Od rana słyszę jego jęczenie. Mamo, chodź zobacz, mamo, no! Mamo, a zobaczysz? Mamo, proszę, patrz! Robotę mam. Pranie, sprzątanie, zwyczajne rzeczy nie chcę łazić i patrzeć,  a to na wieżę, taką samą jak inne wieże, a to na rysunek, podobny do dziesiątek innych rysunków. Nie dzisiaj, proszę.

 

 

 

Dzień mi mija na odwiecznej krzątaninie,  każda rzecz do nadrobienia, wszystko i nic, bo efektów nie widać, wciąż jestem w proszku, wciąż coś wpada w ręce, każda chwila, cenna sekunda, której nie mogę stracić, nie mogę odzyskać. Mamo, no, chodź, popatrz, no! Mamo! Popatrzysz? Ugrrr! Dość mam już tego!

 

– Słuchaj! – krzyczę, aż mnie w gardle drapie, tak głośno. – Zmywam naczynia, ręce mam mokre, wszystko zachlapuję jak tak łażę w tę i z powrotem, wkurza mnie to, a jak jestem wkurzona, to wcale nie chcę widzieć, co tam narysowałeś, bo jestem wkurzona, zła! Potem przyjdę i popatrzę ok? Potem, jak skończę, dobra?

 

 

Mruczy coś pod nosem. Nie słyszę. Nie chcę słyszeć. Poganiam ojca, przeganiam młodszego, huragan dnia codziennego, tornado kotletów, ziemniaków z masłem, talerzy do mycia i wciąż niesprzątniętej werandy. I ten uparty lament mamopopatrzeniowy. Jak teraz, jak mam to zrobić? Pranie muszę rozwiesić, żeby drugie wstawić, bo jutro wyjeżdżamy, lodówkę wymyć, żeby zakupy już do czystej wsadzić, tyle rzeczy, tyle rzeczy… Nie mogę tego wszystkiego ogarnąć w jednym czasie…

 

– Mamo! Popatrzysz?

 

– Synku, zaraz! Za chwilę! Skończę i popatrzę. Zaraz, dobra?

 

Zaraz nie nadchodzi ani zaraz, ani zaraz potem. Do wieczora jestem zajęta. I dopiero koło 20, gdy wreszcie udaje mi się usiąść do cały czas otwartego komputera z misją napisania kilku słów, moje chęci przerywa głos syna.

 

– Idę się myć i spać, mamo, dobranoc! – komunikuje.

– Chcesz, żebym ci poczytała? – pytam mechanicznie, choć po takim dniu wcale nie mam na to ochoty.

– Nie, nie musisz. Wezmę od taty telefon i włączę sobie słuchajki. Zawsze przy nich zasypiam.

 

Poszedł smutny. Sam. Od kiedy chodzi sam się kąpać? Od kiedy nie potrzebuje pomocy? Przecież jeszcze kilka miesięcy temu miałam problem, którego pierwszego rozebrać, którym się najpierw zająć? Siedzę i myślę nad tym momentem, słysząc, jak nie może sobie poradzić z ustawieniem prysznica. Woła ojca. Ojciec mu pomaga, wychodzi. Słyszę plusk w wannie i jakieś jego pogadywanie. Podchodzę do drzwi i słyszę, że z myciem poradził sobie ekspresowo. Pochodzi do umywalki, owinięty ręcznikiem, jak mały dorosły, ze stołeczkiem przed lustrem wyjmuje sobie pastę i szczoteczkę. Niewprawnymi ruchami nakłada tę pastę, ale nagle podnosi na mnie wzrok i pyta wykrzywiając usta w tym swoim rozpaczliwym grymasie:

– Co robisz, mamo?

– Patrzę się, jak dobrze sobie radzisz. Mogę?

 

Kiwa głową. Zaczyna w swoim ulubionym rytmie machać szczoteczką w buzi. Jego wciąż małe ręce, są już tak pewne w tych ruchach. Patrzę się, jak drugą ręką poprawia sobie ręcznik, którym opasał się pod pachami. Mruży oczy, tak jak ja. I tak jak ja stoi ruchu. Kręci głową, przewraca oczami. Podreptuje w miejscu nogami, kiedyś pulchnymi i miękkimi jak biszkopt, teraz smukłymi i trochę poobijanymi od zabaw na śniegu. Stoi taki mały, rozczochrany chłopiec, który jeszcze niedawno krzyczał „mamo!”, bo nie umiał wejść na krzesełko i odkręcić sobie wody. Patrzę się na syna, śledzę każdy jego ruch, nie spuszczam go z oczu, chłonę centymetry twarzy, uśmiecham się, kiedy wypluwa wodę, płucze usta, wyprostowuje się przed lustrem i przegląda się w nim,  jakby chciał sprawdzić, czy już nie czas na golenie. Widzę, że zerka na mnie, więc posyłam mu buziaka i podnoszę kciuki w górę.

 

– Dziękuję, mamo, że na mnie patrzyłaś. Kocham, kiedy na mnie patrzysz jak coś robię. – mówi do mnie, a ja zapadam się pod ziemię, bo każda chwila, cenna sekunda, której nie mogę stracić, bo nie mogę odzyskać to tak naprawdę wszystko to, robi mój syn, kiedy chce, żebym po prostu z uwagą patrzyła.

 

Dziękuję, że mogę.

 

 

  • Marta Rusek-Cabaj

    Jenysie, żeś mnie wzruszyła…
    I masz rację… I on ma rację…
    Tyle mamy na głowie, to wołanie o uwagę jest takie natrętne, namolne… A z drugiej strony… To wołanie z miłości o miłość… I nikt nam nie wróci tego czasu… A brudne naczynia następnego dnia znowu będą…

  • Joanna Lytek

    No i się wzruszyłam.. właściwie to łzy przerażenia. Córcia ma prawie pół roczku, mąż miał L4 przez jelitówkę, cały dzień próbowałam nadrobić zaległości mieszkaniowe z ostatnich kilku dni (remont po wprowadzeniu), ale przy Młodej się nie da. Zdenerwowana naskoczyłam na męża, że przecież skoro leży to mógłby mi pomóc.. i po co to było? Teraz sobie myślę, że trzeba było leżeć z nimi i olać sprzątanie.. jutro też jest dzień. Ale wiesz co? Dzięki Tobie przestanę planować aż tyle.. jeśli uda się zrobić 10% planu to jest sukces.. zaplanuję więc tylko te 10% na jutro..a jak się uda więcej to będzie się z czego cieszyć 🙂 Dziękuję.

  • Magdalena Rapcewicz

    Dziękuję…za przypomnienie o co w tym wszystkim chodzi. W zabieganiu, pracy na cały etat i czasochlonnych dojazdach tak dużo czasu nam ucieka. Kiedy wracam do domu są przytulanki, buziaczki i ciągle mamo, mamo. A ja jestem taka zmęczona. Staram się spędzać z moimi maluchami jak najwięcej czasu. Próbuję, choć jest brudno w domu, choć czasem się źle czuje, choć czasem chce tylko wejść pod kołdrę i zasnąć. Ale to one są największym szczęściem i radością 🙂

  • Mama Tymianka

    oj jakie to znane i dla mnie – jakbyś opisywała mój nas … 🙂 Pozdrawiam i zapraszam i do nas
    https://tymiankowy.blogspot.com/

  • Matka-Dietetyczka

    Tych słów potrzebowałam dziś.

  • Marcelina Pękala

    No i się spłakałam. Dziewczyno, kurczę blade… Racje macie. U nas to samo. Ponad to starsza 2l 8m ma etap pytań o wszystko i pytania do tych pytań też.
    Ale masz rację.
    Ja muszę policzyć do dziesięciu i żyć z tymi moimi córeczkami.

  • Asia Jokiel

    awwwwwwww……popłakałąm się

  • Ooo tak piękne, ja też się wzruszyłam…. ty to potrafisz napisać… ach ten czas ulotny.
    Buziaki:*

  • Hania

    „bo każda chwila, cenna sekunda, której nie mogę stracić, bo nie mogę odzyskać to tak naprawdę wszystko to, robi mój syn, kiedy chce, żebym po prostu z uwagą patrzyła.” Strasznie mi się podoba to zdanie. Tylko brakuje mi w nim „co” po „to” – nie wiem czy słusznie?

  • Olga “rodzinka 2 plus 3” s

    tak nie wiele czasami dziecku trzeba do szczęścia popatrzenia 😀

  • 🙂

  • Zuzi Clowes

    Uwielbiam patrzeć na moje córki. Kiedy wołają i kiedy nie. Ale… Jest jedno ale. Chałupa się sama nie sprzątnie, obiad sam nie ugotuje. Nie dowalaj sobie więc. Patrzysz i tak bardzo bardzo uważnie. Nawet jeśli zaraz nadchodzi później, to nadchodzi. I to jest najważniejsze.