Mieszkam na Mazurach. Mam to szczęście w nieszczęściu, że mój dom znajduje się w najciekawszym i najbardziej popularnym miejscu, gdzie zimą psy dupami szczekają, a latem, nie mają gdzie jej wysadzić w tłumie ludzi. W każde wakacje, mniej więcej od długiego weekendu majowego do połowy września, szlak koło mojego domu przemierza tysiące pieszych turystów, rowerzystów i samochodów. Tak się składa, że wiem o was wszystko.

 

 

Wiem, że jeśli podpaski, to always, chipsy – lays, cola – oryginalna, półlitrowa lub w puszce, woda – żywiec zdrój, choć i kropla beskidu się zdarza. Piwo – żubr, czasami specjal, bo niby mazurski. I w puszce, bo butelki to z kaucją, można oddać. Tampony ob, dla dziecka chrupki mazurskie. Kubuś – obowiązkowo. I batony – lion, snickers, mars. Bywa, że Pawełek.

 

Każdego wieczora wychodzę z dziećmi na spacer i widzę kolejne prezenty zostawione przez turystów z Warszawy, Poznania, Krakowa, Gdańska, Katowic i Wrocławia. Widzę wasze tyłki wysikujące się na moim polu, widzę wasze gówna na ścieżkach w naszym przydomowym lasku. To nawet zabawne, że każdy pyta mnie, czy nie boimy się kleszczy, a ja się jedynie boję ludzkiego śmierdzącego gówna, które jeden lub drugi wystęka pod moim płotem, bo przecież na brudnej stacji zrobienie kupy jest obrzydliwe.

 

Słyszę was. Słyszę, jak rozmawiacie. Mój stolik do pracy stoi za murem domu, ale głos się niesie. Na drzemce mojego dziecka słyszę, jak opowiadacie o koszmarnym wyrębie lasów, o tym, jacy myśliwi są straszni, o tym, jak walczycie o swoje prawa. Zagryzacie to potem batonikiem ze sklepiku nad rzeczką i papierek wyrzucacie w krzaki. To tylko jeden papierek. Jeden papierek. Jeden. Wkoło mojego płotu zebrałam już tysiące papierków ludzi walczących o te nasze biedne lasy.

 

 

– Po co mi dajesz ten papierek? Weź go gdzieś wyrzuć! – oburza się matka na czteroletniego chłopca. Chłopiec posłusznie wyrzuca. Na pole, na którym wieczorami stoją łanie, zjadając bezmyślnie wszystko, co na nim rośnie lub… leży. Bez żadnej żenady wyrzuca, mimo że tuż obok są moje okna. Widzimy.

 

– Mam chusteczki, idź w tam w krzaki! – doradza dziewczyna chłopakowi, który posłusznie idzie załatwić się w krzaki tuż obok mojego domu, metr od mojego płotu. W krzaki, w których bawi się często mój pies, bo może przybiec do domu z nowym zapachem znanym pod nazwą „stolec z warszawy”. Do pakunku perfumiarz zazwyczaj daje prezent  w postaci fikuśnie ozdobionej drachą chusteczki.

 

Warszawa ma swoje słoiki, Mazury swoje stolce z Warszawy. I przykro mi, że to głównie Warszawa wiedzie prym w chamskim, bezczelnym, niezrównanym z nikim śmieceniu na jednym z najczystszych, najpiękniejszych i najdzikszych, mimo turystycznego charakteru, miejsc Polski. To głównie te tablice widnieją na samochodach. Mokotów, Żoliborz, Ochota, Praga. Moje dzielnice ukochane, znane z dzieciństwa, potem ze studiów. Ja też się po części wychowałam w tym mieście, miałam tam dziadka, ciocie, dalszych krewnych, wreszcie – przyjaciół. I mimo tego, godziłam się z nazwą „słoika’, który postanowił na stałe osiąść gdzieś między Wolą a Żoliborzem. I uciekłam, żeby teraz patrzeć na stolce z Warszawy. I innych miast Polski.

 

Na ich wydzieliny z trzewi, resztki pokarmów wydalonych z tyłków, siurków, gąb i plecaków. Na wszystkie te śmieci, które walczący o niewycinanie lasów, ładne jelonki i dziki oraz dziurę ozonową, rzucają jakby były nic nie znaczącym puszkiem, który sam z siebie zniknie.

 

To po to walczycie o te lasy? Żeby przykryły ten smród, jaki zostawiacie za sobą? Ten cały syf, który za chwilę będzie płynął Krutynią, bo nie potraficie dwugodzinnego spływu wytrzymać z folijką po paluszkach w kajaku? Po kij wam te lasy? Po kij te jelonki, jeśli łabędzie zaraz zaczną zdychać od waszych gum, chipsów, chrupków, batoników i innego gówna, jakie wrzucacie do wód, zostawiacie w lasach, na drogach, na polach i wszędzie, gdzie tylko możecie?

 

Przecież wasze dzieci już to wiedzą.

 

Po co mi dajesz ten papierek? Weź go gdzieś wyrzuć! – oburza się matka na czteroletniego chłopca. Na czteroletniego chłopca. Na chłopca rok młodszego od mojego starszego syna i dwa lata starszego od młodszego. Obaj moi synowie już teraz wiedzą, że lepiej dać mamie niż wyrzucić w krzaki. Obaj wiedzą, że plastik może utknąć w gardle zwierzęcia, obaj widzieli zdychającego na rzece przekarmionego latem łabędzia, który nie umie sobie znaleźć pokarmu, obaj weszli w czyjeś gówno, obaj widzieli ptaki, krztuszące się jakimś ścierwem zostawionym przez porządnych, dobrze płacących turystów. Którzy oburzają się na wycinkę lasów. Którzy walczą o zwierzęta. Którzy od wielu lat wygrażają myśliwym. A którzy swoim dzieciom mówią:

 

 

– Po co mi dajesz ten papierek? Weź go gdzieś wyrzuć!

 

Miłych wakacji.

 

Żeby wam się czkawką zimą odbiły, gdy zobaczycie wasz smog za oknem. Zielone płuca Polski serdecznie was wtedy pozdrowią. Zielone płuca Polski. Najpiękniejszy region z praktycznie dziewiczą przyrodą. Moje lasy i pola, po których stąpamy, czy turyści są, czy ich nie ma. Rok w rok mazurska ziemia pokonuje sterty śmieci i gówna zostawione przez turystów i po każdych dwumiesięcznych wakacjach potrzebuje całej zimy i wiosny, żeby strawić te podarunki. Każdego lata staję przed domem i patrzę się na nowe sterty, zastanawiając się – jak długo? Jak długo jeszcze? Jak wiele stert połkniecie moje lasy i pola? I tylko rozumiem, czemu aż tylu ludzi oburza się na wycinki lasów. Tylko one ukryją ten cały bród, który ciężko wam wrzucić do kosza.

 

Ten świat zniknie. Za chwilę go nie będzie. Dzięki tobie, kobieto, która uczysz swoje dziecko wyrzucać w krzaki papierki. Dzięki tobie, mężczyzno, srający mi pod domem. Tych dzieci, biegających radośnie po polach i lasach – nie będzie. Znikną w waszym gównie, w waszych chipsach, w waszych papierkach po lodach. W waszym chamstwie. Chcecie zrobić z Mazur kolejną Warszawę? To po co z niej uciekacie?

 

 

 

[Warszawa w tytule została ujęta jako metafora śmiecących ludzi. To nie wina stolicy, że leży najbliżej Mazur i stąd przyjeżdża najwięcej ludzi. Mam wrażenie, że cała Polska trochę śmierdzi kupą i pachnie papierkami po cukierkach wyrzucanych w krzaki i przerażeniem napawa mnie fakt, że aż tylu ludzi przekazuje taką właśnie postawę swoim dzieciom. Niemniej wiem, że nadzieja tkwi w tych, co po sobie sprzątają i liczę na to, że oni nie wezmą tekstu od siebie, jeśli dbają o swoje otoczenie].