Istnieje taki model kobiety, który większość ma w głowach i według niego ocenia wszystkie panie spotkane na drodze. No bo skoro jesteś kobietą, to na pewno lubisz komedie romantyczne, masz mnóstwo kosmetyków, zakupy to twoja pasja, spędzasz godziny w łazience i potrafisz zajmować się domem. Takie stereotypy, które w pewnym momencie stają się oczekiwaniami. I jeśli ich nie spełniasz, to jesteś dziwna lub zostajesz okraszona zdziwionym okrzykiem, że przecież wszystkie kobiety tak robią albo lubią robić! No cóż. Nie wszystkie. Ja na myśl o niektórych mam odruch wymiotny.

 

 

 

Zakupy w centrum handlowym

 

Pamiętam, że po pierwszym porodzie, wszyscy chcieli mnie wysłać jak najszybciej do centrum handlowego na zakupy, żebym się zrelaksowała. Potem, kiedy przeprowadziłam się na wieś, wiele osób wciąż mnie pyta, czy nie tęsknię za centrami handlowymi. Albo proponują tam spotkanie właśnie. A jedyne uczucie, z jakim kojarzy mi się centrum handlowe, to… przepraszam za wyrażenie, ale WKURW. Totalny i permanentny.

Nie mogę, no po prostu nie mogę wytrzymać tam dłużej niż godzinę, po godzinie czuję już irytację, po dwóch warczę jak wilk,  po trzech lepiej do mnie nie podchodzić. I już sam fakt, że wiele razy wydałam tam kupę kasy na byle co, byleby coś wreszcie kupić i wyjść z tego centrum wkurzona, ale przynajmniej z zakupami, żeby to wyjście, czas, moje nerwy nie były  zmarnowane, już samo to totalnie mnie wkurza i sprawia, że nie mam ochoty się tam relaksować.

 

Wkurzają mnie ludzie w takich miejscach, mimo że nie robią nic przeciwko mnie,  zdaję sobie sprawę, ale zawsze, kiedy ja się śpieszę, bo mam już dość, bo łeb mi pęka od nadmiaru bodźców, reklam, stoisk, wrzaskliwych ciuchciokolejek dla dzieci i różnorodnej muzyki napierdzielającej z każdego sklepu, świeżo postawionego pana, który krzyczy o promocji, to zawsze wtedy, kiedy ja uciekam, to wpadnę na jakiś tłum pędzący do schodów ruchomych, który musi się śpieszyć, bo zaraz  schody się skończą, potrąca mnie, szturcha, wchodzi w drogę, ja omijam i też wchodzę w drogę i wkurzam i oni mnie wkurzają i tak się mierzymy, wściekli, wymęczeni i usiłujący się z tego odmętu jak najszybciej wydostać. Oni na mnie, ja na nich, mój pot, ich pot, moje wkurzenie i ich frustracja, bo promocję w Sephorze szlag wziął, zakupy się rozsypały. I te kible, zawsze w połowie, pochowane jakieś, bo przecież wstyd chcieć siku w XXI wieku, więc latam jak kot z pęcherzem po labiryntach, żeby znaleźć te zawsze gustowne drzwi, przepchać się przez stada gimnazjalistek robiących kobiecy makijaż, by dostać się do klopa i znów stracić 15 minut, żeby wrócić w miejsce, w którym byłam przed siku. Po 40 minutach.

 

Nie. Nie relaksuje mnie chodzenie przez godzinę i szukanie jednej rzeczy wśród tysiąca innych. Wkurza mnie to, że jak coś znajdę, to w głowie siedzi, że może gdzieś indziej będzie coś lepszego, w lepszej cenie i idę gdzieś indziej, które jest 20 minut dalej i nie znajduję, i szukam potem pierwotnego miejsca przez kolejne 20 minut, ale w oko wpada mi coś jeszcze innego i myślę, może to kupić, ale przecież 30 minut wcześniej widziałam coś podobnego w lepszej cenie i może tamto  kupię, ale gdzie to było, o a może to, ale w sumie, a idźcie w cholerę z tymi zakupami!

 

 

Zakupy w ogóle 

 

Jeśli centrum handlowe to dla mnie piekło na ziemi, to same zakupy są dla mnie drogą krzyżową. Kiedy ktoś mówi do mnie, żebym sobie poszła na zakupy, żeby się odprężyć, jestem przekonana, że ma mnie za wariatkę. W sensie nie odmawiam nikomu przyjemności z takiego spędzania czasu, ale ja osobiście nie lubię. I nawet nie przez fakt, że muszę wydać pieniądze, choć bywają okresy, że nie wiem, co zrobić: kupić sobie porządną bluzkę, czy zapłacić rachunek za net. Ja w ogóle nie lubię wybierać. Ostatnio robiłam live i zaświeciłam przez przypadek dresami z dziurami na kolanach. Śmichy, chichy, zdarza się, że mamy takie ulubione dresy i w nich chodzimy, mimo dziur. Ale to wcale nie są aż tak moje ulubione dresy! Ja do kupienia nowych przymierzam się już drugi tydzień! Ale problem – jakie dresy? Ciemnoszare, jasnoszare, czarne, a może kolorowe? Z mocniejszym ściągaczem u dołu czy lżejszym. Ze sznurkami czy z gumką. Z kieszeniami na dupie? Bez kieszeni? Answear? Zalando? Allegro? Lepszego gatunku, żeby pochodzić dłużej, czy byle jakie na miesiąc lub dwa? No bo tu są takie porządne, ale bez kieszeni, a tam gorsze, ale w sumie takie bym chciała. Ale tych gorszych mi się nie opłaca. I kolejny problem z tymi moimi zakupami jest taki, że naprawdę niewiele rzeczy mi się podoba. Zarówno dla mnie, jak i dla dzieci. Rzadko mam efekt „wow” i to komplikuje wszystko. Bo bez efektu „wow”, po prostu wydziwiam. I szukam godzinami, wściekając się, że w tym czasie mogłabym zrobić tysiąc innych rzeczy: poczytać książkę, pograć w grę, przespać się albo po prostu w nosie dłubać. Ale mimo wszystko z dwojga złego wolę już zakupy przez internet. Mogę wtedy słuchać w tle jakiegoś filmu, muzyki, audiobooka i nie muszę nigdzie jeździć. Zakupy internetowe  można o wiele sprawniej połączyć z innymi korzystnymi rzeczami, o czym już niedługo.

 

Układanie ubrań w szafie 

 

Nie cierpię. Podobno każda przyzwoita pani domu ma swój system i marzy o pięknej, rozbudowanej szafie. Ja marzę o takiej, która sama by za mnie segregowała ciuchy. U dzieci jeszcze ogarniam, mają zdecydowanie mniejsze rozmiary i zdecydowanie u mniejszych dzieci można znaleźć ładniejsze ubrania. Ale swoich nie ogarniam. I szczerze mówiąc, Chłop lepiej ogarnia szafy i składanie ubrań niż ja – hłe hłe – kobieta.

 

Zabiegi kosmetyczne 

 

– Ja go uśpię, a ty idź maseczkę sobie zrób, czy coś – powiedział mi kiedyś Chłop, a ja mu odpowiedziałam, zalewając się łzami:

– Ale co ja ci takiego zrobiłam?

 

Bo ja wszystkie zabiegi kosmetyczne traktuję trochę jak obowiązek, a nie jak przyjemność. Wiem, że są kobiety, które to lubią. Cieszą się, kiedy mogą wyregulować brwi, siedzieć całe w twarogu i ogórku, depilować bikini czy nogi, piłować paznokcie czy nie wiem, robić sobie kreski na oczach. No i fajnie. Grunt to znaleźć zajęcie, które sprawia danej osobie radość. Dla mnie to żadna przyjemność, raczej obowiązek. Coś, co muszę zrobić, żeby jakoś wyglądać, żeby nie sprawić innym przykrości, gdy zobaczą mnie normalną, nie zrobioną. Swoją drogą polecam tekst Matyldy „Sensowny, biologiczny powód, dla którego kobiety golą nogi, malują się i walczą z cellulitem”.  Rozwiewa dużo wątpliwości. Ale jeśli ktoś naprawdę lubi, to czemu miałby tego nie robić? Mi też kilka razy ciężar z ramion ściągnęła wizyta u mojej kosmetyczki, uwielbiam moją fryzjerkę Inezę, która robiła mi keratynowe prostowanie włosów. Co nie zmienia faktu, że jeśli mam  wybrać wizytę u fryzjera, czytanie książki, oglądanie filmu czy spacer, wolę robić wszystko inne, niż umawianie się na godzinę, pilnowanie jej, dojechanie na miejsce, wysiedzenie swojego  na fotelu i powrót. O wiele łatwiej mi pewne rzeczy zrobić w domu, słuchając audiobooka albo oglądając serial. A zważywszy, że audiobookiem umilam sobie zwykle czynności dające mi mało satysfakcji, to mówi chyba wszystko o moim stosunku do zabiegów kosmetycznych 😀

 

Przebieranie się 

 

Podobno wszystkie kobiety lubią się przebierać i mieć dużo ciuchów. I już czwarty raz udowadniam, że nie jestem…. yyy kobietą? 😀 Nie znoszę się przebierać, cudować i przede wszystkim stać godzinę przed szafą i myśleć, co z czym, co do czego i jak. Lubię wziąć pierwszą lepszą rzecz i mieć świadomość, że ona będzie pasować do wszystkiego, że nie będę musiała kombinować przed wyjściem, czy nie wyglądam jak wieśniak. Choć i trzeba przyznać, że mój poziom, od którego się zaczyna wieśniactwo ma niski pułap. Nie boję się kolorów, nie mam nic przeciwko wyrazistym dodatkom, ale chyba przede wszystkim, nie boję się nie założyć szpilek, sukienki i jechać do miasta w stroju, w którym biegałam z dziećmi po podwórku – w bluzie, kucyku, dżinsach i moich oczojebnych czerwonych kaloszach, do tego totalnie bez makijażu. Jeszcze mogę sobie na to pozwolić 😀

 

 

I tyle. Cztery rzeczy.  Kiedy powiedziałam, że ich nie lubię, spotkałam się ze zdziwieniem. Bo przecież kobiety to robią, lubią, pędzą po to przez miasto, są z tym niejako utożsamiane, a ty, Asiu, nie? Jak to? A tak to. A jeśli nie jestem przez to kobietą, to trudno. Jestem przede wszystkim człowiekiem.

[PS. Dodałabym jeszcze paznokcie, ale z nimi rozprawiłam się już tutaj, więc nieaktualne]

 

A ty? Jakich „kobiecych” czynności przypisanych płci szczerze nie znosisz?

 

 

Autorka zdjęcia:  Kasia Siwko