zaczyna. Najczęściej słyszysz siedem standardowych odpowiedzi:

 


 Odpowiedź zaprzeczająca uczuciom „Nic się nie stało!”  


„No weź się nie przejmuj! Pogadał, pogadał, wyszedł, masz przynajmniej spokój. Zawsze musisz robić z igły widły i nic nie można ci powiedzieć, bo wszystko bierzesz na poważnie. Weź się już tym nie zadręczaj, bo ci się zmarszczki porobią i całkiem cię rzuci. Nie ma się czym przejmować, bo na pewno nie było tak źle, jak mówisz. Coś sobie wymyśliłaś, wcale tak nie myślisz!”

Jak się czujesz, kiedy słyszysz coś podobnego? Przykre, co? Potrafisz dostosować się do tych rad i w mgnieniu oka przestać się przejmować kiepskim dniem? Czy taka rada poprawia ci humor i zapominasz o tym, jak wrednie i bez empatii potraktował cię mąż? I w ogóle skąd wiadomo, że wcale tak nie myślę? Może z reguły tak nie myślę, ale w tym momencie jestem tak wściekła, że właśnie myślę. To tak samo, jakbym była wymalowana czerwoną farbą, a ty byś się upierała, że to niebieski.

A to jest mniej więcej taka sama odpowiedź, jaką twoje dziecko słyszy, gdy mówisz mu, że „Nic się nie stało” i nie „Nie płacz, bo nikt cię nie będzie lubił, zobaczysz”. Sugerowanie osobie smutnej, że wcale nie jest smutna lub nie powinna być smutna jest doskonałym pokazaniem, jak bardzo masz w nosie czyjeś uczucia i tylko smutek pogłębia. Sugerowanie, że osoba zła na coś, nie jest wcale zła lub nie powinna być zła – tylko pogłębia złość i bunt. Mówienie czegoś takiego jest totalnie bez sensu.

 


 Odpowiedź filozoficzna „Takie jest życie” 


„No wiesz… Świata nie zmienisz, dzieci nie zmienisz. Co robić? Musisz się z tym pogodzić. Tak to już jest, że ci mężowie mają wielkie wymagania. A dzieci są niegrzeczne. Trzeba się z tym pogodzić”

No ale kurde, ja się nie chcę z tym pogodzić! Nie chcę, żeby to był standard. I przecież nie jest, to był wypadek, wyjątkowy dzień. Zazwyczaj wygląda to inaczej, a dziś tylko się wszystko posypało, z czym mam się więc godzić, skoro jestem rozżalona i trochę zła? Jak tego dokonać? I jak mają tego dokonać dzieci, które nie potrafią panować nad swoją radością, więc w jaki sposób mają zrozumieć wyższy stan emocjonalnego spokoju i rozważnego przyjęcia, że „takie jest życie”? Trochę im trudno, prawda? I do tego – podobnymi kazaniami nikt ich tego nie nauczy. Takie rzeczy trzeba po prostu w sobie obudzić, dojrzeć do nich. Nie włączysz ich sobie „ot tak, dzięki radzie”. Trzeba albo być takim człowiekiem, który to potrafi. Albo samemu sobie takie podejście wypracować. A kiedy już to się stanie… to takie rady nie są nam do niczego potrzebne przecież, bo już to sami wiemy.

 


 Odpowiedź porada „Musisz…” 


„Musisz teraz zadzwonić do niego i mu powiedzieć do słuchu/przeprosić go. I daj karę dzieciom, bo przecież to niedopuszczalne, żeby psuły ci całą twoją pracę. W ogóle to się jakoś zorganizuj, bo się szamoczesz przez cały dzień. Robiąc wszystko, nic nie zrobisz. Kup sobie jakiś notes, zapisuj sobie, co masz robić. Jak będziesz tak dalej sobie organizować dni, to ci się rodzina rozpadnie, zobaczysz, i w syfie będziecie mieszkać”

Ok. Tylko ja mam notes, mam planer. Wcale nie chcę przepraszać męża ani mu mówić do słuchu, a dzieciom nie wiem za co dać karę – za to, że nie dałam rady się nimi zająć? Po takiej radzie czuję się tylko gorzej niż wcześniej, bo mam wrażenie, że dana osoba kompletnie nie rozumie tego, co chcę powiedzieć. A do tego wydaje mi się, że uważa mnie za kompletną idiotkę, jeśli sądzi, że sama nie wpadłam na pomysł lepszej organizacji czasu. Wpadłam, kurde, wpadłam! Ale dziś mi nie wyszło, coś nie zadziało. Nawet w dobrze działającym samochodzie może zlecieć z koła powietrze i dziś mi się to właśnie przytrafiło. Po co mówisz mi coś, co już wiem? Podobnie jest z dziećmi. Rady z serii „Przewróciłeś się? Musisz bardziej uważać” albo „Uderzyłeś się? Bo musisz patrzeć, gdzie idziesz” tylko frustrują dzieciaka. Zresztą pisałam o tym już wcześniej – nikt nie lubi być wciąż i wciąż pouczany przez domniemaną alfę i omegę. To wkurza, naprawdę wkurza. I robi z nas takich malutkich idiotów, co nie wiedzą, że żeby się nie przewrócić, trzeba iść prosto. Zresztą, kiedy dziecko coś boli, nie interesuje go, co powinien zrobić, żeby w przyszłości go nie bolało. Interesuje go tylko to, że teraz go boli. I twoje rady wcale nie pomagają.

 


 Porada pytanie „A dlaczego? 


„A dlaczego nie zamknęłaś drzwi do łazienki? Czy to nie było oczywiste, że dzieciaki wejdą z buciorami do niej, jeśli bawiły się na dworze? A dlaczego nie włączyłaś opcji automatycznego wyłączenia się piekarnika? A czemu pozwoliłaś mężowi wyjść bez słowa?”

Ugh… to jest najgorsze. Z osoby poszkodowanej zmieniam się w sprawcę i staję przed prokuratorem pytającym o przyczyny mojego nieszczęścia oraz rozliczającym z wyborów, jakich dokonałam pod wpływem emocji. Naprawdę potrzebna mi teraz wiedza o tym, co zrobiłam źle? Ja wiem, co zrobiłam źle – wszystko. I nie potrzebuję jeszcze przesłuchania połączonego z uświadomieniem mi tego, że gdybym zrobiła coś inaczej, to nic by się nie stało.  Nie potrzebuję jeszcze większego poczucia winy. Serio. Jak się uspokoję, to sobie wszystko przemyślę. Teraz po prostu mi źle.

 

I znów wracamy do dziecka i sztandarowego pytania „Czemu to zrobiłeś?”. Ja sama u siebie z tym walczę, bo wydaje mi się bez sensu pytanie o przyczynę zdarzenia, kiedy muszę się zmierzyć z jej skutkami, a wciąż mi się zdarza palnąć taką głupotę. A przecież, co mi da tłumaczenie, czemu barat popchnął barta, jeśli powinnam się w tym momencie zająć poszkodowanym, a nie szukać przyczyn? Przyczyn i sposobu na rozwiązanie kłopotu, jeśli problem będzie się powtarzał, mogę szukać później,  ale w tym momencie stoję przed faktem przewróconego malucha i tylko ten przewrócony maluch powinien mnie interesować. Tłumaczenia drugiego dziecka nic mi w tym momencie nie dadzą. Podobnie jest z faktem dokonanym. Zachodzę w głowę, co mi daje pytania „Po co to zrobiłeś”, gdy syn na przykład wejdzie gdzieś i spadnie albo coś rozrzuci, albo coś zepsuje. Stało się, no kurde, stało. Nie spada co godzina, nie rozrzuca co chwilę, nie psuje każdej rzeczy, którą weźmie do rąk, Odpowiedź na pytanie „Po co” i tak znamy: „bo chciałem”, „z nudów”, „niechcący”, „nie wiem”, „jakoś tak”. Jak znamy, to po co je zadawać? Czas się zmierzyć z jej skutkami. [przypominam: jak karać dziecko].

 


 Obrona 


„Ojej, biedny mąż. Powinnaś go zrozumieć. Jeździ do pracy, wraca, w domu bałagan, nie ma co jeść. No biedny jest, a ty się jeszcze na niego wściekasz. Powinnaś się cieszyć, że zarabia pieniądze, a nie chodzić niezadowolona.

Czy naprawdę, uczucie, które ogarnia człowieka po otrzymaniu takiej odpowiedzi, jest tym, czego w danej chwili potrzebuję? Czy naprawdę poczuję się lepiej, słysząc, że w sumie to największą winną jestem ja, bo nie doceniam męża i mam czelność na niego narzekać? Czy zwalenie winy z całej tej sytuacji na jedną osobę jest naprawdę ok? No nie jest. Przecież kocham męża, wiem, że pomaga, jestem wdzięczna, że po pracy zajmuje się dziećmi i stara się pomóc, ale kurde, ja też nie spoczywam na laurach i on nawet nie ma pojęcia z czym się przez cały dzień mierzę. Usprawiedliwianie innej osoby zajścia w momencie, gdy ja czuję się koszmarnie, jest delikatną formą znęcania się.

 

Podobnie z dzieckiem – gdy moje dziecko płacze, ma w nosie intencje osoby, która go uderzyła. Boli go i tylko to jest w stanie sobie przyswoić. Tylko ten pulsujący siniak w tym momencie go interesuje. Kiedyś, gdy Kosmyk był mniejszy, uderzył pewnego chłopca i była katastrofa. Mama chłopca chciała załagodzić sytuację i mówiła do swojego synka, że chłopiec wcale nie chciał uderzyć. A Kosmyk na to, że właśnie chciał. Bo mu chłopiec nie oddał zabawki. I chciał go bardzo mocno uderzyć, żeby oddał. No i właśnie – nie ma sensu usprawiedliwiać przed dzieckiem działań innych osób. To w danym momencie nie jest ważne. Ważna jest krzywda dziecka i to, jak mu pomóc ją znieść. Zabieranie zabawki nie jest ok, ale bicie kogoś za tę zabawkę też nie spoko. Tym zajmiemy się później, a teraz pokaż, gdzie cię boli.

 


 Żal 


„Ojej! Jak ty biedna! Jaka pokrzywdzona! Te dzieciaki ci żyć nie dają! A mąż jak zwykle nie rozumie! Jak ja ci bardzo współczuję! Będę się modlić za ciebie, żeby twoje życie choć trochę się ułożyło”.

Dziwne, nie? A ja takie komentarze czasami dostaję 😀 Czasem to sarkazm, ironia, czy co jeszcze innego, a często się  okazuje, że to… pocieszenie. I tak jak z sarkazmem czy ironią sobie radzę, tak z takim żalem mam problem, bo czuję się jak ostatnia ofiara losu. Jak osoba, która powinna dostawać nagrodę, że udało jej się z łóżka wstać bez upadku. Jak osoba, której nic nigdy nie wychodzi i jest godna pożałowania, że nad jej losem można się tylko użalać, bo nic innego już jej się nie uda osiągnąć. Wyrażanie takiego żalu nad płaczącym dzieckiem również tylko pogłębia jego smutek. „Ojej, jakiś ty biedny! Jaki biedny Kosmyk! Mój ty biduniu” – zawołuje często któraś z babć Kosmyka, a Kosmyk od razu zwiesza nos na kwintę i wbija sobie do głowy opinię, że tak, jest biedny, beznadziejny, nic – tylko go żałować, nic tylko mu losu współczuć. Nic mu się nie udaje, wszystko mu się psuje, taki jest biedny, mały, nieporadny. Nic mu nigdy nie wychodzi i nie wyjdzie.

 


 „A u mnie, słuchaj, było dokładnie tak samo, a nawet jeszcze gorzej” 


„Tak? Doprawdy? A mi się kiedyś przydarzył jeszcze gorszy dzień. Serio. [tu godzinna historia kompletnie nie podobna, ale opisująca katastrofy i przemyślenia osoby, u której szukałaś pomocy, ale na razie nie możesz dojść do słowa].

To jest najbardziej kłopotliwa sytuacja. Masz problem. A nawet nie problem, ale po prostu złe samopoczucie. Chcesz znaleźć u kogoś pocieszenie, a zamiast tego dostajesz streszczenie czyjegoś życia z najdrobniejszymi szczegółami i genealogią rodziny, wraz z pochodnymi anegdotami i z jedną konkluzją zrywającą czapki z głów: każdemu przytrafiają się różne rzeczy, nie tylko tobie. Stoisz i myślisz, w czym to ci może pomóc, ale to nie ty jesteś w tej sytuacji najważniejsza, ale osoba, u której szukasz pocieszenia, po prostu wykorzystała twój problem, żeby mówić wyłącznie o sobie.

 


 Psychoanalityk 


„A czy nie sądzisz, że twoje problemy z mężem są skutkiem twoich stosunków z ojcem? Jakie miałaś kontakty z matką? Czy ktoś kiedyś zrobił ci jakąś krzywdę w łazience, że w twojej opowieści zajmuje ona centralne miejsce?”

Chyba zostawię to bez komentarza 🙂

 

 

Wszyscy wyrośliśmy na tradycji zaprzeczaniu uczuciom

Skąd się biorą takie sposoby na poradzenie sobie z czyimś żalem, bólem, złością, rozgoryczeniem, smutkiem? A stąd, że w takiej tradycji wyrośliśmy. Tradycji sztuczności, w której wszystko, co związane było z naturalnością i fizjologią było ukrywane. Nikt nas nie nauczył mówić o uczuciach. Tych uczuć miało nie być. Sztuczne uśmiechy, sztuczne gesty, cała etykieta. Robienie „bo tak trzeba” bez najmniejszej refleksji, czy na pewno trzeba, czy na pewno chcemy tego, co trzeba. Do dziś żyją ludzie, którzy nie zaczną rozmowy bez wykonania „oficjalnych” nienaturalnych powitań, zamiast od razu przejść do sprawy. Wszyscy wyrośliśmy na tradycji zaprzeczaniu uczuciom – poczynając od dzieci i ryb, które głosu nie mają, po wyparcie z siebie jakichkolwiek uczuć smutku, rozczarowania, rozpaczy. Od pokoleń byliśmy uczeni, że „się nie płacze”, że „się nie narzeka”, że „się nie użalaj nad sobą”, że złość, smutek, żal trzeba stłumić, zapchać w sobie, wrzodów dostać, a się nie zdradzić. Uczono nas, że wszelkie złe emocje trzeba ukrywać, bo „trzeba” być uprzejmym, a dziewczynki to już w ogóle istnieją tylko po to, żeby nieść radość mężczyznom i nie sprawiać kłopotu. Są czymś gorszym, dlatego chłopcom nie wolno „płakać jak baba”. Jakkolwiek możesz się z tym nie zgadzać, to te teorie wciąż pokutują w naszej kulturze. A najgroźniejsze jest właśnie usilne zaprzeczanie uczuciom i niemożność wywalenia ich z siebie.

 

 

Czemu takie i podobne „pocieszania”  nikomu nie pomogą?

Kiedy komuś jest smutno zazwyczaj nie szuka rady, nie szuka pocieszania, nie szuka przyczyn zdarzenia, które spowodowało smutek. To się dzieje później, kiedy ochłoniemy. To jest jak z uderzeniem – kiedy nas boli, nie zastanawiamy się, gdzie wyrzucić szafkę, o którą zahaczyliśmy, nie rozważamy, czy gdybyśmy postawili nogę dalej, to by się nic nie stało, nie szukamy filozoficznych rozmyślań na temat istoty szafek,  nie mówimy sobie, że musimy uważać. Kiedy nas boli, to boli. Staramy się ukoić ból. A dopiero jak przestanie nas boleć, jesteśmy w stanie ewentualnie rozważyć, co z tą szafką.

 

Tak samo jest ze smutkiem. I w ogóle z uczuciami. Kiedy nas ogarniają, przesuwają się na pierwszy plan i zaczynają nami rządzić. Złość, smutek, rozgoryczenie, żal, wściekłość. Żeby myśleć w miarę rozsądnie, musimy się ich pozbyć. A żeby czegoś się pozbyć trzeba to wywalić. Pod tym tekstem chyba ktoś skomentował, że „no tak, jak ktoś chce kogoś uderzyć, to niech go uderzy, bo przecież musi z siebie wyrzucić emocje”. To taki typowy przykład na kompletne niezrozumienie istoty problemu. Porównam to do bałaganu. Najpierw nie odłożysz talerza na miejsce. Potem sztućców. Potem nie schowasz chleba, masła i wędliny. Potem zrobisz sobie kawę i rozlejesz, ale nie sprzątniesz od razu. Po kolei każde „nie zrobię tego teraz” powoduje, że twoja kuchnia zamienia się w małe pobojowisko. Każda z tych rzeczy zostawiona pojedynczo nie tworzy śmietnika i nie stwarza problemu, ale wszystkie razem tworzą bajzel nie z tej ziemi. I tak samo jest z uczuciami. Każde zaniedbane uczucie pojedynczo – nie jest zagrożeniem. Ale dokładanie do niego kolejnych zaniedbanych i kolejnych i jeszcze kolejnych, tworzy ci w głowie bombę atomową, nad którą trudno zapanować.

 

W jaki sposób pocieszyć kogoś, żeby zrobiło mu się lepiej? 

Ok. Wiemy już, jakie „pocieszenia” nie działają. A przynajmniej nie działają tak, jakby chciała większość. Nie pomagają ani dziecku, ani dorosłej osobie. A co pomaga?


 Wysłuchanie 


 

Jeśli najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić to zaprzeczanie czyimś uczuciom, najlepszą jest po prostu wysłuchanie. Przyjęcie do wiadomości tego, co druga osoba do ciebie mówi:

 

„O raju, ale miałaś ciężki dzień! Nie dość, że dzieciaki dostały kociokwiku, to jeszcze się z chłopem pokłóciłaś! Nieciekawa sytuacja, wszystko dziś chyba poszło nie tak, co?”

 

I pozwolić mówić. Zaakceptować. Pomóc nazwać uczucia.

 

Z dziećmi działa to tak samo. Czasem nie trzeba nic mówić, tylko słuchać aż dziecko wykrzyczy wszystko, co go męczy. Czasem możesz tylko potwierdzić: „Przykro ci? Rozumiem.”. Czasem wystarczy samo „Mhm”. A czasem możesz wykrzyknąć „To straszne!”. Czasem, kiedy dziecku jest smutno, bardzo pomaga wyobraźnia [to, co pisałam w poście o nienawiści] i pokazałam w tym statusie:

 

 

zrzut-ekranu-2016-09-20-o-15-36-00

 

Wyobraźnia to dobra rzecz. Nawet jeśli dziecko nie może dostać tego, czego chce, może sobie to wyobrazić i upuścić z siebie złe emocje. Bardzo przydatne w ogarnięciu smutku, jeśli już czujesz, że coś koniecznie trzeba powiedzieć. Ale już samo to, że dziecko czuje, że akceptujesz jego uczucia, że nie próbujesz ich lekceważyć, że są dla ciebie na tyle ważne, że chcesz ich wysłuchać i że może płakać sprawia, że w głowie robi mu się luźniej. Może na ciebie liczyć. Zawsze może ci powiedzieć, co mu leży na wątrobie. Nie odeślesz go z kwitkiem, nie powiesz, że „nic się nie stało”, nie okłamiesz, że wcale nie boli. Wysłuchasz.  Będziesz dla niego w stu procentach i nie zaczniesz jak wariatka odwracać jego uwagi. Po prostu z nim będziesz. I jak widzieliście, działa to nie tylko na dzieci, ale i na dorosłych.

 

Zamiast dawać rady, których w większości każdy sam się domyśli, zamiast zaprzeczać uczuciom, po prostu słuchajmy. Żeby w naszej kuchni nie robić aż tyle bałaganu, bo potem jest strasznie dużo sprzątania. A dobrzy terapeuci, niestety, ale sobie liczą.

 

 

 

Wpis inspirowany rozdziałem z książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały„.

 

 

 

 

 

 

  • Ola Kępka

    Rewelacyjny wpis Asia! Teoria+przyklady to jest to co działa najlepiej w moim przypadku 🙂

  • Sakinimod

    Byłam kiedyś na warsztatach NVC i mieliśmy takie ćwiczenie w parach (obcych sobie w sumie ludzi), żeby opisać swój problem, a druga strona ma tylko słuchać (wcześniej omówiliśmy jakie teksty blokują osobę, czyli Twoje powyższe punkty), czasem blokujące mogło być nawet mhm. I nagle okazywało się, że jak człowiek zaczynał mówić i widział że go ktoś aktywnie słucha to przychodził nagle moment, że wydawało się że nic już nie ma do powiedzenia – i tu normalnie druga osoba zaczęłaby dawać złote rady, ale gdy tego nie było to człowiek zaczynał sam kombinować i zastanawiać się z czego wynika jego problem, a czasem nawet dochodził do rozwiązań. A wystarczyło, że druga osoba tylko powiedziała co usłyszała, zamiast stosować tzw. zabójców empatii. Dobry terapeuta też słucha i czasem zada pytanie, ale do wniosków człowiek dochodzi sam 🙂

  • Zofia Bogusławska

    Ja zawsze staram sie wychodzic z założenia że jak ktos dzwoni/pisze i chce sie wyżalić, to ma sie wyżalić. Jakby chciał porady, to by zapytał co zrobić. Coś jak „czekolada nie pyta, czekolada rozumie” 😀 Ale w stosunku do dzieci to czasem takie cholernie ciężkie. A jak mnie wkurza jak ktoś probuje mi wchodzić w teren z dzieckiem w takich sytuacjach, nosz szału potrafię dostać.

    Bardzo ważny tekst, ludzie mają z tym bardzo dużo problemu, szczególnie właśnie w stosunku do dzieci. Szczególnie w sytuacjach dziejących się publicznie, kiedy sporo ludzi przyjmuje postawę „żeby sobie cos nie pomysleli to jednak zrobie tak, jak zazwyczaj inni robią”. A potem jest takie dziecko, któremu nie wolno płakać „bo co ludzie pomyślą”..

  • Dziękuję Ci za ten post! Bardzo!

  • Świetny wpis! Jak się żalę mojej mamie na jakiś cięższy dzień zawsze otrzymuję odpowiedź „a jak wy byłyście małe, to…” i tu historia o ciężkiej doli rodzica w PRLu, ewentualnie informację, co muszę, a przynajmniej powinnam (z reguły to, co sama już robię…). Staram się stosować metodę wysłuchiwania i wczuwania się w emocje, ale uch, jakie to czasem bywa trudne, zwłaszcza jeśli to sto sześćdziesiąty dramat tego dnia, a ja sama jestem tak zmęczona, że też akurat miałabym chęć usiąść i się rozpłakać… A dziś zabłysnęłam wypowiedzią z serii „zabolało? a wiesz, jak mama była mała, to też tak zrobiła i też ją zabolało…” – bez komentarza 😉

    Wpis o książkach przeczytałabym bardzo BARDZO chętnie.

  • Daria Og

    Dlatego ja od jakiegoś czasu nie dzwonie się wyzalić 🙂 bo jeszcze nigdy nikt nie milczał 🙂 a i sama się staram się dawać dobrych rad jak ktoś ich nie chce. Jeśli chodzi o dziecko na pewno mi Twój wpis pomoże bo tu czasem polegam ale to początek mojej drogi jako matka także nie jestem skazana ma porażkę 😉 pozdrawiam

    • Też czasem mi się zdarza palnąć głupotę. Nie dalej jak wczoraj latorośl przydzwoniła sobie grzechotką w głowę i zaczął się ryk. A ja zamiast utulić w milczeniu, zaczęłam tłumaczyć, że takie są konsekwencje walenia się grzechotką w czoło…

      Mam to szczęście, że dziecko jeszcze niewiele rozumie. Może się ogarnę, zanim zacznie łapać 😉

  • najbardziej „lubię” i najczęściej spotykam się z tym, że ktoś o coś pyta, ja próbuję odpowiedzieć i jeszcze nawet dobrze nie zacznę i już osoba pytająca częstuje mnie smaczkami ze swojego życia, tudzież swojej rodziny lub przypadku o którym słyszała od znajomej znajomego lub od razu diagnozuje problem i zaleca rozwiązanie. No nie wiem, ale czuję się wtedy jak najmniej ważna istota na świecie. Ludzie mają ewidentnie w dupie, co się do nich mówi. Taki rozmówca, zarówno dziecku, jak i dorosłemu, potrzebny jest jak koziej dupie trąba 🙂

  • TAK! Mnie to bardzo irytuje jak ludzie starają się mnie pocieszać i za każdym razem mówię, że tego nie potrzebuję. Ja nie pocieszam swojej córki, ja ją zwyczajnie wysłuchuję. I to działa o wiele lepiej i szybciej, gdy może wywalić z siebie wszystko co tylko chce bez zbędnego gadania z mojej strony.

  • Karolina Wilk

    Koniecznie koniecznie książki! jak już nie chcesz tych warsztatów prowadzić 😉

  • O tak, zdecydowanie najgorsze jest „Porada pytanie „A dlaczego?”. To taki moment, kiedy płaczemy nad rozlanym mlekiem i jeszcze raz musimy to wszystko przeżywać. Czasu nie da się cofnąć, za to emocje, które do nas wracają, mogą robić to stale. Wszystko jest proste i oczywiste… Oczywiście po fakcie. Dlaczego, dlaczego, dlaczego? – to strasznie raniące pytanie, które próbuje nam pokazać, że wszystkie nasze decyzje są złe. Ciekawe ile razy, ktoś Was pyta „dlaczego”, kiedy coś Wam się udało. Dlaczego ten obiad jest taki pyszny? Dlaczego moje koszule tak pięknie pachną i są wyprasowane? Dlaczego zajmujesz się z takim oddaniem dziećmi? – czy takie pytania mają szansę się pojawić w naszym życiu?

    Podobnie jest z tym: „A u mnie, słuchaj, było dokładnie tak samo, a nawet jeszcze gorzej”. Wtedy czujemy, że popełniamy błędy innych. Nie mamy nic swojego, nawet swojego błędu nie możemy popełnić. Bo wszystko to już się komuś wydarzyło, a my jesteśmy ciągle z tyłu. No i przecież zdarzenia wszystkich innych, były jeszcze gorsze. Więc, czym się tu przejmować?

    Jak to kiedyś pięknie powiedział Jacek Walkiewicz, jesteśmy wychowani na słowie „uważaj”. Uważaj bo się pobrudzisz, bo zabłądzisz, bo się przeziębisz. Uważaj na innych, bo cię oszukają i skrzywdzą. Uważaj na swoje słowa, bo i tak nikt cię nie zrozumie. A później, gdy uważamy już na wszystko w życiu, zaczynamy uważać na swoje emocje. Zamiast o nich mówić, zamiast próbować je zrozumieć. Zaczynamy uważać na to, by ich nie pokazywać. Zamiast je akceptować i akceptować uczucia innych, staramy się uważać na to, by ich nie zauważać. Czasami prosta akceptacja, potrafi przełamać największy strach i żal. Czasami szczere wysłuchanie kogoś historii, pozwala nam choć przez chwilę, poczuć jego ból. Emocje były i zawsze będą w naszym życiu. Jak będziemy na nie stale uważać, to nigdy ich nie zaakceptujemy. Nigdy nie pozwolimy im na to, aby zmieniały nas na lepsze.

  • tak, zainteresowani listą książek!

  • Po „nie przejmuj się” zwykle jeszcze przychodzi znienawidzone przeze mnie „będzie dobrze”. Całe tłumy wróżbitów wokół…

  • Ewa Getler-Nowrot

    Mam tę książkę, kupiłam, jak mi się urodziła córka. Osiem lat temu. Przeczytałam, zapomniałam… A dziś znalazłam ją na półce, dzięki temu wpisowi przeczytam jeszcze raz, tym razem mając jakieś pojęcie, jak to działa i o co chodzi z tymi dzieciakami. Dziękuję!

  • A ja zawsze mówiłam wyjdź z domu i chodź na wódkę/wino/bieganie :p Nie to, że alkoholikiem jestem czy uzależnienia propaguję 😀 No ale działało.

  • BezNatalia

    Ostatnio moja mama stwierdziła, że najlepszą metodą na pocieszenie jest ta opcja: „A u mnie, słuchaj, było dokładnie tak samo, a nawet jeszcze gorzej”. Podała nawet przykład: Załóżmy, że umarł jej ojciec w wieku 50 lat. Jeśli ktoś do niej podejdzie i powie: A wiesz, mój ojciec też umarł, i to w wieku 40 lat. To moja mama poczuje się wtedy lepiej (według niej). Dla mnie, to nie jest żadne pocieszenie, tylko byłoby mi jeszcze bardziej przykro. I nie do końca rozumiem punkt widzenia mojej mamy. No cóż, nic z tym nie zrobię.