Minęło 12 dni stycznia, a ja wciąż nie napisałam książki. Nie poszłam na siłownię. Nie stałam się milsza dla ludzi. Nie zachciało mi się więcej pracować. Trzymam kciuki, żebym dotrwała w moich postanowieniach do końca roku.
Bo czym jest pisanie książki w czasach, kiedy wszyscy piszą, a nikt nie czyta, jeśli nie marnowaniem czasu, liter, przestrzeni? Dłubaniem w gównie kolejnego szokującego morderstwa, którego tajemnicę rozwiązał straumatyzowany policjant, prawniczka-alkoholiczka lub Mary Sue, zdolna, młoda, niesamowita, której rozwiązanie sprawy wpadło do głowy między wyrzucaniem przeterminowanego jogurtu do kosza a uporządkowaniem koronkowych majteczek w szafie pięknie okalających niewyćwiczone, a jednak zgrabne i jędrne pośladki.
Wszyscy piszą, a ja znowu nie napisałam książki. 5000 osób w tym kraju pisze książki, rocznie wydaje się około 30 tysięcy pozycji, a połowa Polaków nie przeczytała nawet jednej. I to mnie nie dziwi, dziwi mnie raczej, że wciąż jest o czym pisać, choć sama spędziłam pół niedzieli tłumacząc synowi, że istnieje algorytm na rozprawkę i jak się uprze, to napisze 20 różnych stosując te same zwroty i ten sam układ.
Mróz to wie, nie bez powodu 12 stycznia za oknem jest minus 10 stopni. A ja siedzę i myślę, że znowu nie napisałam książki. Bo i o czym? O dwóch prostopadłych patykach, których w tym roku będziemy wyjątkowo wypatrywać, bo kopniesz takie w lesie i zlecą się oburzeni, podadzą na prokuraturę, zrobią protesty między zagajnikiem a zwalonym dębem, a obejsrani posłowie szybciej niż reformę szkolnictwa wprowadzą zakaz obrażania, kopania, wyrzucania, profanowania narzędzia egzekucji złożonego z pala i poprzecznej belki wyprodukowanego w Chinach i sprzedawanego za kilka groszy na platformie ze strojami na Haloween.
Wszyscy piszą, nikt nie czyta, więc ja znowu nie napisałam książki. A mogłabym, bo jak nie pisać o mężczyznach, którzy nie chcą się umawiać z samotnymi matkami, bo będą musieli wychowywać ich dzieci? Mężczyźni zawsze budzą we mnie niezmienny podziw, uznanie i szacunek. Matki kilkadziesiąt lat zastanawiają się, czy potrafią wychować swoje dziecko, czy robią to dobrze, czy nie popełniają błędów, a czterdziestoletni bezdzietny kawaler sądzi, że matki uznają bezsprzecznie jego szerokie kompetencje w wychowaniu człowieka i liczą na to, że oni zrobią to lepiej niż one. Oczywiście, może też być tak, że pod pojęciem „wychowania” ów kawaler rozumie minięcie się drodze z łazienki do kuchni bądź zjedzenie obiadu w towarzystwie nie jednej dorosłej osoby, lecz dodatkowo jeszcze małolata. Zostaje więc podziwiać poświęcenie i bić brawo.
Tak jak biję brawo społecznemu męskiemu ruszeniu dotyczącemu alienacji rodzicielskiej. I mogłabym napisać o tym książkę. Albo chociaż fragment do niej, który wcisnęłabym między historię o panu, który regularnie uprawiał stosunki ze swoim psem a historię o kobiecie, która wyszła na kajak z mężem i z kajaka wrócił tylko mąż. I między to laudacja popierająca wyalienowanych mężczyzn – jakieś 290 tysięcy mężczyzn nie płacących alimentów, których takie ruszenie może popchnęłoby nie tyle do płacenia, ale chociaż do napisania informacji dziecku, że żyją, że jeszcze nie umarli, że jeszcze nie trzeba się zrzekać spadku, żeby nie dziedziczyć długów. Albo tych walczących o regularne kontakty z dziećmi, oburzonych, że te kontakty się zabrania, żeby po wyroku zniknąć na kilka miesięcy bez słowa, bo dane prawo nie musi być przecież wykorzystane. Do boju, chłopy! Jeśli ustawowo będziecie musieli widywać się z dziećmi, może część z was faktycznie te dzieci zobaczy. Bo głupio tak wywalczyć, a potem udawać, że tydzień ma 45 dni lub 5 miesięcy, prawda?
Czytam więc o typach, którzy boją się zostać wykorzystani przez kobiety, czyhające na ich umiejętności wychowawcze lub skodę fabię na łysych oponach, czytam o nich, samodzielnie utrzymując dom, auto, zwierzęta, dzieci i stwierdzam, że o tym też nie ma co pisać książki. Bo o manii wielkości to już całe podręczniki napisano.
Męczę się z tym, że nie mam już nic ciekawego do oglądania. Ani do czytania. Algorytmy miały nam inteligentnie pomagać, a inteligentniejsze od nich w tym momencie są odkurzacze. One jakimś cudem wiedzą, że jeśli sprzątnęły łazienkę, to muszą jechać dalej. A ja obejrzałam Fallouta. I wszystko, co mogę teraz obejrzeć na Youtube to omówienie Fallouta, historia Fallouta, przyszłość Fallouta, bezspoilerowe omówienie gry Fallout i spoilerowe sześciogodzinne przejście gry Fallout, ewentualnie, jakie jeszcze filmy są podobne do serialu Fallout lub co obejrzeć po Falloucie.
Obecnie funkcjonowanie na jakichkolwiek platformach z filmami jest trochę jak wizyta w święta u babci i „jadłaś już sałatkę? To zjedz jeszcze trochę”. I jeszcze, i jeszcze, i jeszcze, aż wracając, wyrzygasz ją w rowie przydrożnym, żeby zrobić miejsce na zapas, jaki dostałaś do domu.
I dlatego też wciąż nie napisałam książki. Bo czy mam pisać o tej zimie, która spadła niespodziewanie jak na styczeń i przykryła te płowe, dziadowskie widoki pól obeschłych i liści brunatnych? Wychodzę na dwór z psem i brnę przez gładkie jak kora mózgowa większości posłów pole, zostawiając wgłębienia jak ślady po traumie i wdychając powietrze mrożące płuca. Nie ma co czytać. Nie ma co oglądać. Nie ma kogo słuchać.
Tworzenie bohatera jest zresztą paskudnie nudne. Masz go/ją w głowie, on jest jakiś, ty próbujesz go wydłubać z umysłu, ale jak to z dłubaniem – ciężko za jednym razem wyciągnąć całego gila z nosa. Zawsze trzeba dodłubywać, gmerać, szperać, a ostatecznie on i tak zaschnie i za dwa dni będzie cię uwierał jak kamień akurat na spotkaniu, gdy wstyd wsadzać palucha w nos. I masz takiego pokracznego gila w postaci bohatera/bohaterki, zlepionego z tych gili poprzednich jako karykatura idei, jaką miałaś w głowie i jedyną odpowiedzią na pytanie, co z nim zrobić, jest… zamordować, uśpić, usunąć. Od razu, teraz, na samym początku. Ale ta gra o tron już była. I nawet serialową adaptację przepięknie i globalnie spierdolono.
Jestem więc tylko ja i ta niezapisana kartka pola poszarpana wgłębieniami moich i psa stóp. Stoimy razem i patrzymy, rozważając, czy szarpać ją dalej, czy odpuścić i wrócić do domu. Wiatr wieje nam w pyski, mróz szczypie w kończyny, gdzieś w lesie słychać kłócące się ptaki, a z domu dobiega wtórujący krzyk mojej gęsi. Pies zanurza pysk w śniegu, ja dotykam językiem dłoni, zimnej jak schabowy z zamrażarki.
Jest cisza. Nikt nie pisze, nikt nie czyta, nikt nie mówi.
Wracamy.
My też dzisiaj nie napiszemy książki.


