O matko, gdybym dostawała grosik za każdy komentarz, wiadomość czy mail z pytaniem, co robić, bo moje dziecko nie słucha, nic do niego nie dochodzi, już dawno mieszkałabym w pałacu pełnym służby i darmowym internetem. Takich pytań jest mnóstwo, mniemam, że niesłuchające się dzieci to problem masowy, który dotyka około 100 procent rodziców. I wszystkich, jak jednego męża, zastanawia, czemu to się dzieje, czemu dziecko nie słucha, mimo że tak bardzo się staramy? Odpowiedź jest brutalna i prosta.

 

 

Bo przynudzasz

 

Podoba ci się to czy nie, prawda jest taka, że przynudzasz i zwyczajnie nie da się ciebie słuchać. Ale nie martw się, ja też przynudzam. Czasem, kiedy słucham siebie, mam ochotę wyjść z moich ust i uciec, byleby tego nie słyszeć. To normalne, że czasem przynudzamy. Każdemu się zdarza. Tak nas przecież wychowano, takimi samymi tekstami nas musztrowano. To całe rozkazywanie, komenderowanie, ostrzeżenia, napominania, groźby, prośby, kazania, rady, propozycje, podawanie rozwiązań, pochwały, uspokajanie, pocieszanie, wypytywanie, przesłuchiwanie. Trajkoczemy jak pierdyknięci, jak nakręceni, wypuszczamy z siebie ten bełkot, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że dobry rodzic to taki, który tylko gada, że gadając, sprawujemy pieczę nad dziećmi, że gadanie to nasza broń, bo przecież z dzieckiem trzeba dużo rozmawiać, prawda?

 

 

Dam ci dobrą radę. Zamknij się

 

Jest tylko jeden sposób na dobrą komunikację, nie tylko z dzieckiem, ale w sumie z każdym człowiekiem. Ja. Nie, nie ja, ty, ale jako „ja”. Ja czuję, mi się nie podoba, ja wolę, ja bym chciała. A ty? A ty zrobisz jak uważasz, bo na tym życie polega, że ja chcę ja, ty też chcesz swoje ja, ale spotkać się musimy pośrodku tak, żeby każde miało kawałek swojego ja dla siebie. Proste? Wcale nie. Najtrudniejsze, bo mało kto tak do nas mówi. Ale kiedy nie ma szans na żadne ja, albo tylko na jedno ja, albo kiedy nie ma sensu wpychać swojego ja, to lepiej się zamknąć. Serio. Bo gadaniem niczego nie zmienisz. Tylko sfrustrujesz. Dziecko i siebie, gdy zauważysz kolejny raz, że to w ogóle nie działa, a dziecko dalej nie słucha.

 

 

Bo źle tłumaczysz

 

Ja nie wiem, co się dzieje z rodzicami, którzy tłumaczą, tłumaczą, widzą, że to nie działa, ale nic w swoim tłumaczeniu nie zmieniają. Dalej jest jak jest, a oni załamują ręce. Czy to nie dziwne? Przecież skoro kasjerka zdecydowanie odmawia, żebyś zapłacił jej załóżmy cegłą, a nie pieniędzmi, to nie łazimy do sklepu z cegłami. To przecież proste. Nie znosimy, gdy ktoś nas poucza, daje do zrozumienia, że jesteśmy debilami, krytykuje, testuje, podsuwa rozwiązania, jazgocze nam nad głową. Ale sami…

Oj, sami uwielbiamy dawać rady,wyciągać opinie, proponować rozwiązania, oceniać, krytykować bądź wyciągać wnioski z wniosków i obcych relacji postronnych osób. Ja wiem! I pisząc to, że wiem, wiem, że tak naprawdę nie wiem, bo nie jestem do jasnej ciasnej jasnowidzem i znawcą każdego ludzkiego umysłu. Ale widzę po sobie i po swoim ględzeniu, że i mi wyrwą się czasem oceniające teksty „bo ty zawsze”, „bo ty nigdy”, „bo ty znowu”, „bo ty musisz” „botypowinienieneś” i ble ble ble ble. I nóż się w kieszeni otwiera, bo przecież widzę, że to nie działa, że rzygać się chce od takiego gadania i mi się chciało wiele razy, gdy moja matka robiła to samo, A jednak.  Mimo że wiem, że niczego to nie daje. A przecież sama to robię. Nawet w tym tekście, choć tutaj celowo.

 

Dwie sytuacje, z mojego własnego życia. Jedna, dajmy na to w sobotę i druga w niedzielę.

 

SOBOTA:

 

– Załóż majtki. [cisza]. Jesteś bez majtek! [Cisza]. Załóż majtki! [cisza]. Mówiłam, ci tyle razy, żebyś z gołą dupą nie latał! Załóż te cholerne majtki, bo się wkurzę! [Cisza]. ILERAZYMAMPOWTARZAĆZAŁÓŻMAJTKI! [płacz przestraszonego dziecka, przeciągający się do 10 minut, w efekcie, potrzebujesz kolejnych pięciu, żeby na siłę wcisnąć dziecku gacie na dupę].

 

NIEDZIELA: 

 

 

– Synku, ja bardzo bym chciała, żebyś założył majtki.

[cisza]

– Nie wiem, czy usłyszałeś, co powiedziałam? Prosiłam, żebyś założył majtki.

– Nie słyszałem. Dlaczego mam założyć?

– Bo ktoś do nas przyjedzie.

– Kto?

– Moja koleżanka.

– Ale ja nie chcę zakładać!

– Nie chcesz założyć majtek, czyli będziesz przy gościach chodził z gołą pupą? Ja będę się czuła zawstydzona wtedy. Będzie mi głupio, że ktoś zobaczy pupę mojego dziecka, którą zazwyczaj ludzie starają się zakryć. To miejsce intymne. Ja nie lubię patrzeć na miejsca intymne obcych ludzi. Oni też mogą nie lubić i może im się to nie podobać.

– To co mam zrobić?

– Możesz założyć majtki.

– Nie chcę!

– Nie chcesz założyć majtek. Czemu?

– Bo mnie piją.

– Może są za małe? Mogę ci kupić większe majty dziś wieczorem, sam pomożesz mi wybrać, jakie chcesz, dobra?

– No dobra, chcę z minionkami!

– A teraz, co możesz założyć, żeby zakryć pupę?

– Spodenki.

– Będę szczęśliwa, jak je założysz. Naprawdę! Zdążysz zanim policzę do dziesięciu?

 

 

 

 

Nie lubimy słuchać. Nie lubimy być pouczani. Rozkazywanie sprawia, że czujemy się jak idioci, do tego tacy, bez żadnych absolutnie praw, ostrzeżenia i napominania wyzwalają raczej poczucie strachu niż realnej oceny sytuacji, moralizowanie sprawia, że dziecko przestaje ufać własnemu osądowi, bo wpaja mu się, że „ma słuchać mądrzejszych”, podawanie gotowych rozwiązań pokazuje dziecku, że rodzic nie ma do niego zaufania i nie wierzy w jego zdolność znalezienia własnego sposobu na kłopot, kazania i typowe „logiczne” argumenty znów pokazują, że rodzic nie traktuje dziecka poważnie, tak jakby ono nie mogło się samo czegoś domyślić. Wszystko to wyzwala gniew, złość, frustrację, obniżenie poczucia własnej wartości i przede wszystkim jest takim nożykiem przecinającym więź rodzica z dzieckiem. Nikt nie będzie chciał poprosić o pomoc rodzica, jeśli wie, jakiego gadanie może się po nim spodziewać. Tylko ktoś, komu jest naprawdę wszystko jedno, zgodzi się dobrowolnie poddać osądowi, krytyce i moralizowaniu. Reszta kryje się po kątach z uczuciami, przeżyciami i drobnymi grzeszkami, licząc, że się nigdy nie wyda.

 

Tych rodzajów zestawów „wychowawczych” rodzica jest kilkanaście, zaczynając od pochwał, przez kary po zwykły brak umiejętności pocieszenia [tutaj] i dalej przez ośmieszanie, wyzywanie, przesłuchiwanie, odwracanie uwagi i bagatelizowanie uczuć. Nie wińmy się za nie. Z jednej strony to naprawdę absurdalne, że mimo iż na własnej skórze codziennie przekonujemy się, jak bardzo takie gadanie nie działa, jaki wyzwala w nas gniew i frustrację, a z drugiej – skoro każdy z nas został na podobnych tekstach wychowany, ciężko się od nich uchronić.

 

 

Co głupsi stwierdzą, że mimo tych zestawów jakoś na ludzi wyrośliśmy. No dobra, jakoś nam się to udało. Między innymi stąd kolejki do psychologów, terapeutów i innych psychoanalityków. Między innymi stąd praktycznie powszechny alkoholizm i narkotyki już w gimnazjum. Mimo to spoko, jeśli chcesz ryzykować, że „jakoś” to dziecko się wychowa – a proszę cię bardzo, rób jak uważasz. Ja sama wolę się czasem ugryźć w język. Stosując zasadę – nie wiesz, co powiedzieć, to się spytaj. A jak nie chcesz, to milcz. I patrz.

 

Możesz też co nieco przeczytać: „11 książek, które pomogły mi w macierzyństwie” oraz „Nie masz czego zazdrościć”.

 

 

Zdjęcie: Matthew Kane

  • Dzięki za te słowa. Przydały się, zwłaszcza dzisiaj. I w ogóle.

  • Marta Peikow

    Mądrze piszesz. Mnóstwo się od Ciebie nauczyłam przez ostatnie pięć lat. Podstawę i pomysł na wychowanie intuicyjnie mam słuszny. Mimo to wychodzą stosowane na mnie niegdyś schematy. Wychodzi chęć zbyt szybkich rozwiązań. Wychodzi wszystko, co ukryć bym.chciała. Pociesza mnie, że wychodzi czasami, a do pionu stawiają Twoje dawniejsze teksty, lektury z listy (walkowane wiele razy, bo zapominam, choć w głowie każde zdanie) i takie teksty, jak ten. Moc uścisków. Dla Was.

  • Joanna Pe

    Zgadzam się 🙂 tylko jakiś taki negatywny ten tekst, naładowany złością na ludzi, może potrzebujesz urlopu od odpowiadania na pytania? A może to ja mam taki dzień, że tak to odbieram? 🙂

  • Joanna Gruszczak

    Bardzo często mam wrażenie, że bez przerwy gadam do dziecka. Gdy coś zbroi, to gadam jeszcze więcej, czasem łapię się na tym, że milionowy raz omawiam daną, konfliktową sytuację, że aż czasem sama siebie nudzę. Ale robię to dlatego, ponieważ mam wrażenie, że do syna nie dociera kompletnie nic z mojego „ględzenia”. Np kanapa w salonie. Ja: Bartek, nie skacz na kanapie. (trampolina trwa). Prosiłam byś nie skakał po kanapie. (Nic) Bardzo lubię tę kanapę, i chciałabym by długo nam służyła, a od skakania się psuje. (syn: mama, ale ja tylko skaczę!). Wrrrr No właśnie… I tak wymiana zdań trwa, i albo mi się nudzi, albo jemu, albo przechodzę do kategorycznych metod.
    Albo regularne wylewanie wody z kubka podczas posiłków. Bo jest zbyt ruchliwy, bo zawsze potrąci, zamachnie się itp. No więc ględzę przy obiedzie jak to bardzo lubię ten stół i chciałabym by był suchy, a ta szklanka jest fajna i szkoda by było, jak by się zbiła. Itp. Czasem.. naprawdę, czuję się jak jakaś debilka z tym gadaniem. Zwłaszcza że ono nie przychodzi mi ot tak, muszę nad słowami mieć kontrolę, by po prostu nie wrzasnąć, jak by to zrobiła np moja matka. Regularnie słyszę od niej, że za dużo z młodym rozmawiam, i będę mieć z nim problemy. Że niby wrzaski i radykalizm lepsze? Nie wiem… Koleżanka, matka trójki, mówi, że ona nie może z trójką rozmawiać, bo by dostała na łeb, po prostu krzyczy i komenderuje, jak w wojsku. Co ciekawe, jej najmłodsza, rówieśniczka mojego syna, jest właśnie bardziej… poukładana niż mój syn. On-tysiąc żywiołów. Ona-panienka reagująca na polecenia i sama trzymająca się w kupie.
    Jest jeszcze wstrętne słowo: czemu? Ja tu mówię i mówię.. właśnie o lataniu z gołym tyłkiem.. a on, każda moją wypowiedź kwituje: a czemu? Czym często zagania mnie w narożnik.. i z sytuacja się rozłazi..

  • An

    Jedna rzecz dla mnie jest niepokojąca. Moje dziecko z babciami spędza dużo czasu bo pracuje. Ja mam poczucie ze tłumacząc dziecku więcej zyskuje ewentualnie pozwalam jej się przewrócić, zmoczyć nogi itp (konsekwencje). Wiadomo czasem gadam jak głupia zwłaszcza jak się spieszę albo zmęczona jestem. Natomiast babcie? Piszczą ze mała się nie słucha i nawijają bez przerwy: zostaw, nie biegaj, nie dotykaj… Co robić? Pouczać babcie? Zignorować i starac się samej bardziej? Zreszta to sie tyczy innych rzeczy, straszenia mitycznym „panem”, co zabierze zabawkę, zje kanapkę, zabierze dziecko (tu już reagowałam) itp. Nikt nie ma tyle cierpliwości i serca do dzieci co babcie a jednocześnie metody wychowawcze made by PRL. Czy przesadzam? Się rozpisałam…