Zagrajmy to jeszcze raz, czyli przedostatni wpis na tym blogu

Total
270
Shares

Tak to zawsze bywa, że wszystko się kończy. Święta się zaraz skończą. Jeszcze tylko jutro i szlus, koniec laby. Tak, brutalną prawdą jest to, że rok się kończy 😀 Tylko Sylwester zaświeci wolnym Nowym Rokiem, a potem tyrka, z krótką przerwą na Wielkanoc do weekendu majowego. Co zrobić. Można westchnąć i pogodzić się z losem, bo bunt niczego nie zmieni, czasu nie wydłuży, nie poprzestawia kalendarza. Trzeba jakoś z tym żyć.

 

Ja jakoś żyję. Ale jeszcze rokiem, który za chwilę minie. Przeglądam stare wpisy i sobie podsumowuję te wszystkie miesiące, co by nie mówić, ale pracy. Napisałam w tym roku dokładnie 105 wpisów. Krótszych, dłuższych, bardziej lub mniej pracochłonnych. Ale 105. I po raz pierwszy mogę powiedzieć, że żaden z nich nie był tak zwaną zapchajdziurą. Nad każdym spędziłam kilka dni, jeśli nie tygodni [jak przy wpisie o SI] i każdemu z nich oddałam kawałek siebie. To fajne uczucie kończyć rok z przeświadczeniem, że wykonało się dobrą robotę, a mam to szczęście tak właśnie się czuć. I wiem, że odwdzięczyliście mi się zaglądając w moje teksty, wracając do nich i wysyłając mi setki maile [tak, setki, choć po pierwszych 500 przestałam liczyć]. Mimo że wiem, jak ważny jest odzew na fejsie, dla zasięgów i dla “pokazania się”, to jednak najbardziej zawsze będę cenić ten kontakt nasz prywatny, bardziej intymny, koleżeński. Mailowy czy podczas spotkań na żywo. I żałuję, że on ma określoną pulę wytrzymałości, że jest taki moment, że na więcej wiadomości nie dam rady odpisać, że na więcej spotkań nie dam rady się umówić, że już nie mam siły kolejny raz… Zostaje fejs, instagram, moja grupa wiejskich matek oraz… blog. A w nim teksty. Przypomnimy sobie te najpopularniejsze, najchętniej czytane? Mam listę tych, które wywołały najwięcej emocji i przysporzyły mi najwięcej zachwyconych lub zbulwersowanych wiadomości 🙂 Tekstów, które są mi bliskie i które w sumie mówią wszystko, jaki to był rok. Dla mnie. I może dla ciebie. Zróbmy to, w przedostatnim tekście na tym blogu [w tym roku].

 

 

[Jak klikniesz w obrazek, to w drugim oknie otworzy ci się tekst :)]

 

 

To jest zabawne podsumowanie roku, skoro pierwszym tekstem najczęściej czytanym i tym, o którego przypomnienie byłam najczęściej proszona jest tekst… reklamowy. Z dmuchanymi zabawkami do ogrodu od Smyka. Wstrzeliłam się w trochę w ten czas przedwakacyjny, w którym każdy takich zabawek szukał, więc w sumie to nie powinno dziwić. A mnie cieszył odzew, bo trochę się namęczyłam, szykując zdjęcia do wpisu – każdy, kto próbował zrobić ładne ujęcie dzieci, które cieszą się nowymi zabawkami, wie, o czym mówię 🙂 Złapać takie dziecko w bezruchu, żeby jednocześnie ująć ładnie zabawkę – dla amatora, jakim jeszcze jestem –  praktycznie niemożliwe. Ale też o nie o piękne zdjęcia chodziło, tylko o wspomnienia. Moje. Moich dzieci. W sumie po to robimy to wszystko. Żeby zapamiętać  i wspominać.

 

 

To jest jeden z tych tekstów, przy których płakałam. Nie podczas pisania, ale podczas obserwowania tego, jak jest odbierany. Sto tysięcy wyświetleń w pierwszym tygodniu po publikacji, mnóstwo udostępnień i cytowań, to było coś, czego się nie spodziewałam, bo pisałam go, jak każdy inny tekst o wychowaniu. Nie wiem, czy tekst jest aż tak znakomity i lepszy od innych, czy po prosty trafiłam w czas, miejsce i tak zwany “moment”, ale niewątpliwie jest sztandarowym tekstem na blogu, reprezentującym rok 2017 🙂

 

W 2017 królowały teksty będące efektem chwili – krótkiej rozmowy, fragmentu sytuacji, spontanicznego spotkania, obserwowania na ulicy. Rok wcześniej cała moja uwaga skoncentrowana była na młodszym dziecku, w tym otworzyłam już oczy i zaczęłam czerpać z życia. Z tych dziwnych, absurdalnych, czasem stereotypowych sytuacji, które są niby normalne, a jednak coś w nich uderza. Tak jak słowa mojego kolegi, który nie jest jakiś typowo stereotypowy, ale jednak, te parę zdań mu się wymsknęło. Jak każdemu. Z premedytacją i jego wiedzą zrobiłam z tego historię, bo mimo że wielu facetów powie, że mąż wymagający, a nic nie dający od siebie to stereotyp, to jednak wciąż, nawet mimowolnie, ten stereotyp żyje. A sam tekst napisałam dla kobiet. Żeby wiedziały, żeby takiego gadania nie słuchać. Żeby wymagały nie tylko od siebie, ale też od ludzi, z którymi mieszkają. No sorry. Baba nie wielbłąd, dwóch garbów nie uniesie.

 

Godzinę temu zobaczyłam, że popularność tego tekstu wynika z tego, że pięknie się uplasował w wyszukiwarce. Jakbym wcześniej to sprawdziła, wyrzuciłabym z zestawienia pozycję z chia, które dla dwulatka, jak poinformowały mnie czytelniczki, nie są za dobre. Ale ja jestem złą matką, więc kiedy sama jem jogurt z chia, a Adasio standardowo wyrywa mi łyżkę z rąk, to mu nie bronię. Sorry 🙂

 

To jest jeden z moich ulubionych tekstów i jeden z najszybciej napisanych. Praca nad nim była czymś tak naturalnym i przyjemnym, a do tego tekst cieszył się taką popularnością, że sama sobie go wydrukowałam [ha – patrzcie się hejterzy, kolejny dowód na moje samouwielbienie :)]. Czymś szczególnym jest dla mnie to, że o skorzystanie z tego tekstu poprosiła mnie gmina Miechów, która wydrukowała go na ulotkach i podarowała rodzicom w gminie, żeby pamiętali o swoich dzieciach. Bardzo fajna inicjatywa gminy, nie obraziłabym się, gdyby było takich i podobnych akcji więcej.

 

 

Ten tekst nazywam “chwilą dla mediów”. Co prawda, nigdy nie wiem, który konkretnie tekst wywoła zainteresowanie mediów i przy pisaniu o tym nie myślę, bo piszę dla ciebie, nie dla gazety [no i, sorry, ale byłam w Pytaniu na Śniadanie, bo Chłop nie mógł ładowarki podłączyć do telefonu 😀 Tego nikt by chyba nie przewidział]. W każdym razie temat dla mnie bardzo ważny i cieszę się, że został jako taki odebrany. Czy mam wspominać o wszystkich, którzy z tekstu wynieśli tyle, że tylko Warszawiaki brudzą? Chyba nie. Bo to poziom mniej więcej taki, jak gadanie, że słoiki ze wsi nie mają kultury. Czyli za niski. Jednak.

 

 

Oj, oberwało mi się za ten tekst o odpuszczaniu od wszystkich matek, które “odpuszczanie” zrozumiały jako “leż i nic nie rób, bo samo się zrobi”. Na szczęście ty zrozumiałaś, o co chodzi. Cieszyłam się jak dzika, kiedy sama nie musiałam niczego prostować, bo ty i ty odpisywałaś, tłumacząc sens tekstu. Tak. Czasem warto odpuścić. Jeśli nie masz sił, cierpliwości, jeśli nie masz zasobów, żeby coś zrobić w danym momencie – odpuść. To nie znaczy, że masz mieszkać w zasyfionym i brudnym domu. Przecież nie zawsze jesteś na skraju wyczerpania, nie zawsze jesteś wyczerpana psychicznie, nie zawsze musi ci się nie chcieć. Ja osobiście lubię mieć czysty dom. Ale jeśli widzę, że sprzątnięcie go będzie mnie kosztowało za dużo nerwów, bo dzieci dziś szlag trafił i biegają jak dzikie, zamiast na nie krzyczeć – odpuszczam. Nie zawsze je trafia szlag, o wiele częściej są w stanie współpracować albo przynajmniej można przy nich posprzątać bez problemu. Ale dzisiaj nie. Więc odpuszczam. Ty też spróbuj.

 

 

Kolejny mój ulubiony tekst, tym bardziej cieszy, że został doceniony. Od dawna już chciałam jakoś ująć w słowa ten absurd rodzicielski, w którym dziecko musi od maleńkości robić to, czego wymaga od niego rodzic i w pewnym momencie nagle zaskakuje rodzica swoją inteligencją i zaczyna traktować rodzica tak, jak on przez ostatnich kilka lat jego. Zawsze bawi mnie ten szok rodzicieli – o matko, czemu on na mnie wymusza? No halo, halo! Sama to robiłaś w stosunku do niego, to czego się dziwisz? 😀

 

Pozdrawiam moich kolegów z sąsiedztwa 🙂 Zawsze wiedziałam, że jesteście tacy fajni, że jeden z was stanie się bohaterem mojego wpisu. A fantastyczny odbiór tego tekstu świadczy tylko o tym, jak wspaniałych mam czytelników. Dziękuję 🙂

 

Nie wiem, jak to robię, że w czołówce najchętniej czytanych tekstów są teksty wynikające ze współpracy z marką lub wspierane przez markę, ale bardzo mnie to cieszy, bo dzięki temu mogę dalej pisać, inwestować w blog i rozwijać go. Uwielbiam to, że są marki, które mają do mnie tyle zaufania, że pozwalają mi napisać takie teksty, jakie ja opublikowałabym bez zmrużenia oka i jak widać – takie wpisy odbierane są bardzo fajnie. Cieszę się!

 

 

O ten tekst do dziś dostaję pytania [przepraszam cię, jeśli nie odpisałam na twoją prośbę o podanie linku do tego tekstu, wiem, że nie odpisałam przynajmniej trzy razy, więc po pierwsze – to ten tekst, a po drugie- dobijaj się do mnie! Ja wszystko czytam, ale czasem mi coś ucieka, zanim odpiszę!]. W każdym razie z aplikacji korzystam do dziś, towarzyszyła mi przy świątecznym sprzątaniu [nie przedświątecznym – świątecznym :D], towarzyszy mi w aucie, kiedy jadę gdzieś sama, towarzyszyła nam w wyjeździe nad morze, na szczęście, bo chłopaki słuchali bajek, zamiast się wydzierać, czemu się, mamo, znowu zgubiłaś i wciąż pod tym tekstem mogę się podpisać.

 

 

Nad tym tekstem pracowałam kilka tygodni – prowadząc rozmowy z terapeutkami, czytając, doszkalając się, przypominając sobie osobiste doświadczenia, z którymi się borykam na co dzień. Bardzo się ucieszyłam, że tekst został doceniony, nie tylko przez czytelniczki, ale i terapeutów jako dobre przedstawienie podstawowych problemów z integracją sensoryczną [SI]. Mam wrażenie, że jeszcze długo będzie aktualny.

 

Na koniec znów reklama, ale nie moja wina, bo to ostatni z tekstów, które osiągnęły najwięcej wyświetleń. Kampania “Wspieramy was od 1. dnia” Emolium nie polegała na tym, żebym wciskała wam emulsje i kremy tej marki, ale przekazała prostą prawdę – jedziemy na tym samym wózku. Każda z nas bywa zmęczona, wściekła, zrozpaczona i wykończona. Zamiast ze sobą walczyć, powinnyśmy się wspierać. To bardzo bliski mi przekaz, bo taki też od początku był przekaz bloga. Zaczęłam go pisać, bo wierzyłam, że znajdę zrozumienie i że są matki, które czują podobnie do mnie. Matki, których nie mogłam znaleźć w okolicy, ale znalazłam tutaj. Na tej stronie.  I na Fp. I na grupie Wiejskich Matek. I na Instagramie, moim kochanym, prawie intymnym kątku.

 

 

I wciąż wierzę, że to zrozumienie jest możliwe i istnieje. Ba! Codziennie się o tym przekonuję. Daje mi to taką siłę, że żadne przykre słowa, żadne złośliwości nie są w stanie naruszyć mojej powłoki szczęścia, bo wiem, że mam wsparcie. Często dostaję pytania, co mi daje taką pewność siebie. Jak być tak bardzo szczęśliwą, mimo że nie wszystko układa się po mojej myśli. Odpowiedź jest zawsze ta sama: ty. I ty. I jeszcze ona. Twoja własna grupa wsparcia, która wysłucha, nie będzie oceniać, rozbawi do łez i będzie współczuć w razie czego. Możesz być w mojej grupie. Możesz założyć swoją. Lub znaleźć inną. Ale odwołując się do przekazu z ostatniego tekstu: nie bądź sama. Miej kogoś, kto potrzyma cię za rękę. Ja też mogę. Lubię trzymać.

 

 

Napisałam, że to przedostatni tekst na tym blogu. Hm… jeśli czytasz mnie dłużej niż kilka miesięcy, wiesz, że ten rok był dla mnie bardzo ciężki. Już styczeń zaczął się kradzieżą mojego tekstu, potem padł mi cały serwer, musiałam szybko szukać nowego [pozdrawiam The Camels!], potem wypadek samochodowy i rozstanie, które końcowo zmierza do zejścia się, ale zobaczymy. Cieszę się, że ten rok się kończy i że idzie kolejny. Nowy. Wybaczysz mi clikcbait? Nie pisałam kilka dni, bo zrobiłam sobie przerwę świąteczną i obawiam się, że zmniejszony przez to zasięg utrudni dotarcie do wszystkich. A porywające tytuły to już chyba ostatnia broń przeciwko fejsowi. Na szczęście szykuję kolejną 🙂 O tym już wkrótce. Jutro. Albo pojutrze. W ostatnim tekście na blogu… w tym roku. No przecież jasne, że w tym roku, daj spokój, mam jeszcze pomysły 🙂 A teraz ty mi napisz, który tekst to twój ulubiony?

 

Autorem zdjęcia jest Robert Wiedemann, tak mi jakoś ładnie pasowało do tekstu 🙂

You May Also Like