Wystarczyło kilkadziesiąt lat, żeby przeznaczony dziewczynkom niebieski kolor, mający symbolizować delikatność i łączyć się z kolorem przypisanym w kulturze chrześcijańskiej Matce Boskiej, został zamieniony na kolor różowy, dotychczas przypisywany chłopcom [jako pochodna czerwonego, koloru wojny, siły i ognia]. A cały ten podział zaczął się na początku XX wieku, po wiekach standardowego ubierania wszystkich dzieci w sukienki  w kolorze białym.

 

Być może o tym wiecie, wszak co jakiś czas ktoś odkrywa tę Amerykę i dzieli się w internecie powyższą informacją [i dobrze!], ale najwyraźniej nie do końca skutecznie, skoro pod zdjęciem mojego dziecka w różowym pajacu pojawiły się komentarze, że to na pewno dziewuszka [dygresja: o matko, jakie to słowo jest brzydkie, fu!].

 

 

Ja w ogóle nie planowałam jakiegoś złośliwego ukrywania płci. W ogóle o tym nie myślałam – samo tak wyszło, przez moją ludzką ciekawość, jakie stereotypy związane z płcią tkwią w waszych głowach, jak bardzo są zakorzenione i jaki mają wpływ na postrzeganie świata.

 

 

I tak oto dowiedziałam się, że w różowego pajaca nie można ubrać chłopca, że jak samochód na bodziaku, to na pewno nie dla dziewczynki, że kolor szary i beżowy to też raczej chłopięcy, bo dziewczynka to żywsze [oczojebne mam wrażenie] kolory powinna mieć i że jeśli wyprawka jest w większości w kolorze niebieskim, to na pewno w brzuchu siedzi chłopiec. Płci domyślaliście się po kształcie mojego brzucha, główki dziecka, a nawet zabawki przyczepionej do wózka. Wy myśleliście, że się świetnie bawię w te podchody, a ja byłam coraz bardziej przerażona.

 

 

Bo jestem w stanie zrozumieć zwykłą ludzką ciekawość – wiadomo, wy też trochę żyliście tą ciążą, to moja sprawa, jak bardzo byłam zaskoczona, że aż tak żyliście.  Ale cały czas się zastanawiałam, jak bardzo wam zależy na wiedzy o płci. Jakby określenie, czy dziecko jest dziewczynką czy chłopcem, miało zaważyć o losach świata. Miało pomóc w ukształtowaniu waszego przekonania o społecznej roli, jaką daje społeczeństwu chłopiec, a jaką dziewczynka.

 

 

Oprócz roli biologicznej, której nie ma co zaprzeczać, nie ma żadnej roli, naprawdę!

 

 

Ja wiem, że 90 procent ludzi nie ma pojęcia o gender, czytają jakieś bzdury o ideologii, która nie jest żadną ideologią, ale zwykłą nauką badającą stereotypy, kulturowy wpływ na postrzeganie kobiet i mężczyzn i i związane z tym męskie i żeńskie obowiązki. Na studiach [nota bene na katolickiej uczelni] mieliśmy cały semestr zajęć z gender, na których omawialiśmy to, w jaki sposób styl pisania kobiet kształtował się w do tej pory męskim świecie pisarzy i jaki wpływ miał ten męski świat na powstawanie wielkich „damskich” powieści. Ten wpływ był widoczny i sama jestem zdziwiona, jak wiele z niego zostało.

 

 

Jakiś czas temu na pewnym rodzicielskim forum padło pytanie, czy można pomalować chłopcu paznokcie. Chłopiec zobaczył u mamy i bardzo chce, ale mama jest nieprzekonana, bo to przecież damskie zajęcie. Nic, że dla kilkulatka te pomalowane paznokcie to zwykła zabawa, grunt, że mama w głowie ładnie poukładane, co jest dla dziewczyn, a co dla chłopców i w ten schemat wkłada też swoje dziecko. Pewnie podobne obawy miała jej praprabacia, która bulwersowała się na widok kobiety ubranej w spodnie. Pewnie tak samo bulwersowała się jej prababcia, obserwując córkę wsiadającą za kierownicę auta. Do tej pory są kraje, które zabraniają kobiecie prowadzić samochód. Nie dlatego, że rodzi dzieci, ale dlatego, że panuje społeczne przekonanie, że zwyczajnie nie potrafi, że nie jest do tego stworzona.

 

 

Kiedyś nie do pomyślenia było to, żeby kobieta mogła pracować, mogła głosować, mogła wreszcie ubrać się w spodnie. Kto czyta książki, ten wie, jakie głosy oburzenia padały, gdy ktoś proponował pozwolenie płci żeńskiej dostąpienie do urn. Każda kobieta, która nie wbijała się w stereotyp „prawdziwej kobiety” miała nie tyle pod górę, co często zwyczajnie tego psychicznie nie wytrzymywała. Maria Komornicka, co wybiła sobie wszystkie zęby, jest na to dość wyraźnym przykładem. Na szczęście to się zmienia i mimo że wciąż jakieś szkielety stereotypów zostały, to podejrzewam za kilkadziesiąt lat jakiś chłopiec będzie się śmiał z matki, co nie pozwoliła mu zrobić tak oczywistej rzeczy jak pomalowanie paznokci. Tak oczywistej jak dziś założenie przez ciebie spodni lub… piżamy, co kiedyś przecież było nie do pomyślenia. Nawet mężczyźni kiedyś sypiali w koszulach.

 

 

Bardzo dużą uwagę zwracaliście na kolor ubranek Drugiego, kierując się standardowym podziałem niebieski – różowy. W sumie bezsensownym, bo całkowicie odwróconym, i w żadnym wypadku nie tradycyjnym, bo tradycyjna i stosowana przez wieki była… biel. Płeć ma znaczenie, pisaliście mi, a ja pytałam, jakie? Czy chłopiec nie może spać w różowym pajacu? Dziewczynka w niebieskim? Czy chłopiec nie może bawić się lalką, gotować, sprzątać, a dziewczynka nie może naprawić z tatą samochodu? Zabawne jest to, że kiedy o to kogoś pytam, każdy odpowiada: Oczywiście! Może! Ale potem wraca do domu, a po drodze mimowolnie kupuje synkowi samochód, a córce różową spódniczkę.

 

 

Nie ubieram swojego dziecka zgodnie z kanonami konserwatywnych [acz błędnych, o czym pisałam na samym początku] przekonań. Jak mam pod ręką różowy pajac, ubieram je w różowy, jak mam niebieski – w niebieski. Kosmykowi również zdarzyło się paradować w różowych spodenkach czy bluzce i w nosie mam, co kto sobie o nim pomyśli. On też będzie miał w nosie. To nie tak, że chcę koniecznie pokazać, jak bardzo jestem luźna i jak bardzo mi nie zależy na opinii innych ludzi. Nie!

 

 

Kiedy kształtuje się świadomość dziecka, kiedy zaczyna ono rozpoznawać swoją płeć, pierwsze, co widzi to kolory, które, owszem, pomagają mu szybciej zidentyfikować się ze swoją płcią, ale też od początku dają sygnał, że między jedną a drugą płcią występują wyraźne podziały. Fajnie by było, gdyby ten podział ograniczył się do biologii, ale niestety, mało kto rozmawia z małym dzieckiem o rozmnażaniu, zazwyczaj ogranicza się to do pierwszych stereotypów, że dziewczynce to nie przystoi broić, chłopcu płakać, dziewczynka powinna pomagać mamie, a chłopiec tacie. Już od najmłodszych lat pokazujemy dziecku, że między jedną a drugą płcią istnieją podziały więcej niż biologiczne – a po co? Naprawdę istnieją? Od dawna niewielkie! Pokazuje to oburzenie na kampanię, z której wynikało, że kobieta nie powinna się realizować, ale szybko rodzić dzieci, bo potem będzie za późno. Teoretycznie jesteśmy za równouprawnieniem kobiet i mężczyzn, postulujemy o równe prawa, kobiety walczą z facetami o to, żeby pomagali w domu i przy dziecku, faceci coraz częściej walczą z kobietami, żeby te POZWOLIŁY im to dziecko wychowywać. A jednocześnie sami od najmłodszych lat wtłaczamy maluchom do głowy stereotypy, że chłopcy i dziewczynki mają zupełnie inne prawa i obowiązki. Bez sensu.

 

 

Zwolennicy teorii o ideologii gender [która jest li i jedynie nauką badającą stereotypy takich zwolenników] mówią, że całe to pomieszanie sprawia, że jest coraz więcej gejów i transseksualistów. Zawsze polecam im poczytanie chociażby o Skamandrytach, których życie z przekonaniem, że robią coś złego, było więcej niż okropne [biedny Lechoń, biedny Iwaszkiewicz] i pytam się, jak bardzo odwróciliby się od swojego dziecka, gdyby okazało się, że właśnie ono… Ostatecznie to nie gejów jest więcej, ale zwyczajnie mają więcej odwagi niż kiedyś, żeby nie gnić w przeczuciu, że robią coś złego. Kropka.

 

 

 

Zwolennicy teorii, że gender miesza w głowach, sami powoli zaczynają mieszać w głowach swoim dzieciom. Krzycząc przeciwko czemuś, co już się dokonało. Facet może zostać  z dzieckiem w domu, bez większego zdziwienia społeczeństwa, kobieta może zarabiać więcej od męża, mało tego – objąć kierownicze stanowisko.  W telewizji coraz częściej widzimy płaczących mężczyzn i coraz mniej głosów, że to jest słabe i kobiece. Jesteśmy oburzeni, gdy ojciec domaga się praw opieki nad swoim dzieckiem i wcale się nie dziwimy, że chce z tych praw korzystać, że nie chce uciec do kopalni i widywać dzieci wyłącznie przy niedzielnym obiedzie. To już się stało. Podziały w dużej mierze zniknęły, mimo protestów, oburzeń, gadania. Czy jest sens od małego uczyć dzieci, że jednak są? Dajcie już spokój temu gender.

 

 

Czy ma jakieś znaczenie to, jakiej płci jest Drugie dziecko? Nie ma. Jakiejkolwiek byłoby płci, i tak będzie pomagać mi w domu, a ojcu przy samochodzie. I tak będzie ubierać takie ubranko, jakie akurat wyjmę z szafki, a bawić się będzie tym, na co akurat ma ochotę. I nie ma też dla mnie znaczenia to, kogo za kilkanaście lat przedstawi mi jako swojego partnera. Czy będzie to dziewczyna, czy chłopak – nieważne. Ważne, żeby Adaś był szczęśliwy.

 

 

I dajcie mi jeden sensowny powód, jak bardzo fakt, że jest chłopcem, pomoże mu zmienić świat [bo to, że zmieni, jest oczywiście wiadome :D]?