Na zdjęciu uśmiecham się, jakby nic szczęśliwszego mnie nie spotkało. A przynajmniej bardzo się staram. I taką zazwyczaj mnie widzicie, nie chcę obarczać nikogo tym, co gryzie mnie pod powierzchnią. Niby po co? To przecież blog. Ma być miło, przyjemnie, zabawnie,  czasem wrzucę coś do myślenia, jeśli mam siłę  opanowywać sajgon, jaki się pod takim postem zrobi. Na zdjęciu uśmiecham się, jakby nic szczęśliwszego mnie nie spotkało. I tylko ja wiem, ile ten uśmiech kosztuje. Ale się staram.

 

 

 

Nie pamiętam, który to był wpis, pamiętam komentarz: „Ej, mamuśka, przestań już smutać!”. Wśród masy wesołych, frywolnych tekstów, pojawił się jeden smutniejszy i od razu w odpowiedzi taki komentarz. „Przestań” – czyli nawet raz na ruski rok nie można. „Smutać” bo smutnym być nie można w ogóle. To była piękna lekcja i uprzejmie za nią podziękowałam.

 

 

 

„Inni ludzie oczekują od nas, że będziemy wiecznie zadowoleni. My też oczekujemy tego od innych ludzi. Mówimy: „nie płacz”, zamiast: „wypłacz się, będzie ci lżej”. To okropne, bo przecież nie jesteśmy clownami w cyrku. Możemy być zmęczeni, przygnębieni, źli, smutni, zadumani, wkurzeni, zdołowani, wściekli i jacy tylko chcemy. Ja wiem, że teraz wypada być wiecznie, wręcz do przesady euforycznym człowiekiem, który zawsze (ZAWSZE) jest uśmiechnięty od ucha do ucha, ale litości.

Nikt nie jest robotem. Można mieć gorszy dzień, tydzień albo miesiąc. Naprawdę można. Nawet rok lub dłużej. Różne sytuacje w życiu się przytrafiają. A udawanie, że gorsze okresy w życiu nie istnieją, jest po prostu okropne, ponieważ to oszukiwanie innych, ale przede wszystkim samego siebie.”

 

Blackdresses.pl

 

 

 

To był trudny rok. W pierwszym momencie, gdy myślałam o tym wpisie, stwierdziłam, że najgorszy w moim życiu. Ale jednak nie, jednak trudny. Ciężki. Wyczerpujący. Kończył się tydzień, szukałam światełka w tunelu, kończył się kolejny, zaczynałam je gubić. Rok pełen rozterek, zawahań, zwątpień, problemów, rok, w którym każdego dnia marzyłam o kojący wszystkie myśli sen. Czasem sen nie przychodził.

 

 

Siedzę przy oknie i patrzę się na mój przymrożony ogródek. Cały świat zmasakrowany. Cały mój świat zamarznięty, bez szans na jakikolwiek ruch, bez szans na wzrost, bez nadziei na lepsze. Wstaję. Idę do kuchni. Wracam, bo nie wiem, po co poszłam. W piecu wygasa, trzeba podłożyć. Zaraz wygaśnie i będę musiała walczyć z siekierą i z grubo pociosanymi mokrymi kołkami, których nikt mi, kurde, nie porąbał. Niemowlę widzi mój ruch i uśmiecha się  swoim bezzębnym wesołym uśmiechem. Trudno tego nie odwdzięczyć. Uśmiecham się do niego, łaskoczę, całuję, mimo że tak naprawdę wszystko mi jedno. W piecu wygasa. Będzie zimno. Leżę z niemowlakiem na podłodze i łapię się jak brzytwy jego uśmiechu. Boli.

 

„Pamiętniki z depresji”, 2015 [niepublikowane]

 

 

 

 

A blog żył, żył najlepiej w swoim niespełna trzyletnim istnieniu. Fanpage żywy, wpisy, co prawda, o wiele rzadziej, ale czytane, komentowane, udostępniane. Odzew, jaki dostawałam po niektórych, budził niekiedy moje przerażenie, bo oznaczał kolejną nieprzespaną noc i odpisywanie, odpisywanie, odpisywanie… Ale to było coś, co jeszcze mnie trzymało w ryzach. Coś, co wiedziałam, że zrobić muszę, bo tam, za tym szklanym ekranem, może być dziewczyna w jeszcze gorszej sytuacji od mojej, jeszcze bardziej zmęczona, jeszcze bardziej zdołowana, jeszcze smutniejsza.

 

 

Odpisywałam. Do dziś mam nadzieję, że prawie nic mi nie umknęło. Z Adasiem przy piersi, jedną ręką, w środku nocy, w środku lasu, odpisywałam, bo co innego? Siedzieć i patrzeć przez siebie mogłam przecież cały dzień. I czekać. Na światełko donikąd.

 

 

Czasem krzyczę. A wychodzę sobie i krzyczę. Jeść królikom, psu, kotom, podlać ogródek. Stanąć przy płocie, krzyknąć w las. Taki mój mały zwyczaj, taki sposób. I biec przed siebie, przez pola, z wiatrem, ale nie teraz, za chwilę, bo niemowlak głodny. Ściany. Białe ściany, za oknem świat. I ta droga paskudna, długa, kręta. Internet się zaciął. Nie ma. Wzruszam ramionami i siadam z niemowlakiem na podłodze. Bezzębny uśmiech zabiera mnie na chwilę do siebie. Łapię się go jak brzytwy, a potem widzę tylko pajęczynę na ścianie. Kiedyś ją sprzątnę.

„Pamiętniki z depresji”, 2015 [niepublikowane]

 

 

 

To był najlepszy rok dla bloga. Najwspanialszy. Że wyście to czytali, że wam się podobało to, co nocami, porankami wydłubywałam spod paznokci, spomiędzy zębów, spod powiek. Pół miliona was było w tym roku. Pół miliona w moim domu na skraju lasu. Maile o współprace napływały czasem w takiej ilości, że nie potrafiłam sama tego ogarnąć i do odpisywania na nie zatrudniałam Chłopa, żeby chociaż w tym pomógł, trochę zdjął ze mnie tego czasu przed komputerem przy za małym stoliku, na niewygodnym krześle. Karmiąc Adaśka, słuchałam tego, co mi relacjonował i dyktowałam odpowiedzi, często odmowne, bo w zeszłym roku obiecałam sobie, że nie wezmę niczego, co nie będzie do mnie pasować. I nie wzięłam, choć czasem portfel błagał chociaż o grosika. Zostaje mi tylko duma, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że się sprzedałam. Nawet jeśli, to nie tanio.

 

 

Najpopularniejsze teksty 2015 roku

 

„Nie będę pilnować swojego dziecka” – ponad 50 000 odsłon i ogromny odzew matek, które, świadome swojej nadopiekuńczości, potrzebowały potwierdzenia, popchnięcia, upewnienia, że będzie dobrze.

 

„Nie warto być eko frajerem” –  dowód na to, że wszystko, co ma w nazwie eko, świetnie się sprzedaje. `Tekst niesponsorowany, ale prawie 40 000 odsłon zrobił. Zupełnie przez przypadek, bo pisałam go wśród szalejących dzieci, bo Chłop miał wtedy zająć się potomstwem i dać mi święty spokój na pisanie, ale zaczął drzemać, wobec czego pisałam z Adasiem wiadomo przy czym i rozmawiając cały czas z Kosmykiem o różnych typach maszyn i samochodów. Nie odsłony, a to, że ja w ogóle napisałam ten tekst, było moim zwycięstwem.

 

„Pies to najgorszy przyjaciel twojego dziecka” – jedna sytuacja, a taki odzew i fajna dyskusja.

 

„Czy opłaca się hodować króliki” – moment, w którym przyznałam się, że hoduję króliki nie dla urody, a dla mięsa, to chyba przełom bloga. Czułam się niemalże jak prekursor, zwiastun dobrej nowiny, że to mięso, które zjadam ja i wy, kiedyś było słodkim zwierzątkiem z ogonkiem i uszkami. Wielu nie mogło się po tej informacji otrząsnąć.

 

„Poród w Puszczy Piskiej” – to miał być tekst „zapchajdziura”, pisany głównie ze względu na koleżankę, która miała urodzić zaraz po mnie, a ja chciałam ją oswoić z tym tematem. Nie sądziłam, że będzie udostępniany, cytowany, i po jego publikacji dostanę wianek maili dziękczynnych, które do swojego porodu podeszły dzięki mnie trochę spokojniej i mniej panicznie. Fajnie.

 

„Proszę mi rozebrać dziecko, czyli o tak zwanym zimnym chowie” – po tym tekście pisano mi, że jeszcze zobaczę, jeszcze się doigram, jak wyląduję z dzieckiem w szpitalu, bo takie chowanie z pewnością poskutkuje poważną chorobą. No cóż. Niestety w szpitalu nie wylądowaliśmy, a kiedy wszystkie dzieci z przedszkola wypruwały flaki od kaszlu, Kosmyk szalał w domu [bez skarpet], w którym został tylko dlatego, żeby się nie zaraził katarem czy innym kaszelkiem, który go strasznie irytuje, bo „nie jestem wtedy sobą, mamusiu”]. W tym roku gorączkę miał tylko dwa razy i to przez jeden dzień zaledwie. Oczywiście uznałam to za moją porażkę wychowawczą i zaczęłam się zastanawiać, czy nadmierne przegrzewanie dziecka nie jest sposobem właśnie na „udane macierzyństwo”. Wszak dziecko w chorobie jest najcudowniejszym stworzeniem – nie gada, nie biega i nie skacze. A ja rozbieram i mam przerąbane.

 

„Czy chrzest może być szkodliwy” – odpowiedź na pytania o to, czy ochrzczę dzieci [przecież to najważniejsza informacja, jaką może podać blogerka parentingowa w Polsce]. Odpowiedź trochę smutna, bo wiem, że moją niewiarą w życie po życiu kilka osób sromotnie zasmuciłam.

 

 

„Jak reagować na matkę karmiącą piersią publicznie?” – to jeden z tych tekstów, który jeszcze długie lata będzie aktualny. Dumna jestem z niego!

 

 

„Nie kupuj mojemu dziecku pierdółek” – Heh, Kosmyk od jakiejś firmy [pewnie pokażę na insta] dostał ostatnio ogromny zestaw mazaków. Niby pierdółka, a jednak dzieciak cieszył się jak głupi i szalał z radości. Zabawne, bo kilka osób wysnuło wniosek, że skoro pierdółek nie, to pewnie liczą się wyłącznie drogie prezenty. A tutaj niespodzianka, bo wystarczy pomyśleć i zamiast durnomalowanki z kiosku, rozejrzeć się za czymś, co może się przydać, co można zjeść, ewentualnie, co zwyczajnie jest ładne, a nie wycięte z szablonu clip arta, zużyte albo popsute.

 

„Twoje dziecko może płakać” – odkrycie roku, bo wychowani w starym niesprawdzającym się na dłuższą metę modelu wychowania, sami mamy problem z okazywaniem naszych emocji. Zamiast logicznie dojść do tego, że kumulując je w sobie, zagłuszając, czynimy sobie krzywdę, a ucząc tłumienia dzieci – krzywdzimy je z kolei, to my powielamy stare schematy i popełniamy te same błędy, co nasi rodzice. Przykre. Ale na szczęście coraz bardziej to się zmienia. W przyszłym roku zamierzam dołożyć swoją cegiełkę do tych zmian.

 

 

 

***

 

 

 

 

Przez ostatni rok pisałam do was ze środka lasu, ze środka świata. Z niemocy, która mnie dotknęła, wyrywałam to, co najlepsze, najcudowniejsze, najciekawsze, to, co stawiało was [i mnie] na nogi, wspierało i [mam nadzieję, że to prawda] pomagało. Blog stał się moim sposobem na życie, źródłem dochodu, swoistym napędem, bo przecież gdyby nie pikająca komórka, nie wiem, co by mnie z łóżka ściągało. Na pewno nie dzieci, bo one śpią, póki śpię ja [bardzo proszę, możecie mnie znienawidzić]. Z pewnością trochę pomógł Chłop, bardzo mocno zmotywował mnie Tomek [dziękuję!], no i wasze maile, których czasem było więcej niż komentarzy – wspaniale!

 

To był trudny rok. Najcięższy. Lista kłopotów, jakie na nas spadały, problemów, przez które mieliśmy ochotę wszystko rzucić, jest dłuższa niż obietnice miłościwie panującego nam rządu. [Takim momentem, w którym myślałam, że się poddam, była choroba dzieci, a potem nas wszystkich w przeddzień Blog Forum Gdańsk, gdy ten wyjazd był taką moją nadzieją na oderwanie się od tej szarej, zimnej jesieni.] Ale jednocześnie był to rok zwycięstwa – zwyciężałam codziennie, wstając z łóżka, pisząc, wyjeżdżając na konferencje, tworząc dla gazet, udzielając wywiadów. Zwyciężałam, uśmiechając się do dzieci i pracując z nimi tak, żeby nie przerażały się zdołowaną matką. Wygrywałam wasze wizyty na moim blogu, wasze wyrazy uznania, słowa poparcia czy zwyczajne „co słychać”. Z myślą, że już dalej nie dam rady, wygrywałam siłę, żeby nie poddać się w najgorszym momencie i funkcjonować tak, jakby nic lepszego spotkać mnie nie mogło.

 

 

Kończy się rok wzlotów, upadków, chwil lepszych i gorszych. Kończy się, a ja w swoim notesiku zerkam na plany, jakie robiłam dokładnie rok temu o tej porze. Część się udało zrealizować, część nie, ale wiem, że ja sama, biorąc pod uwagę psychiczną kondycją, wyrobiłam swoją normę i z czystym sumieniem mogę się wylogować z roku 2015. Czy 2016 będzie lepszy? Jak zwykle niczego się nie spodziewam. Moje plany, które oczywiście zrobiłam, są wielkie. Kiedyś  będę musiała pogodzić się z telewizją, kiedyś być może pogodzę się z karteluszkami i napiszę książkę, kiedyś zmienię i ten szablon bloga, który przestał mi już pasować. O część rzeczy zapytam was w ankiecie, którą na dniach tutaj wypuszczę. Część rzeczy już teraz zaczyna się kształtować, bo i ja staję na nogi.

 

Cokolwiek mnie w nowym roku spotka, przyjmę jak zwykle z pokorą, bo nie ma doświadczenia, z którym niczego nie można zrobić, nie ma też sytuacji, która spotyka nas bez powodu. Wszystko, chcemy czy nie, ma jakiś głębszy sens, wystarczy go poszukać i się z nim zaprzyjaźnić. I tej przyjaźni wam życzę w  nowym roku. Przyjaźni i wiary, że nawet jeśli nie będzie lepiej, to przynajmniej na pewno nie bez sensu.

 

Wasza Jaskółka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • Ola Kępka

    Pozdrawiam Cię Jaskółko z garwolińskiwgo szpitala! Dzięki Twoim tekstom czas szybciej mija a i łatwiej znieść niektóre wredne położne 😉 Trzymaj się!!!

    • O matko, a co cię do szpitala zagnało? Czy ja dobrze kiedyś przypuszczałam, że drugie w drodze?

      • Ola Kępka

        Kiedyś wspominałam, że imię Waszego młodszego syna bardzo mi się podoba (Mamy nadzieję, że u nas właśnieAdaś w drodze 🙂 ), choć wtedy drugi bobas był dopiero w planach 🙂 Przed Świętami było niewesoło bo krew się lała, ale dobrze się skończyło. Teraz już nie tak strasznie ale wolę dmuchać na zimne i znów ,,wczasy” w szpitalu. Ale mam nadzieję, że niedługo wyjdę.

    • Krystyna Bieniawska-Dąbek

      Jaki ten świat mały:) będę machać i życzyć życia bez „powikłań” jadąc do pracy do drugiego garwolińskiego szpitala. A ja trafiłam na bardzo miłe położne we wspomnianym wyżej szpitalu;) jak to dawno -22 lata temu.Pozdrawiam! KBD

      • Ola Kępka

        Mały a nawet jeszcze mniejszy-kiedyś Asi pisałam, że jestem z Woli Koryckiej a mój tata pracuje w Sobolewie (a ja w szkole w Sokole).
        Dziękuję za ciepłe słowa, są mi teraz szczególnie potrzebne, bo nie dzieje się dobrze. Pozdrawiam serdecznie!!!

  • Anna Malec Pacek

    Nasza jaskółeczko! Trzymaj się kobieto, bo to, że dajesz radę często dla mnie jest jedyną podporą w codzienności. Czytam prawie wszystko i prawie zawsze, czasem komentuje. Ale jestem i za to, że Ty jesteś -dziękuję

  • nie chcę znów się powstarzać, ale ja bardzo lubię Ciebie smutną i te teksty takie, których nikt ponoć nie kocha. czekam na nie z utęsknieniem.

    na kolejny rok życzę dużo siły i jeszcze więcej wiary, że wszystko będzie tak jak ma być.

  • Krystyna Bieniawska-Dąbek

    Już kiedyś mówiłam „BLOG to Twoje Dziecko” teraz dodam (nie chcę by zabrzmiało zbyt… pompatycznie) – Potrafisz rozśmieszyć, wzruszyć, zainteresować! Podziwiam! Gratuluję! Życzę powodzenia i sukcesów! Pozdrawiam! KBD 🙂 babcia Kosmyka i Adasia 🙂 matka Chłopa 🙂 teściowa Asi

  • Joanna Krzyżanowska

    No i się popłakałam… Ile „rzeczy” można schować za uśmiechem… Są chwile, że nie mam już na to siły ale brne w to dalej, dla dzieci i męża… I choć czasem tulasy i buziaki stawiają na nogi, wciąż przychodzą myśli po co mi to wszystko było i najgorsze… Jak to będzie dalej… Dla Ciebie, dla siebie i innych kobiet na nowy rok odwagi, cierpliwości i miłości… Jakoś przetrwamy.

  • Lidia

    Dotarłam do Ciebie w tym roku (po rekomendacji Jasona H) porażona ilością podobieństw. Na początku zaglądałam co jakiś czas, teraz codziennie ( w święta zdziwiona – „Ej, gdzie Jaskółka się podziała?”). Mam ten komfort, że nie czyytałam wczesniej, więc wygrzebywanie starszych historii i czytanie ich hurtem przełamało nie jeden kiepski dzień. Jeden z ostatnich tekstów – o tym, co zrobić, jak się zobaczy ciężarną, opowiadam wszsytkim zainteresowanym i niezainteresowanym. Odpowiedź wszystkich najpierw wprawia w osłupienie, potem w śmiech. No tak, najprostsze rozwiązania są najtrudniejsze. Jak w życiu.

    Wiesz, mimo straszliwego smutku, rozpaczy i takiego odarcia bloga, Ciebie, odbieram ten tekst jako niesamowicie krzepiący, podnoszący na duchu, dodający wiary we własne siły. I takim pozwolę go sobie zachować w pamięci. Ludzie zbyt często starają się zachować pozory, mam to na codzień wśród bliskich znajomych… Dzięki Aśka!

  • Moja Droga Jaskółko (pozwoli Jaskółka, że tak będę do niej pisać), ja lubię Ciebie w każdym wydaniu, i w sumie jesteś jedną z niewielu blogerek, które nie pitoli o permanentnym matulowym szczęściu, nie mami pluszowymi kocykami minky, nie wrzuca fot ze swoich metamorfoz, nie ładuje swoim czytelnikom wynaturzeń 517 rzeczy, których o mnie nie wiedzieliście, nie sprząta na błysk, jak chce pokazać swoją domową oazę… u Ciebie się czuje, że nie ma ściemy, nawet jak się do nas uśmiechasz, to podejrzewam, że to ten uśmiech, co trzyma przy życiu, i byle do jutra. Dzisiaj „pocieszałam” moją przyjaciółkę, że zamiast sobie wypominać chwile słabości, gorsze dni, nawet te na granicy depresji, może warto przyjąć, że takie się zdarzają, i tak już będzie zawsze. Raz lepiej, raz gorzej. Jesteśmy li i tylko ludźmi… ściskam

  • Najlepsze życzenia na nowy ślę w Twoje lasy.

  • Olga Put

    A ja na Ciebię trafiłam we wrześniu, w połogu po drugiej ciąży, w Meksyku. Z dala od Polski i rodziny, Twój blog dodawał mi sił. Czytałam od majstarszego wpisu do najnowszego, często denerwowałam się, że dużo wpisów wyciętych, odnośniki nie działały, bo ja chciałam wszystko, więcej… Dzięki wielkie i trzymaj się!

  • Ola

    Potrafisz pisać tak, że człowiek połyka oczami słowa i zachłannie pożera tekst. Posiadasz wyjątkowy dystans do siebie i świata, a do tego jesteś szczera, asertywna i odważna. Z przyjemnością Cię czytam.

  • Życie nie składa się tylko z sukcesów – wiem to, bo doświadczam tego na własnej skórze, choć sama bym chciała by w życiu moim i moich bliskich były tylko słoneczne dni, ale wiesz, dzięki tym pochmurnym potrafimy docenić te piękne dni.

  • Jedno z lepszych podsumowań roku jakie przeczytałam. Nie ocieka lukrem i brokatem, jest prawdziwe, szczere i takie ludzkie. Czasem mam dość czytania o tym jakie życie jest zaje, tylko niektórzy zapominają, że jego zajebistość polega m.in. na pokonywaniu przeszkód i stawianiu czoła wyzwaniom. Teksty piszesz cudowne. Życzę Ci w Nowym Roku mnóstwa inspiracji, lekkiego pióra, dobrych myśli, życzliwych ludzi wokół i pozytywnych zdarzeń, które pozwolą Ci cieszyć się życiem i realizować plany oraz marzenia.

  • Dorota Donigiewicz

    Pozdrawiam Asiu z Irlandii, wysylam pozytywne mysli i duzo radosci. Twoje teksty sa czesto moja motywacja do dzialania, wiec bardzo dziekuje ze nadal piszesz .usciski dla Twojej rodziny 🙂

  • O rany, zaraz ma do nas przyjść ksiądz po kolędzie i znowu sobie przeczytam tekst o chrzcie, żeby się przygotować na poinformowanie duchownego, że Ryś poganinem jest ;]

    Podsumowania nie ma co podsumowywać. Można tylko podziękować – gorzej raczej nie miałam, ale na pewno byłam smutną, zastraszoną panną w lesie, którą czytanie Twoich postów podnosiło na duchu. I nadal podnosi. A wstanie z łóżka to naprawdę jest coś godnego podziwu, już na o tym wiem.

  • Niesamowita jesteś. Mój mijający rok tez nie należał do najlepszych, ale ja zamiast wziąc się w garść to obiecywałam sobie, że wezmę się od..jutra. I tak czas przeciekł przez palce. W październiku i synka zdiagnozowano chorobę Perthesa. Dwa dni wycięte z życiorysu póki nie wytłumaczono nam na czym ta choroba polega i co najważniejsze jest do wyleczenia tylko czas potrzebny. Ale mimo wszystko zaniedbałam wszystko. niczego nie zrobiłam od początku do końca. blog tez sobie odpuściłam mimo, że kocham pisać. Ty postąpiłaś inaczej. Robiłaś co należy biorąc się za bary z życiem i szłaś, idziesz do przodu. Ja stanęłam w miejscu, ale obiecuję sobie, że już stać nie będę. Szkoda mi czasu przeciekającego przez palce. Uszy do góry. Dawałaś, dajesz i będziesz dawała radę! Bo kto jak nie Ty 🙂

  • kuszak

    Powodzenia! Trzymaj się cieplutko, zdrowo i silnie! 🙂

  • Trzymam ten wpis otwarty w zakładkach od kilku już dni, bo chciałam go jakoś skomentować, ale wciąż nie wiem jak. Więc napiszę tak: Dzięki! Że jesteś i że choć czasem o tym nie wiesz dodajesz sił i skrzydeł. I Tobie też tych sił i skrzydeł życzę. Trzymaj się!

  • Hania

    Dzięki Jaskółko za cały ten rok. Twoje teksty często pomagają mi być kimś troszkę bardziej świadomym siebie i chyba troszkę lepszym. A ten już najbardziej. Dzięki za odwagę powiedzenia o swoich trudnościach i za pokazywanie, że można znaleźć w sobie tyle siły i wytrwałości. Pisz dalej i bądź dalej taka jaka jesteś.