Cierpliwość – chyba najbardziej pożądana cecha moich czytelniczek. Pod statusami, tekstami, zdjęciami zawsze znajdziesz jakiś komentarz o podziwie dla mojej cierpliwości. To taki ideał – cierpliwa i spokojna matka, każdy chce nią być, prawda? Marzymy o tym stoickim spokoju i łagodnym przemawianiu do dziecka, żeby wyrosło na szczęśliwego i zdrowego człowieka. Ale dajcie spokój, ileż można? Nie macie ochoty czasem trzasnąć garnkiem w ścianę i rozbić trochę talerzy, żeby dobitnie wyrazić, że macie dość? Do jasnej cholery, dość?

 

Ale mam jeden sposób, na lepsze panowanie nad swoimi emocjami. Dość niespodziewany i pewnie mało kto na to wpada…Ten sposób to… bycie odrobinę niecierpliwym.

 

 

I pewnie przecierasz teraz oczy ze zdumienia albo tryumfalnie wykrzykujesz: Ha! A jednak! Niemniej taka jest prawda.


Jednym z najważniejszych słów, jakie padną w tym tekście są GRANICE. Znacie, prawda? Każdy je ma i każdy powinien określić sobie, co może znosić [a czego absolutnie!] oraz w jakich sytuacjach czuje się niekomfortowo lub które powodują, że rodzi się gdzieś w środku złość lub opór. Nie będę Einsteinem i pewnie się powtórzę, że większość naszych granic zatarło to osławione „kiedyś to było lepiej wychowanie”. Wszelkie „musisz”, „powinnaś”, „tak się wypada zachowywać”, „musisz to znieść”, „dzieci tak mają” troszeczkę zamotały nam w głowach i sami nie wiemy, co nam pasuje, a co nie, z czym nam jest dobrze, a z czym nie. Dodatkowo wyidealizowany obraz wiecznie uśmiechniętej matki – to dopiero robi swoje! Patrzymy się potem w nasze wściekłe oblicze w lustrze i mamy ochotę strzelić sobie w łeb, bo jesteśmy świadome, że nie osiągniemy takiego stanu zen.


No nie osiągniemy, jeśli w dalszym ciągu będziemy pozwalać na naruszanie naszych osobistych granic, do których mamy prawo! A żeby bronić swoich praw, wybacz, ale musisz być trochę niecierpliwa.

 

Dlaczego tak często wybuchasz złością?

Ale wróćmy do podstaw i do ustalenia, czemu zazwyczaj wybuchasz złością? Co powoduje ataki wściekłości? Tak, jak histeria dziecka spowodowana jest najczęściej:

  • głodem,
  • zmęczeniem
  • lub hałasem [zbyt dużą liczbą bodźców],

tak i ty głodna, niewyspana możesz stać się istną bombą wybuchową. A jeśli do tego dojdzie hałas, to już umarł w butach. I nie wierzę, gdy piszesz mi, że wybuchasz na dzieci bez powodu. Zazwyczaj masz bardzo poważny powód: zmęczenie i brak posiłku.

 

 

 

To oczywiście nie jest winą dziecka, a wskazówką, że gdy czujesz już lekkie podminowanie, powinnaś powiedzieć: STOP. Muszę zjeść. I nawet jeśli dziecko będzie płakać, że poszłaś, lepiej, jeśli trochę popłacze [szok, nie?], bo gdy ty zaspokoisz swoją potrzebę głodu, wrócisz do niego zadowolona i spokojniejsza, słowem – będziesz miała więcej cierpliwości.

 

slide_369664_4251270_free.gif
Przeciętne śniadanie matki.

 

Tak samo jest ze zmęczeniem – to nie twoja wina, że jesteś zmęczona. Twoją winą będzie [ale też nie zawsze], jeśli nie spróbujesz nic z tym zrobić. Jeśli jedyną opcją na odpoczynek, jest oddanie dziecka niani na godzinę lub dwie – skorzystaj z tego. Jeśli jedyną opcją na odpoczynek jest zostawienie bałaganu w kuchni – zostaw ten bałagan i dla dobra swojego dziecka – odpocznij. I nie słuchaj się ludzi, którzy twierdzą, że ktoś inny daje sobie radę. Nie jesteś nikim innym, jesteś sobą.

 

Podobnie jest z zachowaniami twojego dziecka – ustalenie granicy tego, na co możesz mu pozwolić, jest istotne. Zrozumienie, jakie konkretne zachowania wyprowadzają cię z równowagi, da ci bardzo dużo, bo widząc, że dziecko zaczyna zachowywać się w sposób, którego nie akceptujesz, będziesz w stanie odpowiednio szybko się przygotować i do tego ostrzec dziecko, ale o tym za chwilę.


Już sama świadomość tego, skąd się bierze twoja złość, dużo daje. Choć nie tylko głód powoduje nasze wkurzenie. To też wszystko to, co narusza nasze granice – konkretne zachowania, a nawet konkretni ludzie. Znacie taki typ człowieka, który nie może przestać gadać? Opowiada ci całą swoją historię, anegdotki sprzed 20 lat, opowiada ci historie życia znajomych ludzi, których na oczy nie widziałaś, a ty, mimo że od pół godziny mówisz, że musisz iść już iść, stoisz i nie dajesz rady ruszyć się na krok, przytłoczona osobą, która musi ci się wygadać i nie pozwala odejść. To i wszyscy ci, którzy wywierają na ciebie jakąkolwiek presję, starają się ciebie kontrolować, stawiają cię przed faktem dokonanym [„Kochanie, jutro przyjeżdża moja mama, musisz zrobić obiad”], dokonują na tobie istnej komunikacyjnej inwazji, przerywając w pół zdania, nie pozwalając ci dokończyć naruszają twoje granice, przez co jesteś słabsza i bardziej podatna na nerwy. Chyba kiedyś napiszę o tym osobny tekst, bo temat bardzo ciekawy i często sami nie zdajemy sobie sprawy, czemu chodzimy poddenerwowani i co konkretnie nas wkurza.


 

Jak walczyć ze swoją złością?

 

To kiedyś. Dziś skupię się na tym, że najlepszym treningiem cierpliwości jest minimalizowanie sytuacji, które wyprowadzają nas z równowagi. Teściowa regularnie narusza twoje granice, a do tego robi po swojemu, kompletnie cię nie słuchając i nie reagując na prośby, co sprawia, że chodzisz wściekła, a złość wyładowujesz na dziecku [bo na kim innym? Kiedy jesteśmy wściekli, obrywają zazwyczaj najsłabsi]? Ogranicz spotkania z nią. Do minimum. Koleżanka wciąż dzwoni bez zapowiedzi i opowiada przez godzinę o swoich problemach, nie dając ci dojść do głosu i przerywając w pół zdania, bo jej historia jest ważniejsza? Przestań odbierać od niej telefony. Jesteś matką, masz dzieci i sama decydujesz, kiedy możesz poświęcić swój cenny czas komuś innemu. Mi zajęło dwa lata ogarnięcie ludzi, którymi się otaczam. Ponad trzy, żeby zrozumieć, że mogę kasować komentarze, które naruszają moje granice, zwyczajnie wprawiając w złość i nie mieć z tego powodu wyrzutów. I jasne, potrzeby drugiej osoby warto i trzeba brać pod uwagę, ale jeśli cała wasza relacja ma polegać na tym, że ty rezygnujesz ze swoich granic, żeby zaspokoić potrzeby innej, to coś tu nie gra i w końcu stracisz cierpliwość. A przecież…

 

Wcale nie musisz się poświęcać!

I naprawdę, zanim chlupniesz w ten wir zaspokajania potrzeb innych ludzi, zastanów się, czy twoje potrzeby również są brane pod uwagę. Z drugą osobą warto się spotkać po środku, mając na względzie jej i swoje oczekiwania. I tak, jak możesz zrozumieć potrzebę wygadania się koleżanki, to zastanów się, kiedy będziesz w stanie znieść jej monolog? W czwartek o ósmej rano, kiedy w pośpiechu ogarniasz dzieci? W środę o 15, gdy kończysz obiad z maluchem na ręku?

 

Pamiętam taką sytuację, gdy ktoś do mnie zadzwonił w środku dnia. Ja głupia odebrałam, mimo że miałam spore problemy z zasięgiem i rozmawiałam, stojąc na parapecie, z wielkim brzuchem i wrzeszczącym u nogi starszym synem. Raz, drugi, trzeci, informowałam o tym, że chcę szybko załatwić sprawę, tłumacząc moją sytuację. W odpowiedzi słyszałam radosny chichot, bo to takie śmieszne, a osoba, z którą rozmawiałam, pamiętała jeszcze z trzy takie sytuacje rozmów, gdy sama miała małe dzieci, o czym raczyła mi obszernie opowiedzieć, informując również o stanie zdrowia sąsiadów, których na oczy nie widziałam i ich perypetiach z dziećmi. Brzuch mi ciążył, biodro bolało, syn gryzł mnie w kostkę, ale ok, wytrzymałam i po którejś tam zlanej mojej prośbie o streszczanie i szybsze dojście do sedna,  poddałam się i wysłuchałam do końca perory. Kiedy skończyłam słuchać i prawie że spadłam z tego parapetu przeciążona brzuchem i bolącą nogą, zdecydowanym ruchem zablokowałam numer tej osoby w komórce i nigdy więcej nie odebrałam od niej telefonu. Każda nasza rozmowa tak wyglądała – ja miałam słuchać, ewentualnie odpowiadać ogólnie, bez wnikania w szczegóły [inaczej mi przerywała], a ona gadała. Na upartego mogłabym znieść taką niekomfortową sytuację, ale zbytnio szanuję siebie i swoje dziecko, by marnować na nią energię. Bo starając się łapać zasięg, jednocześnie ogarniając dziecko, bez możliwości wtrącenia zdania od siebie, marnowałam swoją energię, nie dostając kompletnie nic w zamian.

 

 

Dla siebie – ja jestem najważniejsza. Zaraz po mnie moje dzieci. I naprawdę nie warto tracić czasu na ludzi, którzy nie starają się tego zrozumieć i z butami wchodzą w twoje życie depcząc każdą postawioną przez ciebie granicę. Nie zasługujesz na to. I jeśli twoje poświęcenie będzie skutkować zaniedbaniem podstawowych granic człowieka i podstawowych potrzeb [nie mówię o futrze i mercedesie w garażu, mówię o podstawach], to zastanów się trzy razy, czy warto się poświęcać. Żeby zadbać o innych, musisz najpierw zadbać o siebie. 

 

Do czego przyda ci się brak cierpliwości? 

I tak – kiedy piszecie mi o tym, że brak wam cierpliwości, mam ochotę każdemu z osobna napisać: i dobrze. I powinnaś nie mieć cierpliwości do ludzi, którzy naruszają twoje granice i wprawiają złość. To brak cierpliwości pomaga ci bronić swojego terytorium i w efekcie mieć większą cierpliwość. Naprawdę – kiedy jesteś świadoma tego, że granica twojego ogródka jest respektowana i dobrze chroniona, jesteś w stanie znieść o wiele więcej, wpuścić do siebie więcej gości i częściej się dla nich poświęcać.

Tak samo z twoimi dziećmi [to chyba będzie najważniejszy fragment]. Wcale nie musisz być dla nich mega cierpliwa i opanowana. To, oczywiście, ideał, ale cierpliwością i akceptacją wszystkich zachowań swoich dzieci niewiele ich nauczysz. Jest taki moment, i powinnaś go określić, gdy słowo „dość tego” musi paść, a ty nie powinnaś się go bać. Jak inaczej chcesz nauczyć dzieci tego, że każdy człowiek ma swoje różne granice, jeśli nie na własnym przykładzie? A jeśli jesteś świadoma swoich granic, masz najcenniejszą na świecie możliwość uprzedzenia o nich dzieci zawczasu:

 

  ⇒ „Doprowadza mnie do szału i mogę zacząć krzyczeć, gdy widzę, jak rzucasz jedzenie pod stół”.

  ⇒ „Kiedy potykam się o te zabawki w przejściu, mam ochotę wszystkie je zebrać i wyrzucić do kosza”.

  ⇒ „Nie mam ochoty kupować ci nowych mazaków, gdy widzę, że walają się po stole otwarte i wysychają. Mam wrażenie, że ci na nich nie zależy”.

  ⇒ „Kiedy prosisz spokojnie, chętnie ci pomogę, kiedy krzyczysz na mnie, mam ochotę krzyczeć razem z tobą”.

  ⇒ „Bardzo lubię, kiedy brudne ubrania leżą w koszu. Wkurza mnie, kiedy widzę je rozrzucone po całej łazience.”.

  ⇒ „Kiedy siedzę przy komputerze, to znaczy, że robię coś ważnego. Bardzo cię proszę, żebyś przychodził do mnie tylko z bardzo ważnymi sprawami. Kiedy przychodzisz co chwilę i pokazujesz mi kolejny obrazek, wybija mnie to z rytmu pisania. Wszystkie obrazki, jakie narysujesz, odkładaj na bok, a z przyjemnością je obejrzę, kiedy skończę pisać” – zdanie sprzed minuty 🙂

 

Widzisz tę możliwość, jaką daje ci jasne określenie granic? Jesteś w stanie ograniczyć liczbę wybuchów złości i jasno pokazujesz dziecku, w którym momencie kończy się twoja cierpliwość. A co jeśli autentycznie trafi cię szlag i wybuchniesz na dziecko? Częściową odpowiedź znajdziecie właśnie w tym tekście. Ja taki wybuch traktuję jako okazję do wyjaśnienia maluchowi, co doprowadziło mnie do wściekłości. I nie zawsze na zasadzie „bo ty się nie słuchałeś”. Zazwyczaj pokazuję też inne punkty zapalne, które wyprowadziły mnie z równowagi: zmęczenie, głód, cały poranek z wrzeszczącym bratem, nieporozumienie z tatą, to, że nie mogłam czegoś znaleźć, a nawet aura za oknem, bo tak, ciśnienie ma duży wpływ na nasze mniej lub bardziej nerwowe reakcje. I to jest świetną okazją do wprowadzenia dziecka w świat, w którym każdy ma swoje granice i rzeczy, które może znieść lub nie. Oraz do wyjaśnienia, że różne rzeczy mogą denerwować różnych ludzi.

 

I tak sobie myślę, że już samo to, że daję sobie przyzwolenie na wybuchy złości, że nie traktuję tego jako porażki na całej linii, a jedynie upadek, z którego muszę się podnieść i wycisnąć z niego jak najwięcej dobrego oraz to, że staram się znaleźć wszystkie punkty zapalne i jestem świadoma ich źródła, pozwala mi, paradoksalnie, na większą cierpliwość wobec dzieci. A przede wszystkim – na lepsze zrozumienie siebie. To oraz świadomość, że nie zadbam o innych, jeśli w pierwszej kolejności nie zadbam o siebie.

 

Jeśli wpis ci się spodobał, będę wdzięczna, gdy udostępnisz go znajomym lub zwyczajnie polubił 🙂

  • Katarzyna Ostrowska

    To ja się powtórzę, dziękuję, że jesteś 😀

  • tak czasami wybucham złością to normalne nie normalne byłoby się nie złościć… czasami irytuje mnie coś i wtedy wybucham np. wieczny nieporządek u chłopaków… czy że musze jawszystko sprzątać a dzieci czy mąż siedza i nic nie robią czasami mówi spokojnie czasami poprostu krzyknę….nikt nie jest idealny to oczywiste…

  • Karolina Puchacz

    dziekuje bardzo za ten tekst! choc mam tylko jedno dziecko, to wybuchy zlosci zdarzaja sie dosc czesto… dopiero teraz zrozumialam, jaki jest glowny powod 🙂 bo jak sie nie wkurzyc, kiedy caly dzien nie masz czasu cos wlozyc do buzi a przy probach zrobienia obiadku da dziecka – bo przeciez dziecko jesc musi – ono ma zupelnie inne pomysly na twoje zajecie? to chyba najbardziej apalny punkt naszego dnia….