mazury

Dzieci wybiegły z przedszkola koło pierwszej. Wielka chmara wleciała od razu na ten drugi plac zabaw, ten nowszy. Jedna dziewczynka zepchnęła Kosmyka z karuzeli, a reszta przegoniła moje dziecko z huśtawek. Czułam na sobie ostry wzrok dziecięcego ostracyzmu – nie jesteście stąd, nigdy was tu nie widzieliśmy, idźcie sobie. Poszliśmy.

Na tym starszym placu, praktycznie nieuczęszczanym, były dwa dogorywające koniki na sprężynie, równoważnia i stara, trochę bardziej zniszczona, karuzela. A na karuzeli siedziała zniszczona dziewczynka.
– Cześć, czy mój synek, Kosmyk, mógłby się z tobą tutaj trochę pokręcić? – spytałam, popychając lekko w jej stronę odzianego w porządną kurtkę i okutanego czapką Kosmyka.
– Tak. – odpowiedziało dziecko, nie patrząc mi w oczy, ale ja ciągle na nią zerkałam.
Nawet wtedy, kiedy praktycznie zajęła się moim synkiem, kręcąc karuzelą i instruując go, jak ma siedzieć, żeby nie przeszkadzać jej w rozruszaniu grata. Miała znoszone rękawiczki, które przy przegubach były tak szerokie, że w zasadzie odsłaniały jej gołe ręce. Przed zimnem chronił ją szmaciany polar, cieniutki szalik i lekka czapeczka. Była chuda. Przeraźliwie chuda i było to widać nawet pomimo trochę za dużych spodni. W pewnym momencie delikatnie wzięła Kosmyka za rączkę i pokazała, jak on sam może pomóc jej w kręceniu karuzelą.
– Mamo! Ja kręcę się! Czynka nas kręci!
Zaczęłam się zastanawiać, skąd ta dziewczynka jest. Nad grupą na lepszym placu zabaw czuwała pani przedszkolanka, która ani razu nie spojrzała się w naszą stronę. Może ta dziwna panienka nie była pod jej pieczą i po prostu siedzi tu dla towarzystwa?
Wołanie pani przedszkolanki rozwiało moje wątpliwości. Na pytanie opiekunki, czy wszystkie dzieci są już gotowe do wejścia do placówki, jakaś mała słodka blond główka w różowej czapeczce krzyknęła:
– Jeszcze ta śmierdziucha, proszę pani!

I zniszczona dziewczynka pomachała nam rączką i dołączyła ze swym starym polarkiem do grupki porządnie i ciepło ubranych dzieci.

Nie wiem, dlaczego, ale w tym wszystkim ta dziewczynka mi najmniej śmierdziała…