Piszę ten tekst ze ściśniętymi ustami i trochę jeszcze oszołomiona. Nie do końca wierzę w to, co się dzieje, do końca mam nadzieję, że to żart primaaprilisowy, że ktoś zaraz wstanie i powie: Słuchajcie, my to tylko tak dla beki. I mimo iż żart byłby okrutny, przynajmniej poczułabym ulgę. Niewyobrażalną ulgę.

 

 

Do sejmu trafił projekt nowej ustawy antyaborcyjnej. Nowej, bo stara, będąca wynikiem kompromisu i dopuszczająca aborcję w trzech przypadkach, mimo iż jest jedną z i tak najostrzejszych, nie zadowala „zwolenników życia”. Oni  chcą więcej. Chcą krwi, śmierci, chcą cierpienia. W imię mojego życia.

 

Jestem kobietą, jestem mięsem, jestem macicą. Macicą, która nie myśli, która umie tylko rodzić, ewentualnie łykać tabletki poronne do kawy, a na aborcję chodzić jak na bułki do sklepu. Jestem głupia i bezmyślna. Uprawiam seks bez refleksji, cały dzień myślę, gdzie tu by się znowu gzić z partnerem, gdzie tu by nogi rozłożyć, a potem doprowadzam swoim niefrasobliwym zachowaniem do poronień prawdziwej istoty ludzkiej bez mózgu, bez głowy nawet, za to z wartościowym plemnikiem.

 

 

Ironizuję, ale przede wszystkim chciałam powiedzieć, że ten tekst pisze mi się bardzo ciężko. Zdecydowanie wolałabym pokazać wam mój nowy zielnik lub piękne niebo, jakie obserwowałam, wracając przedwczoraj z zakupów. Niezwykle ciężko mi w ogóle rozmawiać o wyższości jednej śmierci nad drugą, ale jestem matką dwójki dzieci, dzieci, które żyją i jakkolwiek mi jest ciężko, nie mogę się poddać bez słowa. Nie mogę zgodzić się na to, żeby moje ciało stało się mięsem armatnim w wojnie, do której nie zamierzałam przyłożyć nawet palca. Ale tak to jest, że w każdej wojnie giną niewinni. A polityczna wojna trwa i za chwilę jej efektem będzie mord na setkach tysięcy kobiet.

 

 

Jednym z siedmiu krajów świata, który całkowicie zakazuje aborcji, jest Salvador. To stamtąd pochodzi raport Amnesty International [poczytajcie tutaj], w którym czytamy, że zakaz aborcji obowiązuje nawet wtedy, kiedy życie matki jest zagrożone. Kobieta, która decyduje się przerwać ciążę nawet ze względów zdrowotnych, po jej zakończeniu, od razu zakuwana jest w kajdanki i idzie do więzienia. Kobieta, której życie jest zagrożone, nie może być ratowana, bo w jej ciele pulsuje zarodek i lekarz, który odważy się interweniować, od razu może się pakować do pierdla.

 

 

Projekt bardzo podobnej ustawy, który zapewne zbierze 100 000 podpisów i zapewne głównie mężczyzn, to nic innego jak wyrok na setki tysięcy kobiet, którym myśl o aborcji pewnie nawet nie przeszła przez głowę. Kobiet, które nie będą mogły usunąć ciąży pozamacicznej, tylko będą musiały czekać, aż pęknie im jajowód, aż zaczną się wykrwawiać, aż ta komórka zacznie je literalnie zabijać. Kobiet, którym będzie grozić więzienie [do trzech lat] za to, że niezbyt starannie opiekowały się swoją ciążą, czyli na przykład sadziły kwiatki w ogródku lub jeździły na rowerze bądź biegły za starszym dzieckiem. Kobiet, które przestają zgłaszać gwałty, z obawy że samo zgłoszenie już postawi je na świeczniku, a ewentualne poronienie będzie skutkowało oskarżeniem i być może celą. Kobiet, które zaczną pić domestos, rozrywać siebie wieszakami, skakać i okładać brzuchy, bo jeśli człowiek czegoś bardzo chce lub nie chce, to nic go nie powstrzyma. Kobiet, które nie będą mogły przeprowadzić badań prenatalnych [bo istnieje ryzyko uszkodzenia płodu]. Badań, dzięki którym masę chorób można wcześnie rozpoznać i wyleczyć. Ja wiem, oczywiście, że jestem kobietą, czyli głupią bezmyślną macicą, więc nie powinnam się usprawiedliwiać, każdy obrońca życia powie, że badania prenatalne są po to, żeby utwierdzić się w przekonaniu, czy ciążę usunąć czy nie, a nie po to, żeby zrobić rzecz niewyobrażalną – uratować dziecko jeszcze w łonie matki, żeby mogło normalnie żyć:

 

 

Na przykład teraz u mnie na oddziale leży dziewczyna w 21 tygodniu ciąży. Dziecko ma ciężką wrodzoną niedoczynność tarczycy. W krwi dziecka jest TSH 1000. Dla porównania podam, że norma TSH dla dorosłego człowieka wynosi 4,5. Zakresy wyników w laboratorium kończą się na 150! Dziecko ma tak wielkie wole, że nie jest w stanie połykać. Ma całkowicie uciśnięty przełyk i tchawicę. Gdyby się urodziło w takim stanie, to nie byłoby w stanie oddychać. Na szczęście chorobę rozpoznano prenatalnie, jest wdrożone leczenie i są już w efekty. Wygląda na to, że ten dzieciak się urodzi, będzie zdrowy i będzie mógł normalnie żyć. Co by było, gdyby trafił na doktora „z sumieniem”?

[źródło: dziennik.pl]

 

 

Ale, ale – powiecie – przecież badań prenatalnych nikt nie zakazuje! Owszem. Konia z rzędem jednak temu, kto odważy się je wykonać lub nawet odesłać na nie kobietę, jeśli niosą one procent ryzyka uszkodzenia płodu, a za Art. 157a:§1:

 

 

Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

 

 

I każdy lekarz, który ma jako taki rozwinięty gen samoobrony, nie wyśle kobiety na takie badanie. Mało tego – każdy lekarz, który widząc kobietę w wieku rozrodczym, w której już teraz mogą się łączyć dwie komórki lub za chwilę się połączą, bo cholera wie, czy się wieczorem nie bzyknie lub czy jej ktoś nie zgwałci, nie tylko nie wyśle takiej kobiety na żadne badania. On ją zacznie leczyć błogosławioną witaminą C, bo silniejszy antybiotyk nawet na potężną chorobę może zaszkodzić rozwijającej być może w ciele kobiety zygocie.

 

Przyjęcie tej ustawy, to nie tylko pogodzenie się z faktem, że dzieci będą musiały urodzić dzieci, że kobiety zgwałcone będą musiały nosić swój krzyż i nie swoją winę [z tym proliferzy przechodzą do porządku dziennego – tak ma być i jestem w stanie to zrozumieć], to też całkowita zgoda na to, żeby kobiety przestały być leczone, żeby ich życie i zdrowie w całym okresie rozrodczym wystawione było na szalę szczęścia, bo a nuż ciężko nie zachoruje, a nuż się tą witaminą C wyleczy, a nuż ta ciąża pozamaciczna jakoś do macicy trafi. A jeśli jej leczona witaminą C choroba jednak jakimś cudem się rozwinie i zaszkodzi ciąży – szlag, trzy lata więzienia. Boś niedopilnowała, boś dopuściła się sama na sobie [tak, art. 157a mówi też o samej kobiecie, nie tylko o postronnych] aktu „rozstroju zdrowia”.

 

Jasne, podpunkt drugi tego konkretnego artykułu mówi o tym, że jeśli osoby postronne działy nieumyślnie, podlegają karze do trzech lat więzienia i kolejny podpunkt podkreśla, że czyn nieumyślny zwalnia z odpowiedzialności matkę. Tylko mam z tym taki problem – kto poświadczy, że moje poronienie lub strata dziecka było nieumyślne? Wystarczy jedna wątpiąca osoba, która powie, że robiłam wszystko, by stracić dziecko i machina sądowa może ruszyć. Nawet jeśli w moim sercu drga nuta radości, że będę mogła pozwać każdą napotkaną i wkurzającą mój płód osobę, tak boję się tego z drugiej strony – pierwsza lepsza osoba może powiedzieć, że strata dziecka to moja wina. Przyjęcie podobnej ustawy w USA, bardzo podobnie uzasadnianej już skutkuje konkretnymi oskarżeniami:

Amanda Kimbrough to jedna z kobiet, które wpadły w sidła zupełnie odmiennej interpretacji tych przepisów. Podczas jej ciąży u płodu zdiagnozowano zespół Downa. Lekarze zasugerowali aborcję, na którą Kimbrough się nie zgodziła, ponieważ jest to niezgodne z jej przekonaniami.

[…] Dziecko przyszło na świat przedwcześnie, w wyniku cesarskiego cięcia, w kwietniu 2008 roku – i zmarło 19 minut po narodzinach. Sześć miesięcy później Kimbrough została aresztowana we własnym domu i oskarżona o narażenie życia swojego nienarodzonego dziecka substancjami chemicznymi, ponieważ podczas ciąży rzekomo przyjmowała narkotyki. Kobieta stanowczo odrzuca ten zarzut. –To był dla mnie szok. Straciłam przecież dziecko, co już było wystarczająco tragicznym przeżyciem – mówi Kimbrough.

Teraz czeka na wyrok w procesie apelacyjnym przed sądem wyższej instancji w Alabamie. Jeśli sąd odrzuci apelację, Kimbrough spędzi dziesięć lat za kratkami. –Żyję teraz z dnia na dzień, zajmując się trójką moich dzieci. Zarzuca mi się przestępstwo – co  mam na to odpowiedzieć? Jestem przecież dobrą matką.

 

[źródło: polityka.pl]

 

Jestem w stanie zrozumieć walkę proliferów o chore dzieci. O to, żeby się urodziły. Mam oczy, widzę, czytam te wszystkie przypadki, gdy matka usuwała dziecko z Zespołem Downa czy inną umożliwiającą życie chorobą i mimo że sama  nie miałabym sumienia nakazywać komuś takich czy innych działań, tak jestem w stanie zrozumieć oburzenie. Natomiast nie rozumiem kompletnie sensu przedłużania cierpienia. Nie rozumiem, że w świecie, w którym nawet zwierzęta mają prawo szybkiej śmierci, małych, chorych ludzi skazuje się na cierpienie w imię kilku dni życia. W imię życia.

 

 

Chciałam dać mu lżejszą śmierć. Tyle. Jedyne, co mogłabym dać mojemu dziecku, to to, żeby nie cierpiało. I to mi się nie udało. Nie jestem lekarzem, a i tak widziałam, że ono umiera z bólu. Mimo morfiny. W szpitalu lekarze konsultowali się z lekarzami z hospicjum w sprawie dawkowania tego leku. Dorosły człowiek powie, co go boli, a dziecko musi pokazać, po nim trzeba ból zobaczyć. Widziałam, jak go bolało. Przychodziłam kolejnego dnia i morfiny było coraz więcej. Dawka większa i większa. A dziecko słabsze i słabsze. Aż w końcu walczyło o każdy oddech. Tyle wygrał pan Chazan. 10 dni agonii. Jeśli taki był jego cel, to mu się udało. Chciałam tego uniknąć, chciałam, by nasz syn umarł szybko i bez bólu.

[źródło: matka dziecka, którego życie wywalczył prof. Chazan]

 

 

Ból. Wpisany jest w nasze życie – powiedzą ci, co idą za zmartwychwstałym i cierpiącym. I bardzo staram się zrozumieć, czemu w imię tego bólu cierpieć mają kobiety, które zwyczajnie przestaną być leczone. Czemu w imię tego bólu cierpieć mają dzieci, które urodzą się z wadami dającymi się wyleczyć jeszcze w łonie matki? Czemu cierpieć mają dzieci już urodzone – zmuszane do porodów lub zwyczajnie opuszczone przez matką, której kuracja modlitwą i witaminami nie dała skutku? Czemu to my, kobiety, musimy w imię, nie oszukujmy się, mężczyzny, godzić się na wszystko, co zostało nam, podobno, dane?  I nie rozumiem, po kij ten Jezus cierpiał? Podobno, żeby odkupić winy. Najwidoczniej chodziło mu tylko o mężczyzn.

 

 

Ustawa o całkowitym zakazie aborcji – czym Ci grozi?

MUSISZ POD KARĄ WIĘZIENIA DONOSIĆ CIĄŻĘ I URODZIĆ JEŚLI:
• zagraża ona Twojemu zdrowiu lub życiu (np. doszło do ciąży pozamacicznej – to jedna na 100-200 ciąż! lub jesteś w trakcie leczenia nowotworu).
• dziecko jest ciężko upośledzone i nie ma szans na samodzielne przeżycie, ciąża jest wynikiem przestępstwa, np. gwałtu bądź kazirodztwa (Twój gwałciciel ma szansę na wcześniejsze wyjście z więzienia niż Ty!).
GROZI CI KARA POZBAWIENIA WOLNOŚCI RÓWNIEŻ JEŚLI:
• poronisz z powodów naturalnych (statystycznie w Polsce 10-15% ciąż kończy się samoistnym poronieniem). Sąd może, ale nie musi odstąpić od wymierzenia kary.
• pomożesz koleżance przeprowadzającej aborcję, np. pożyczysz pieniądze lub zawieziesz na zabieg koleżankę, nawet, jeśli jest ofiarą przemocy.
NIE BĘDZIESZ MIAŁA MOŻLIWOŚCI, BY:
• przeprowadzić badania prenatalne, bo proponowana ustawa znosi ich obowiązek, a co za tym idzie możliwość ich finansowania z budżetu państwa czy samorządów. Dodatkowo, choć pomogą zdiagnozować i wyleczyć niektóre choroby na etapie życia płodowego, podnoszą nieznacznie ryzyko uszkodzenia płodu lub poronienia, a w efekcie pociągnięcia do odpowiedzialności karnej wykonującego je lekarza.
• przeprowadzić in vitro, gdyż w świetle tej ustawy z każdej zapłodnionej komórki jajowej powstaje dziecko poczęte.
 

Myślę sobie o tej aborcji… czy byłabym w stanie usunąć własne dziecko? Dziś mówię, że nie, z pewnością nie. Ale jestem matką dwójki dzieci, dwójki małych chłopców, których jedyną winą jest to, że się urodzili synami kobiety. Kobiety, która może umrzeć, bo dorośli mężczyźni, w imię zygoty, na szalę rzucili jej życiem, stawiając ją i jej dzieci na równi z jednym, małym plemnikiem. I dla tych chłopców będę walczyć. W imię mojego życia. Bo dla tych chłopców, którzy już żyją, jestem całym światem i żaden biskup, poseł, czy inny walczący o zbawienie całego świata, nie będzie odbierał moim dzieciom ich świata. Świata, w którym mają matkę.

 

To jest wojna. Wojna czysto polityczna. O wpływy, o ziemię, o władzę. Nie jestem w stanie uwierzyć, że ktokolwiek, kto ma serce, w którym tkwi odrobina współczucia i miłości, w imię jednej komórki mógłby postawiać na szali życie wszystkich kobiet takim projektem ustawy. Nie mogę uwierzyć, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach mógłby ją przyjąć. Nie mogę uwierzyć, że komuś coś takiego do głowy wpadło. I nie mówię tu, że popieram aborcję i kogokolwiek usprawiedliwiam. Nie jestem zwolennikiem zabijania dzieci z doskoku [moim prywatnym zdaniem tylko dogłębne upośledzenie dziecka uniemożliwiające mu życie lub gwarantujące mu niewyobrażalne cierpienie mogłoby przemawiać za wcześniejszym zakończeniem życia], nie chcę być wrzucana do worka z każdym, kto „hulaj dusza, piekła nie ma”. Piekło jest tu, na ziemi, a każdy, kto chce doprowadzić do wdrożenia tej ustawy w życie, właśnie robi podwaliny do powstania kolejnego, piekielnego kręgu. Nawet Dante by się takiego nie powstydził.

 

PS. Nie włączałam się w akcje KODU i ekipy od zamachu, nie popierałam oficjalnie żadnej partii politycznej [do każdej zawsze miałam lekkie „ale”], nie lubiłam włóczyć się przed sejmem i walczyć o lasy, drogi, pensje i inne rzeczy, z którymi i bez których jestem w stanie jako tako żyć. Ale w imię mojego życia – będę walczyć i stąd ten jeden jedyny i chyba najbardziej polityczny wpis na tym blogu.

A   kiedy już całe swoje oburzenie i sprzeciw wyplułam, dopiszę tylko jedno – najważniejsze, co mnie zastanawia. Jaki polityczny interes  ma władza, żeby rzucać nam świadomie taki kąsek? Jestem przekonana, że w ferworze tej walki, gdzieś  tam w kuluarach, przepchną naprawdę szkodliwą  ustawę. Ta aborcja to takie mięsko, bo wiadomo, że się zagotuje i cała uwaga skupi się na tym. To wojna. O wpływy, o ziemię, o władzę. Wszystkie chwyty dozwolone. Bądźcie czujni.

EDIT [z 25 września 2015 roku]: dodaję dwa statusy odnośnie ostatnich wydarzeń, odrzucenia projektu dotyczącego prawa aborcyjnego.