Oj, przestań narzekać – usłyszałam kiedyś od starszej znajomej. – Kiedyś to było trudniej! – dodała, doprowadzając mnie prawie do wybuchu, bo wiedziałam, że znajoma, co prawda, wychowała trójkę dzieci i nie miała pralki, ale miała pomoc dziadków, starszej sąsiadki, a jak nie było pomocy, to swoje dzieci puszczała z kluczem na szyi na podwórko i miała z głowy. „Kiedyś to było trudniej!” – czytam często w komentarzach, kiedy ośmielę się pisnąć jednym słówkiem, że, kurcze nie wyrabiam, nie daję czasem rady, mam dość. I marzę o tym, żeby żyć kiedyś. Kiedy było tak trudno, że nie miało się większych problemów. Przeżyłam to. Wiem.

 

Kiedyś było trudniej. Nasze babcie jakoś te dzieci wychowały. Oj jak mnie to „jakoś” wkurza. Jaką mam ochotę rzucić tym „jakoś” o ścianę i wykrzyczeć, że to „jakoś” odbija się teraz na całym społeczeństwie. Że te dzieci, wychowywane „jakoś”, przy okazji, przypadkiem, żyją teraz między nami i ciężko znaleźć kogoś, komu jest absolutnie ze sobą dobrze. To „jakoś” odbija się teraz czkawką w gabinetach psychologów, terapeutów, w kolejnych doniesieniach o zwiększającej się fali depresji i problemów psychicznych, w coraz bardziej sfrustrowanych pokoleniach nie umiejących powstrzymać swojej złości.

 

Te ogromne trudy „kiedyś”, bo nie było pralki, zmywarki, pampersów i tych wszystkich udogodnień, jakie mamy teraz. Całe trudy rodzicielstwa sprowadzone do kilku przedmiotów, które tak naprawdę są tylko lekkim ułatwieniem, nie definiują trudnego czy łatwego życia. Wiesz?  Żyłam przez miesiąc bez odkurzacza, trzy miesiące bez pralki, zmywarka przez pół roku więcej nie działała niż działała, a w pewnym momencie gotowałam wodę w garnku, bo jakoś po czajnik nie było kiedy pojechać. Oj, zaznałam tego trudnego życia, które większość określa „bo nasze matki żyły bez pralki, bez zmywarki i jakoś im się udało wychować piątkę dzieci”. Mi też się udało dzieci jakoś wychować. Bez pralki, zmywarki, czajnika, a w ogóle to bez drugiego samochodu. Uziemiona w środku lasu i często bez zasięgu. Prałam i płakałam nad balią z wodą, szorowałam w zlewie gary, latałam ze szczotką i doprowadzałam nią dywan do porządku, a do tego czyściłam odchody królików, psów i walczyłam z szerszeniami.

 

I w życiu nie byłam tak blisko szczęścia, jak wtedy. Szczęścia i tej wspaniałej wolności, o którą dziś niby walczymy. Nie jeździłam na zakupy, bo nie miałam samochodu, nie słuchałam porad, bo nie miałam zasięgu, nie widziałam potępiających spojrzeń, bo mieszkam w środku lasu i nie przejmuję się zwierzyną, gdyż zwykle czmycha w zarośla. Byłam daleko od tych wszystkich problemów, które jeszcze niedawno przeżywałam, mając pod ręką przedmioty cywilizacji, samą cywilizację i drogę szerokopasmową  z centrum handlowym pod nosem.

 

 

Nigdy w historii kobiety nie były poddawane takiej presji, jakiej doświadczają dzisiaj, w każdym mniej lub bardziej publicznym miejscu, wciąż na celowniku nie tyle mężczyzn, co innych matek, wiedzących lepiej, więcej i na każdym kroku udowadniających, że inne niż one są beznadziejne. Nigdy w życiu kobiety nie musiały wychowywać same dzieci, prowadzić domu, pracować, wyglądać jak z okładki i jeszcze uśmiechać się, żeby pokazać, jak bardzo są szczęśliwe, bo panie w każdej gazecie, na każdym plakacie są szczęśliwe, więc czemu tobie się trudno uśmiechnąć? Nigdy w historii nie było kobiety, która sama jedna radziłaby sobie z tymi wszystkimi rzeczami dzień po dniu i jeszcze była szczęśliwa. Takie rzeczy nie miały miejsca, a dziś to standard, do którego same siebie spychamy, same siebie włożyłyśmy, żeby udowodnić, że potrafimy. To jakaś dziwna i nienaturalna norma, a  jeśli jakiejś się to uda, krzyczy o tym, że to możliwe, doprowadzając resztę do mniej lub bardziej zawoalowanego smutku i frustracji.

 

Piętnaście tysięcy kodów, do komórki, do banku, do ochrony, do pralki, do zmywarki, do telewizora, do komputera, do przedszkola. I tylko je pamiętaj, bo zapomnienie kosztuje więcej niż złoto. Rachunki – tony rachunków, umów, ubezpieczeń, potwierdzeń, ciuchów, butów, bo czasy, gdy biegało się w jednej koszuli przez tydzień minęły, nie ma, nie wrócą. Tysiące rad – od babci, od siostry, od sąsiadki, od kompletnie nie znanej mi kobiety, od czytelniczek, od przypadkowych ludzi. Jak prać, jak sprzątać, jak umyć pupę, jak ubrać, jak żyć, jak śnić, jak się kurcze nie wściekać. Wszędzie bombardowani wiedzą, informacjami, zapluwającymi nam głowę, ciało, wciąż pod presją, czy będę dobrą matką, czy złą, czy jakąkolwiek. Czas. Przeklęty czas, którego ciągle brakuje na wszystko, na jedzenie, na spanie, na życie, bo każdy się śpieszy z radami, nikt od ciebie dziecka nie przejmie na chwilę.

 

Nigdy w historii wychowanie dzieci nie było tak bardzo ważną publiczną sprawą i nigdy kobiety nie były w tym tak bardzo samotne i zagubione. Do porodu doprowadzą cię tysiące stron w Internecie oraz szkół, a potem radź sobie sama, kobieto. Karmisz – źle, nie karmisz – gorzej, dasz słodycze – źle, nie dasz – jeszcze gorzej. Maile, które mogę liczyć w tysiącach – czy jestem dobrą matką, czy jestem złą matką, czemu mi nie wychodzi, czemu czuję złość na dziecko, czemu, czemu, dlaczego, powiedz, bo nie wiem, nie wiem, NIE WIEM! A przecież – jestem matką. Wiedzieć muszę. MUSZĘ. Muszę być świetna, muszę to ogarniać, muszę to zrobić, sama, „bo moja babcia…”

 

Moja droga – nie musisz. Możesz. Owszem, jeśli masz ochotę, ale na litość – NIE MUSISZ. Już teraz robisz wcale nie mniej niż niejedna babcia 50 lat temu, wykonując pracę niani, kucharki, praczki, administratora, sprzątaczki, pracowniczki miesiąca na drugim etacie, stylistki, fryzjerki, dekoratorki, kierowcy, zaopatrzeniowca i to wszystko sama jedna, bez kur, bez krowy, bez męża, co mięso na stół kładzie i rozprawia, bez pomocy sąsiadek, kum, cioć, do których dzieci na całe wakacje można wysłać i z masą dodatkowych obowiązków, które ta cudowna cywilizacja ci narzuciła w ramach barteru za możliwość prania w maszynie, a nie w balii na dworze. Rozmawialiśmy o tym na konferencji marki Emolium, która wyciąga rękę do rodziców i oferuje im swoje wsparcie od 1. dnia życia  – przeciętny rodzic podczas pierwszych lat z małym dzieckiem uczy się tylu nowych rzeczy, ilu musi nauczyć się kierowca rajdowy, żeby ruszyć na tor.

 

Drodzy rodzicie – nie musicie! Nie musicie być ani perfekcyjni, ani beznadziejni, nie musicie być swoimi babciami, dziadkami, rodzicami, nie musicie być nikim innym niż teraz jesteście i nie musicie się słuchać każdego, kto śpieszy z dobrą radą. Drogi rodzicu – jesteś sobą. Żyjesz tu i teraz. Twojej babci nikt nie zrekompensuje czasu nad balią z wodą, tobie nikt nie wróci wielogodzinnych dojazdów do pracy. Każdy z nas ma jakieś swoje przeżycia i żaden z nas nie wejdzie w buty drugiego.

 

Wszyscy, bo sprawa tyczy się również tatusiów [którzy coraz chętniej angażują się w życie rodzinne i wychowywanie dzieci], zamiast skupiać się na zadowoleniu każdego wokół, możemy uprzejmie podziękować za rady, których nie chcemy, i skupić się na byciu wystarczająco dobrymi rodzicami dla własnych dzieci. Im szybciej to zrozumiemy, że trzeba odpuścić, tym lepiej dla nas. Zamiast słuchać się tych, którzy nas oceniają, skupmy się na tych, którzy chcą nam realnie pomóc i nie dołują tym, jak bardzo jesteśmy słabsi od naszych dziadków, ale motywują, jak bardzo możemy być od nich lepsi. Na własnych zasadach.

 

 

 

Wpis jest elementem kampanii Emolium „Wspieramy Was od 1. dnia . Wejdźcie na stronę i dowiedzcie się więcej o akcji – znajdziecie tam wiele praktycznych wskazówek i ciekawostek o tym, jak radzić sobie w pierwszych chwilach Waszej nowej rzeczywistości z dzieckiem. 

  • Dobre! Świetnie napisane. Też mam czasem ochotę tak powiedzieć. Te wszystkie porównania, bo „ja tak robiłam”, bez zastanowienia się czy druga osoba chce robić tak samo. Ja np nie chcę. Wolę sobie zebrać rady od kilku osób, te które uważam za słuszne, a nie wszystko od jednej. Bo niestety, jak dobrze zaznaczyłaś na początku, większość tego „jakoś” się teraz czkawką odbija, więc to nie było zbyt dobre „jakoś” 🙁

  • Noname

    Wpis mega piękny i prawdziwy… przeczytałam jednym tchem! A ja, młoda mama, ciągle słyszę że kiedyś było inaczej, że teraz to ekstra. Tak, k…, zajebiscie. A mieszkanie na 3 piętrze, bez windy, wózka nie postawię, bo sie mohery prujaą, że do ulotek w skrzynce nie sięgną, nikogo bliskiego, nikogo, mąż w pracy dniami i nocami, bywa, że wyjeżdża na tydzień, do tego nienormowany ten czas pracy, swoja działalność, więcej kredytu niż tlenu wokół, i choć jest ta zmywarka, to nikt mi dziecka z ramion nie zdejmie na 10 minut. Babcia jest, ale do niej, uwaga, pofatyguj sie sama z całym majdanem, znieś i wnieś, a ona posiedzi obok i trochę się pobawi. Druga pracuje, a jak wpadnie, to rób kawę i obiad, tak, dla niej, i podaj pod nos. I te pampersy, cud cywilizacji, sama wnoszę i potem znoszę już zużyte, wiecznie sama, wiecznie z dzieckiem na ręku. I te wieczne pytania… „to kiedy wracasz do pracy? Oczywiście, że zamierzasz wrócić? To kiedy drugie?” A to dziecko, które noszę na rękach to już jest drugie, bo pierwsze zmarło. Tak, tak sobie wybrałam, chciałam dziecka tak jak nikt nigdy nie chciał niczego. Ale lekko nie jest…

    • Michalina

      Tak to właśnie wygląda, wszyscy krzyczą „rodzić dzieci!” i na tym się kończy..Mohery które pójdą w pro rodzinnym marszu pierwsze Cię skrytykują, że dziecko płacze, że za ciepło ubrane i że wózek na klatce im przeszkadza. Kiedy drugie? piąte, dziesiąte? Masakra. Nie masz dziecka – „kiedy zamierzasz zajść w ciążę”? Masz jedno – „kiedy braciszek/siostrzyczka”? Masz pięcioro-spojrzą z politowaniem. A weźcie się wszyscy odpier*^&*%$ !

      • Noname

        O, dokładnie… syn ma dziesięć miesięcy, ja po cesarce czuję się jeszcze wyżęta nieco, a tu „kiedy drugie?”:) a gdy ciągam zakupy, z dzieckiem na ręku, stoją i czekają aż powiem dzień dobry poerwsza, a potem mijają. I to jest to pokolenie wychowane „jakoś”, o którym pisała pani Asia…

    • Agnieszka Kulawczyk

      noname, to kiedyś minie, z pieluch Ci wyrośnie, z wózka również. wiem, że łatwo mówić, ale dziecko doceni to, każdy Twój dotyk i każdą Waszą wspólną minutę :*

      • Noname

        Dziękuję Ci za ciepło i wsparcie… te kilka słów:) wiem, że ten czas szybko mija, cieszę się mimo wszystko każdym dniem:) to taki żal bardziej z tych jęków „olaboga jak masz dobrze, kiedyś to tak nie było”, z tego, co widzę wokół siebie, a nie co noszę w sercu

  • Aga

    każdy jest inny, wiadomo, ale ja akurat za nic na świecie nie chciałabym żyć w czasach bez pralki, lodówki, kuchenki, a przede wszystkim bez jednorazowych pieluszek. ja uważam, że teraz jest łatwiej, przynajmniej dla mnie patrząc po prostu na moje życie. na pewno nie mam trudniej niż moja babcia, która wychowała dwie córki mając sparaliżowanego męża i czasem nie mając co do gara włożyć, bo nie było pieniędzy albo nie miał kto stać w nocy w kolejce do sklepu. te „jakoś” wychowane dzieci znam z internetu, wśród moich przyjaciół czy znajomych nie ma ludzi, którzy zostali tak wychowani, że lądują na kozetce u psychologa, a jeśli są to z powodu alkoholizmu czy przemocy, które zdarzają się w każdym czasie. rady, spojrzenia, ocenianie itp. były zawsze, tylko kiedyś miały mniejszy zasięg, bo nie było internetu. moja babcia była na ustach całego podwórka i ludzie się z tym nie kryli, tak samo jak większość sąsiadek. czym to się różni od tego co jest teraz, poza tym, że krytykowało się i oceniało tylko osoby ze swojego najbliższego podwórka a nie z drugiego końca świata? moim zdaniem kobiety zawsze się przejmowały i swoim wyglądem i tym czy są dobrymi matkami itp. itd. tylko wiedziało o tym mało osób. zmywarki akurat nie mam, bo zmywać lubię i mi niepotrzebna, wózek ważący razem z dzieckiem i zakupami niemal połowę tego co ja po prawie 30 schodkach w jedną stronę kilka dni w tygodniu noszę, czytam najróżniejsze wpisy i komentarze w internecie jaka być powinnam, a jaka nie jestem, oglądam zdjęcia idealnych kobiet na wystawach, a i tak nie zamieniłabym tego na to co było dawniej. wolę wyjąć pranie z pralki a pieluchy wyrzucić, komentarze w internecie na blogach o rodzicielstwie staram się olewać jak tylko się da, bo mama mi zawsze powtarza, że to ja jestem matką, to moje dziecko i ja najlepiej wiem co dla niego dobre. niosąc wózek zaciskam zęby i z dziką satysfakcją myślę, że jestem zdolna zrobić coś, czego mój teść w sile wieku uprawiający regularnie sport nie daje rady, a myśląc o ideale wyglądu uśmiecham się do lustra i moich odstających uszu, krzywych zębów i wystających żeber. kocham moje życie całą sobą i mimo rzeczy, które próbują mnie w nim stłamsić radzę sobie jak mogę z uśmiechem witając każdy dzień i płacząc jak aktualnie nie daję rady tylko po to, żeby po wypłakaniu się dawać radę jeszcze bardziej. a nie mam łatwego charakteru i brak cierpliwości często daje mi się we znaki. każdy ma prawo do swojego zdania, moje jest takie, że teraz jest lepiej i ja bardzo doceniam czasy i wygodę w jakiej przyszło mi żyć

  • Zośka Samośka :)

    Jak zwykle słowem w samo sedno <3 Wszędobylski perfekcjonizm umęcza nas na całej linii i nie daje się przebić intuicji i spontaniczności 🙁 nawet ostatnio miałam rozmowę ze swoją mamą, że nie wyrabiam już z niczym, że na dziecku się te nerwy odbijają itd itd, a tu mama krótko "dziecko, bo Ty zawsze chcesz być we wszystkim perfekcyjna (a ja się czuję jakbym robiła tylko minimum), odpuść czasem trochę i sobie i temu dziecku…" i to są słowa kobitki, która sama wychowywała nas 3 przez większość naszego życia i popełniła wiele błędów, ale chyba zwyczajnie jak człowiek dała sobie na ich popełnianie jakieś przyzwolenie. Albo pogodziła się z nimi po prostu przez lata. A w tej presji, o której mówisz nie ma miejsca na błędy, trzeba być idealnym, mieć zawsze grzeczne i czyste dziecię itd. Pozdrawiam Cię ciepło w Dniu Matki <3

  • Anna Jesko

    Nic dodać nic ująć, a najgorszym wrogiem kobiety jest druga kobieta, która zawsze coś wytknie :/

  • Beata Kos

    Moja mama na szczęście mi nigdy tak nie powiedziała, ale na prawdę uważam, że miała zdecydowanie trudniej ode mnie. I naprawdę podziwiam ją.

    • Moja mama też miała trudniej, jednopokojowe mieszkanie wynajmowane w drewnianym domku, wychodek na podwórku, pralka Frania (a i to nie od razu), kładła się o północy i wstawała o czwartej, żeby dziecko odprowadzić do znajomej pani krawcowej, która zajmowała się nim odpłatnie, bo w żłobku ciągle ciężko chorowało, i biegiem na dworzec kolejowy na drugi koniec miasta, żeby godzinę jechać pociągiem do pracy. Tata pracował na zmiany i studiował, gospodarstwem domowym się nie zajmował. Całej opieki nad dzieckiem uczyła się z jednego podręcznika, bo netu nie było, telefonów nie było, a po ślubie mieszkała w mieście, w którym w sumie nikogo nie znała. Moja babcia też miała trudniej, młodo owdowiała, żeby utrzymać i wykształcić trójkę dzieci prowadziła całkiem sama mały sklepik. Nikogo chętnego do pomocy nie miała. Prababcia też pracowała, mając czwórke dzieci, bo jej mąż zginął na wojnie. Jak sobie tak pomarudzę, jaka to jestem umęczona i w ogóle, i się poużalam nad sobą, to jednak przypominam sobie, ze na tle moich przodkiń mam super luksusowe życie, mimo wszystko. A przede wszystkim, jak ktoś wyżej zauważył, jest dużo mniejsza śmiertelność dzieci, a to jest wartość nie do przecenienia.

    • Natalia

      Zgadzam sie, moja mama nigdy mi nie doradza natarczywie przy malej, bo sama pamieta jak wszystkie ciotki, babcie jej doradzaly. Nie zgodze sie z tekstem i uwazam, ze nasze mamy i babcie miala zdecydowanie trudniej. Nie zamienilabym sie na zadne inne czasy!

  • Estera

    Oczywiście że kiedyś było trudniej. Skąd stwierdzenie że nigdy w historii kobiety nie musiały wychowywać same dzieci i pracować? Po II wojnie światowej kiedy większość mężczyzn nie wróciła z wojny wiele kobiet zostało samych i w trudnej rzeczywistości musiały i wychować dzieci i pracować. Może kobiety z wyższych sfer miały nianię, ale większość, zwykła biedota i pracowała i ogarniała dzieci. Z całą pewnością kobiety kiedyś też slyszaly ciągle pytania „kiedy nastepne”. Jeszcze nigdy w historii dostęp do medycyny nie był taki jak teraz, chyba nikt nie chciałby sje cofnąć do czasów w których połowa urodzonych dzieci umierala na choroby zakaźne o których teraz nawet nie pamiętamy istnieją? Takie problemy mialy kiedys kobiety. Żyjemy naprawdę w pięknych czasach. Dziwię sie ze można uważać inaczej.

  • Nie do końca na temat, ale jak wspomniałaś o pogłębiającej się depresji u dzieci i tak dalej to przypomniałam sobie artykuł, który przeczytałam niedawno, w którym to napisali, że ilość dzieci między 10. a 14. rokiem życia popełniających samobójstwo wzrosła w ostatnich 15 latach o 200%! Nie wiem czy to prawda, czy tylko próba nastraszenia ludzi, ale… niestety patrząc na to co się dzieje to mogę uwierzyć, że jednak prawda.

  • Bardzo dobitnie napisane: „Czas. Przeklęty czas, którego ciągle brakuje na wszystko, na jedzenie, na spanie, na życie, bo każdy się śpieszy z radami, nikt od ciebie dziecka nie przejmie na chwilę.”. Strzal w dziesiatke! Dziekuje

  • Aleksandra Luczak

    Amen, zgadzam się w zupełności.

  • Daisy

    Wg mnie dawniej było naprawdę trudniej. Moja Teściowa mówiła mi jak urodziła wcześniaka. Nie było żadnych informacji, nie można było być z dzieckiem, człowiek pozostawiony sam sobie. Mleko na kartki, mięso na kartki. I nie przeceniałabym tej pomocy sąsiedzkiej, bo zawsze w problemach człowiek musi dać sobie radę sam. Ojcowie pracowali i w ogóle nie zajmowali się dziećmi. To, że tatusiowie są aktywnymi partnerami w wychowaniu to nowość na przestrzeni wieków.
    Teraz kobiety uważają że wszystko wiedzą najlepiej bo doczytały w necie. Nie chcą słuchać własnych matek, babek, bo uważają że wiedzą lepiej. Nie ma autorytetów, bo każdy uważa że zjadł wszystkie rozumy. Każdy kto chce pisze książki, bez względu, czy coś wie czy nie. Zatem człowieku bądź kowalem swojego losu. Trochę pokory trzeba mieć w sobie. Nie zawsze musimy być najlepsze, nie jesteśmy niezastąpione. A nasze dzieci, mimo, że kochane są przez nas nad życie, dla innych nie są pępkiem świata. Zatem więcej luzu i dystansu do siebie i życia 🙂

  • Agnieszka Sikorska

    „Jakoś” to kwintesencja tego tematu. Jakoś poradziły sobie moje prababki, babki, matki (tak wyszło mojemu ojcu „jakoś” wychowanemu). A konsekwencje ponosi każde kolejne pokolenie.

    Oczywiście doceniam, że mi bomby na głowę nie spadają, że nie muszę dźwigać wody ze studni do domu. Chętnie zrezygnowałabym z wielu współczesnych dobrodziejstw, ale jak np. dzieci mają odrobić zadanie domowe zadane na platformie internetowej lub wymagające obejrzenia czegoś w telewizji. Świat stoi otworem a specjaliści od marketingu mają sposoby na wmawianie nam, czego potrzebujemy. Ja pamiętam inne czasy i nie jestem „targetem”, ale kolejnym pokoleniem trudno jest zrozumieć/uwierzyć, że można się bez czegoś obejść. A ja chciałabym wychować moje dzieci na dobrych i fajnych ludzi, a nie „jakoś”. I jest mi trudno – nie „bardziej” czy „mniej” tylko „inaczej”, ale jednak trudno. Na zakończenie dodam, że równie często, jak: „kiedyś było gorzej”, słyszę: „kiedyś było lepiej” z tych samych ust, w zależności od tematu i humoru interlokutorów 😉