Dziewczynki powinny być spokojne i grzeczne. Takie przekonanie panuje i mało komu chce się z nim walczyć. Chłopiec? Wiadomo – zawsze łobuziak z pistoletem i samochodem, dziewczynka zaś potulna i usłużna, delikatna, grzeczna. Nie ma prawa do złości. Bo jest dziewczynką, a za chwilę będzie kobietą i matką. Musi być taka, musi się przygotować, bo od dawna wiadomo, że matka się nie złości. Nigdzie nie ma nawet szans, żeby wniosek dostać o przyznanie prawa do złości.

 

 

 

Jestem na skraju – pisze Aneta. – Nie mam już sił. Wydzieram się na to dziecko biedne, irytuje mnie w nim wszystko. Potrafię go uszczypnąć, tylko po to, żeby na chwilę poczuł się jak ja – zdominowany, bezsilny, smutny.  I mimo że chcę dla niego jak najlepiej, nie mogę się powstrzymać, żeby wylądował na chwilę na moim miejscu. Na samym dole.

Wszechobecna walka o szacunek do dzieci, o to, żeby traktować je z godnością, przeistoczyła się w walkę globalną. Matki, które nie są w stanie podołać, spadają na dół w hierarchii, skazane na pogardliwy wzrok i jak dobrze pójdzie – współczucie. Dziecko ma swoje prawa i swoje granice – to nie ulega wątpliwości. Ale w walce o ciągłe dbanie o rozwój  i dobre samopoczucie dziecka zagubiła się gdzieś troska o jego matkę.

– Piszesz i ciągle powtarzasz, że dzieci mają prawo do tego, do owego. Do płaczu, do złości. Więc się spinam. Wytrzymuję kawalkadę jęków, wspieram, nazywam uczucia. A wieczorem już z nawyku sięgam po piwo czy środki uspokajające, bo zwyczajnie tego napięcia, tego „bądź z dzieckiem” nie mogę wytrzymać.

Dziecko ma prawo płakać, dziecko ma prawo się złościć. Tłuczemy o tym, my, blogerki, coraz częściej zauważają to psycholodzy. Sprawa oczywista, niedługo nie trzeba będzie nawet o tym przypominać. A co z matkami? Z podkurczonymi ze zmęczenia oczami, z drżącymi z emocji rękami, faszerujące się meliską, uspokajaczami, podążające za dzieckiem, perfekcyjnie w ciągu dnia opanowane, wieczorem upijające się na sztorc, żeby zeszło napięcie całego dnia. Co z nimi?

A co z tymi, które nie potrafią być zen, tymi drącymi się, krzyczącymi, posiłkującymi się klapsem, bo nie dają rady, bo po tygodniach perfekcyjnej spokojności, nagle coś w nich pęka?

Stoję przed lustrem  i staram się zmyć z czoła przeklęty napis „zła matka”. Ta, co nie wytrzymała, co z pełną świadomością czynu, opluła krzykiem syna. Napis nie chce się zetrzeć, pocieram go pumeksem, sięgam po papier ścierny, zamalowuję farbą. Zła matka przebija się przez warstwy, zostawiając ślad na mnie, na dziecku, na zlewie. Ślad wylatuje kominem, rozchodzi się po ulicy, puka innym do drzwi przekazując historię tego jednego krzyku. Jednego krzyku. Nikt nawet na ten jeden nie dał przyzwolenia. Nieważne – wychowanie przemocowe czy nie – matka, która krzyczy, momentalnie stawia się na marginesie. Taka wiecie: matka gorszego sortu.

Tymczasem… jak inaczej pokazać dziecku to, jak się człowiek złości, jak sobie ze złością radzi, jak ją przeżywa, jeśli nie na własnym przykładzie? W jaki sposób dziecko, które ma lewitującą w przestworzach matkę zen, ma zobaczyć autentyczne radzenie sobie z emocjami, prawdziwą walkę, żeby emocje nie brały góry? Z kogo ma brać przykład? Bo wiecznie uśmiechnięta matka, biorąca na swoje bary każdą potyczkę losu z łagodnym uśmiechem grzecznej panienki, przyjmująca każdy policzek z uśmiechem, każdą krzywdę z pobłażaniem – to nie jest przykład. Mówi się: musisz wytrzymać, musisz to znieść, jesteś silniejsza, mądrzejsza, musisz dać radę.

Patrzę się na matki, syczące swoim dzieciom do uszu „Uspokój się”. Patrzę się na ich zbielałe z siły trzymania kostki u rąk. Patrzę się na ich wzrok, wystraszony, obcy, jak u złapanej we wnyki przerażonej łani. Widzę to przerażenie – wyprowadzona z równowagi sama nie wiesz, jak się zachować. Och, jak dobrze to znam! Czytam wasze historie – matki przez cały dzień z dzieckiem, od rana do wieczora, zamknięte w czterech ścianach, czekające na powrót męża, który czasem wraca wyłącznie na sen. Zostawione same sobie, z tymi dziećmi, których wychowanie współcześnie stało się dyscypliną olimpijską, a cokolwiek nie zrobisz, zawsze będzie twoja wina. Model wychowania, promowany przeze mnie, przez inne blogerki, coraz częściej opisywany w gazetach, pokazujący, jak z szacunkiem wychowywać dzieci, jak je mądrze wspierać, jak nimi kierować, o matkach wspomina rzadko. Praktycznie w ogóle.

Nie stajesz się świętą w dniu narodzin dziecka. Dostajesz trzy lub cztery kilo na ręce, a oprócz tego – nie dostajesz nic. Ani nadmiernej cierpliwości, ani spokoju, ani jasność pańska i boska moc w żadnym momencie na ciebie nie spływają. Jesteś dalej człowiekiem, tylko człowiekiem, który ma prawo być zmęczony, ma prawo mieć dość całodziennych jęków, rozpaczy, próśb, awanturek, ma prawo czuć się zwyczajnie bezsilny. Państwo da ci rok macierzyńskiego i 500 zł na głowę, jak dobrze pójdzie, a oprócz tego dostaniesz wielkie, okrągłe nic. Pomoc psychologiczna?  Wsparcie rodziny? Jesteś matką, w momencie, gdy wyskoczyło z ciebie dziecko, musisz sama skakać wyżej niż potrafisz.

Aneta spędza z dzieckiem 24 godziny na dobę. Jest z nim non stop, bo tata pracuje od rana do wieczora, a rodzina do pomocy się nie kwapi. Aneta ledwo żyje. Do tej pory opanowana, coraz częściej wybucha, coraz częściej krzyczy, coraz częściej jej ręce popychają to drobne stworzenie, które skazane jest na nią przez cały dzień. A Aneta skazana jest na nie. Kiedyś jeszcze prosiła, żeby ktoś jej pomógł, przyjechał, zajął się małą, ale „to przecież małe dziecko, będzie za tobą tęskniło”. Ta okrutna wiara, że jaka by ta matka nie była, ważne, żeby była. I Aneta jest. Na coraz silniejszych środkach, coraz częściej zasypiająca w upojeniu alkoholowym, żeby nie myśleć, nie czuć wyrzutów. Że znów krzyknęła.

Twoje prawo do złości istnieje. Masz prawo być zmęczona, masz prawo chodzić wściekła, masz prawo załamać ręce i zapłakać nad zrzuconym kwiatkiem, podartym dywanem, zepsutą komórką, masz prawo mieć dość tego, że zaspokajając potrzeby dziecka, zapominasz o swoich. Nie zostałaś wybrana. Nie jesteś nadczłowiekiem. Jesteś matką, która kocha swoje dziecko i pewnie sama nie raz, nie dwa, czułaś przerażenie, gdy dopadło cię uczucie zwyczajnej niechęci do tego rozwrzeszczanego kawałka twojego jestestwa. Jak tu się nie wkurzać? Na siebie, na…

Nie, wcale nie mówię, że możesz bić dziecko, które dopuściło się złego w twoim mniemaniu czynu. Nigdy nie twierdziłam, że powinnaś je ukarać. Nie. Nie. Nie. Konsekwencją każdego czynu twojego dziecka, które nie spotkało się z twoją aprobatą, nie powinna być kara i wet za wet, ale… twoje uczucia. Uczucia smutku, zawodu, gniewu, złości, wściekłości nawet, rozpaczy, bezsilności. Masz je w sobie, czemu je chowasz, czemu nie pozwalasz im opuścić głowy, czemu im zaprzeczasz? Czemu ukradkiem ocierasz łzy i mówisz, że nic się nie stało, kiedy się, kurde, stało? Jasne, dziecko nie odkupi ci dywanu, nie zreperuje kanapy, ewentualnie nowego kwiatka posadzi. I wcale nie musisz tego od niego wymagać. Ale jeśli naprawdę zależało ci na tym dywanie – powiedz to, wyraź to, pokaż dziecku na własnym przykładzie, że też masz uczucia, też czasem coś nie pójdzie po twojej myśli, że tobie też można zrobić krzywdę. Pokaż mu, jak można sobie radzić ze złością, z uczuciem żalu, zmęczenia, strachu. Na przykładzie kogo innego miałby się tego uczyć?

 

W tym świecie, świecie, który na naszych oczach zmienia się z dnia na dzień, w świecie, w którym podejście do dzieci, ich styl wychowania zmieniło się o 180 stopni, wreszcie w świecie, w którym tysiące ludzi cierpi na problemy związane z ukrywaniem i tłumieniem w sobie uczuć, pamiętaj, że masz swoje jedno niezaprzeczalne prawo – prawo do złości aż żeby ją szlag jasny trafił.