W zeszłym roku wreszcie udało nam się ogarnąć lepszy internet i mogłam zacząć nadrabiać wszystkie zaległości serialowe, jakich narobiłam sobie, mieszkając w środku lasu i korzystając z internetu na kartki. Wreszcie też mogłam zacząć  naprawdę potakiwać, kiedy słyszałam rozmowy o serialach. Po wyprowadzce z miasta na głuchą wieś na własnej skórze poczułam, czym jest cyfrowe wykluczenie – jest również wykluczeniem kulturalno-rozrywkowym. Na szczęście udało mi się to nadrobić.

 

Byłam zdumiona, że dość dużo osób pytało mnie, jakie seriale lubię oglądać. Przez cztery lata skazana byłam na telewizję, której nie znoszę, więc i niewiele jej oglądałam. Polegałam na programie tv i po prostu szukałam perełek. Wykupiłam też pakiet HBO i gdyby nie opcja „pauza” i „nagraj”, jaką mają już nowsze telewizory byłabym niewolnikiem godzin, o których rozpoczyna się emisja danego filmu czy serialu. Ale na szczęście internet radiowy coraz bardziej się rozwija i z początkiem zeszłego roku mogłam już sobie pozwolić na to, żeby powoli korzystać z oferty platform internetowych, gdzie można obejrzeć te seriale, których próżno szukać w ramówce. Oto te wszystkie, które w tym roku udało mi się obejrzeć.

 

DOWNTON ABBEY

 

fot: printscreen Showmax

 

Jeśli lubicie angielskie seriale i angielski klimat lat 20. i 30., ten serial jest idealny. Jest sielski i anielski i taki, jak sobie właśnie wyobrażamy Anglię sprzed wojny. To często jest uznawane za zarzut, bo angielska sfera wyższa wcale nie była zawsze i wszędzie taka nienaganna i kochana. Nie u wszystkich „państwa” służba była traktowana niemalże jak członek rodziny i choć się nie znam na historii Anglii i nigdy nie studiowałam obyczajów Wielkiej Brytanii tak i mi scena, gdy pokojówka rodzi w pokoju lady tak nie do końca podeszła. Faktem jest, że scenarzyści za wszelką cenę chcą, żeby było miło. Ale szczerze? Ja akurat miałam ochotę na miły serial. Niby wiem, że kilka lat po zakończeniu ostatniego sezonu zacznie się II wojna światowa i cały ten uporządkowany, hierarchiczny świat legnie w gruzach, ale przymykam oko. Przymykam też oko na to, że liczba dramatów, jakie spadają na pokojówkę i lokaja jest niemożebnie wręcz wielka. Na wiele rzeczy przymykam oko, bo sam serial zrobiony jest świetnie, konsekwentnie i po prostu miło się na niego patrzy, wierząc, że taki świat kiedyś istniał i tęskniąc do niego, jak do swojego własnego dzieciństwa.

 

WIELKIE KŁAMSTEWKA

 

fot: printscreen HBO

Jeden z pierwszy seriali, jakie zaczęłam oglądać w telewizji, a skończyłam już online. Głównie ze względu na aktorki, bo uwielbiam i Nicole, i Reese. Reese jeszcze bardziej po jej przemówieniu na gali Kobiety Roku [tutaj, ale po angielsku]. Ten serial jest bardzo spokojny. Niepokojący, ale tak delikatnie, bez wstrząsów i łez. I bardzo, bardzo kobiecy. Z genialną muzyką i naprawdę pięknymi zdjęciami. Nicole jest tu cudowna, bez tych botoksów i makijażów, naturalnie piękna i normalna. Patrzy się na te kobiety, przecudne, urocze, zazwyczaj olśniewające na galach i ściankach i czuje się jedną z nich, czuje się ich normalność, naturalność, przyjaźń. Serial trwa zaledwie siedem odcinków, ale jak obejrzysz pierwszy, nie dasz rady przestać, więc ostrzegam.

 

GRA O TRON

 

fot: printscreen HBO

 

Jakżeby mogło jej zabraknąć. I ja wpadłam w szaloną fantazję [wizję] Martina. Przesłuchałam wszystkie audiobooki z kolejnymi częściami sagi i obejrzałam wszystkie dostępne sezony, na ostatni czekając z zegarkiem w ręku i złorzecząc, gdy się skończył. Osobiście uznaję książkę za o wiele lepszą od serialu. Nawet nie przeszkadzają mi zmiany, jakie musiały nastąpić, żeby pewne sprawy pokazać na ekranie, ale denerwuje mnie to, jak scenarzyści pędzą i pewne rzeczy skracają i sztucznie przyspieszają. Serio, w pierwszym sezonie jechali i jechali do Królewskiej Przystani z tej północy. W ostatnim Jonowi udało się dosłownie w trymiga, niemalże jak za pstryknięciem palca przenieść na Smoczą Skałę. Ale fakt – zamiast fabuły, mnie, zafascynowanej światem książkowym, najbardziej interesuje chłonięcie świata i jego serialowej realizacji, a nie śpieszenie się, żeby zobaczyć, kto zostanie władcą tego świata i kto pokona Innych. [świeżo po porodzie nie polecam, przez scenę, w której Inny dotyka noworodka, nie spałam przez tydzień].

 

WIKINGOWIE

 

fot: printscreen HBO

 

Wikingów zaczęłam oglądać z ciekawości po dłuższej przerwie. Pierwsze dwa sezony połknęłam kiedyś, marnując resztki internetu i po zakończeniu ostatniego sezonu „Gry…” poczułam potrzebę pozostania w klimatach skór, koni, bogów i ostrego klimatu. Wróciłam więc do trzeciego sezonu, na którym urwałam dawno temu, ale… trochę się rozczarowałam. Nie dałam rady tego skończyć, bo już nawet nie pamiętałam wątków, a nowe, piętrzące się, tylko utrudniały. Z recenzji wyczytałam, że im dalej, tym podobno gorzej. Do serialu już nie wróciłam. Szkoda. Samych pięknych widoków i muzyki mi szkoda.

 

ŻONA IDEALNA

 

Aktualnie ten, który oglądam. Pierwszy sezon był doskonały i dość długi – 23 odcinki. Potem, moim zdaniem, robi się już trochę za bardzo skomplikowanie. Aktualnie jestem na trzecim sezonie [z siedmiu], ale już przecieram oczy, bo każda normalna kancelaria, która miałaby tyle pokracznych zależności z prokuraturą przez sędziów, kochanków i znajomych już dawno miałaby tabloidy na karku. A tutaj cisza. Wszystkie, nawet poważne kłopoty udaje się zamieść pod dywan. Przy trzecim sezonie już czuć trochę, jak pachnie to bagienko i trochę to zaczyna męczyć. Ale do sprzątania czy wieczornego relaksu serial jest taki, jak żona – idealny. I Alicia ma ładne ciuchy.

 

THE AFFAIR

 

fot: printscreen Showmax

Ten serial mogę każdemu polecić, kto lubi dopatrywać się w serialu szczegółów. Narracja prowadzona jest w sposób wyjątkowy – bo z dwóch perspektyw, kochanka i kochanki. Każde z nich ma swojego małżonka, ale rozpoczęcie romansu na boku widzi zupełnie inaczej. Perspektywa narracji dwóch osób, opowiadających tę samą historię nie jest nowa, ma swoją tradycję, ale zrealizowanie całej fabuły serialu w taki sposób jest bez wątpienia fenomenalne. Niestety, nie dotrwałam do końca sezonu, zamierzam zrobić kiedyś drugie podejście, ale w momencie, w którym oglądałam nie byłam w nastroju na ten klimat. Akcja toczy się wolno, ale cały czas czułam napięcie, na jakie nie byłam przygotowana. A przy scenach seksu, które miały mnie rozbawić [seks małżonków przerwany przez dzieci] lub zgorszyć [„gwałt” na żonie, któremu przyglądał się bohater] trochę mnie zniesmaczyły. Ale to ciekawe zaskoczenie, bo nie spodziewałabym  się tego po sobie. Słusznie więc serial zdobył statuetkę Złotego Globu. Niewątpliwie coś nam opowiada – ciekawie i czasem o nas samych.

 

SHERLOCK

 

fot: materiały prasowe

Moim zdaniem Benedict Cumberbatch to chyba najlepszy Sherlock, jakiego do tej pory udało nam się oglądać. A serial to jedna z najlepszych realizacji prozy Conan Doyle’a w ogóle. A trochę się tej prozy naczytałam, trochę też naoglądałam. Uwzględniłam ten serial, bo w tym roku, wspominałam o tym tutaj, zaczęłam słuchać opowiadań o Sherlocku, zamiast je czytać i poczułam potrzebę odświeżenia, jak książka ma się do serialu. Jeśli ktoś lubi szukać takich powiązań, będzie zadowolony. Naprawdę.

 

WESTWORLD

 

fot: printscreen HBO GO

Wiecie, co najlepsze w tym serialu dla matki małego dziecka? Że tam prawie nikt nie umiera. Szczególnie dzieci. Westworld to park rozrywki, w którym ludzie mogą spełniać swoje marzenia… dobra, nic więcej nie powiem, bo dla mnie początek był zaskakujący i jeśli ktoś cudem nie oglądał, to mu zepsuję zabawę. W każdym razie ten serial to była świetna rozrywka, choć gdy głębiej o tym pomyślę, trochę przerażająca moralnie, bo być może sami jesteśmy bliżej takiego świata niż byśmy chcieli…

 

DURRELOWIE

 

fot: printscreen Netflix

Jeśli rozpaczliwie tęsknisz za słońcem, kawałkiem ciepłego morza i egzotycznego klimatu, włącz sobie Durrelów. To serial oparty poniekąd na faktach, bo na książkach Geralda Durrela, zoologa, który opisał życie swojej rodziny na greckiej wyspie Korfu. W listopadowe bure popołudnia widoki greckiej wyspy i malowniczego otoczenia domu poprawiały mi znacznie humor. Ciepły, miły serialik, poprawiający humor.

 

THE CROWN

fot: printscreen Netflix

Ja mam fioła na punkcie brytyjskiej arystokracji, więc obejrzałam „The Crown”, jak tylko wykupiłam Netflixa. Jeśli ktoś choć trochę orientuje się w historii [lub umie czytać Wikipedię], to serial nie odkryje mu wielkich prawd i nie będzie zaskoczeniem, ale jego realizacja… majstersztyk. Widziałam gdzieś też porównanie aktorów do prawdziwych ludzi, których pokazuje serial – podobieństwo uderzające! Dla fanów brytyjskiej monarchii i brytyjskości w ogóle – pozycja obowiązkowa.

 

GRACE I FRANKIE

 

fot: materiały prasowe

 

Moje zaskoczenie roku. Gdyby ktoś mi powiedział, że zachwycę się serialem o starszych paniach i ich mężach, którzy po kilkudziesięciu latach pożycia z żonami przyznają się im, że od dwudziestu lat się wzajemnie kochają, stuknęłabym się w głowę. W Polsce taki serial by nie przeszedł. Już sam seks osób starszych jest w naszym kraju tematem tabu, w telewizji również. Jeśli mowa o seksie, o  dziwo ten jest pokazany w tym filmie tak fajnie i naturalnie, że nie wzdrygam się, jak przy „The Affair”. Nawet kiedy Jane Fonda postawiona jest w sytuacji worka na spermę. Ale w ogóle – romansujący dziadkowie to rzadkość w filmach. Spięta, sztywna Grace i zwariowana, paląca marihuanę hipiska Frankie udowadniają, że dla starszych ludzi nie ma tematów tabu, wszystko jest dla ludzi, przybliżają nam świat i perspektywę starszych ludzi z ich ważnymi,  a dla nas prozaicznymi problemami [scena, gdy obu im „siada” kręgosłup i leżą na podłodze… majstersztyk], a w tym wszystkim wnoszą tak cudowny i radosny powiew radości, że kończysz odcinek i chcesz jeszcze oddychać tym ich zwariowanym światem.

 

PODSUMUJMY

 

Seriale oglądam na dwóch platformach: Netflix i platformie HBO GO, którą dokupiłam do pakietu telewizyjnego. Downtow Abbey oglądałam na Schowmax, ale zrezygnowałam, bo skończył mi się darmowy pakiet Netflixa i po porównaniu chyba wolę Netflixowi płacić.

 

Ciekawe jest to, że wszystkie te seriale krążą wokół wątku rodzin, opowiadają o rodzinach, są o rodzinach, w rodzinach właściwie toczy się większość akcji. Czy to znaczy, że wybieram takie seriale, bo jestem matką? Niekoniecznie. Rodzinność stała się modna, ciekawa, zabawna, interesująca, nie tylko do sitcomów i śmiechów z głośnika, ale reżyserzy i scenarzyści widzą, jak wiele można w niej zmieścić i jak fantastyczne relacje międzyludzkie w niej stworzyć. Przykład? Kiedyś była Allie McBeal, samotna, anorektyczna prawniczka, szukająca szczęścia wśród wielu samotnych. Teraz mamy Alicie Florrick, prawniczkę, ale też żonę, matkę, synową, która swoją szczupłość chowa za garsonkami i stara się uwypuklać, a nie chować piersi i tyłka. Taki przeskok. Moim zdaniem fajny.

 

A to, że nie znoszę i w ogóle nie lubię oglądać filmów, w których  zabijane są dzieci, ojcowie, matki, ćwiartowane przedszkolaki, w których świat dąży do zagłady albo ciąży na nim inna destrukcyjna katastrofa, to już o tym chyba pisałam, prawda? Nie dla mnie horrory, nie dla mnie Black Mirror, nie dla mnie dramaty. A skoro znasz już moje preferencje, może podpowiesz, co jeszcze mogłabym obejrzeć? Bo jak się skończy „Żona idealna”, to będę w kłopocie czekać do wiosny, aż kolejny sezon „Grace i Frankie” wyjdzie 🙂 Podpowiedz, proszę!

 


 

A korzystając z okazji, przypominam o konkursie, w którym można wygrać prawie 5000 zł za jeden, jedyny lifehack zakupowy -> tutaj.

 

A jeśli chcesz dostawać info o nowych wpisach, możesz zainstalować sobie blog na komórce! Uwierzysz? Na święta dostałam własną blogową aplikację.  Tu wersja na Android, a tu na IOS. I ta aplikacja sprawi, że zawsze będziesz miał dostęp do bloga i powiadomi cię, jeśli coś nowego napiszę. Polecam 🙂

 

Możesz też udostępnić wpis i polubić go na facebooku,  zawsze też jestem na instagramie, dziękuję!