5 błędów, które popełniłam, starając się wcisnąć w stare dżinsy [i bonus!]

Joanna Jaskółka
1 marca 2017

Udostępnij wpis

Czy to fakt, że nie biegam za drugim tak jak biegałam za pierwszym? Bo zima? I pierwszy w dużej mierze przejął obowiązek biegania? Wiek? Wszak już po trzydziestce. Wiadomo, metabolizm zwolnił, energia już nie ta. Choroba? Badania robię. Dość stale. Podstawowe, ale jednak nie ma odchyleń od normy.  A jednak, ciała przybyło i za nic nie wcisnę się w dżinsy kupione tuż po porodzie. A przecież tydzień po kupieniu już były za duże!

 

 

Nie wiem, jak to się stało, czemu to się stało i przez miesiące starałam się to zrozumieć. Skąd silniejsze niż zwykle migreny, skąd mój brak skupienia, skąd to ciągłe zmęczenie i powracająca jak bumerang bezsenność. Nie powiem, że żyłam niezdrowo. Żyłam, jak do tej pory. Robiłam wszystko to, co po pierwszym porodzie, po którym już w trzy miesiące wróciłam do wagi sprzed ciąży, po kolejnych trzech do chyba najniższej wagi w życiu. Po którym tryskałam energią, biegałam za moim dzieckiem niezrażona po lesie, przemierzałam z nim kilometry, a na drzemkę po południu reagowałam śmiechem - damy radę i pisałam o moich nocnych bieganiach za synem zabawne statusy na fejsie. Gdzie to się podziało? Czemu nagle czuję się jak flak? I nie mogę schudnąć.

 

 

Do zastanowienia się skłoniło mnie zaproszenie do wypróbowania testu - testu sprawdzającego predyspozycje do nowotworów, ale nie tylko. Laboratorium Genetyczne Invicta zajmuje się też badaniem niepłodności, badaniem określającym przyczyny i predyspozycje poronień, badaniem określającym ryzyko zakrzepicy i wieloma innymi. W pierwszym momencie pomyślałam, że nie, to nie dla mnie. Antykoncepcji nie przyjmuję, piersi badam, w kolejną ciążę zajść na razie nie zamierzam.

 

 

 

 

Czasem niewiele potrzeba, żeby otworzyć oczy, żeby poczuć, że warto wziąć się do roboty. Moim celem było wciśnięcie się w stare dżinsy, a teraz czuję, że jedyne czego chcę, to żyć. Żyć tak, żeby nie żałować, że coś jest moją winą, moim niedopatrzeniem. Że czemuś mogłam zapobiec, a tego nie zrobiłam, bo mi się nie chciało.

 

Byłam na etapie rozpoczynania diety na schudnięcie. Wiedziałam, że muszę schudnąć, bo czułam, że w tych kilku kilogramach, że w nich tkwi sedno mojego złego samopoczucia. Ja po prostu zaczęłam się czuć źle z nadprogramowymi kilogramami. Ciało dawało mi sygnał, że jakaś jego granica zostala przekroczona. No i chciałam się wcisnąć w moje stare dżinsy.  I nie mogłam.  Miałam w planach rozpocząć restrykcyjne niejedzenie, żeby szybko zgubić parę kilogramów. Ale te wszystkie wskazania do testów w panelu nowotworowym dały mi jedno - poczucie, że muszę działać nie na jednym polu. Że badanie piersi, morfologia, głodówka  i odstawienie czekolady mi nie pomogą. Że nawet jeśli nie jestem w kategorii ryzyka, wcale sobie takim trybem życia nie pomagam. Że jeśli chcę zmieścić się w stare dżinsy, muszę zrobić coś więcej niż mniej jeść. Muszę być zdrowa.

 

 

 

Zamiast chudnąć do dżinsów, postanowiłam działać na całej płaszczyźnie

 

Zamknęłam oczy i wypisałam wszystkie swoje grzechy, które nie tylko przeszkadzały mojemu dobremu samopoczuciu, ale nie służyły też i zdrowiu. Wręcz go pogarszały:

 

  • Nieregularne jedzenie. I to bardzo nieregularne. Tego, że rano nie jestem w stanie nic przełknąć, już raczej nie zmienię, ale to, że śniadanie czasami jadłam w porze obiadu jest już niewybaczalne. A obiad przechodził na kolację, kolacja na noc. No ludzie, to jasne, że napakowanej po uszy przegryzkami nocnymi, ciężej mi było zasnąć i wypocząć. I że rano nie byłam głodna przez trzy godziny jeszcze po wstaniu. Do tego - głodowanie. Tak, zdarzało mi się zwyczajnie nie jeść z braku czasu. Tymczasem organizm, kiedy widzi, że nie ma dostaw pokarmu, zaczyna gromadzić zapasy w tłuszczu. Na wszelki wypadek, żeby nie umrzeć! To takie logiczne! Więc te moje głodówki były kija warte - nie dawały nic, oprócz kolejnej fałdki. Teraz, nawet jak czuję, że nie jestem głodna, zjem cokolwiek - jabłko, pomidora czy łyżkę jogurtu, żeby zaspokoić potrzebę organizmu, żeby dać mu znać, że dostawy jedzenia nie ustaną. I chudnę. Przy trzech posiłkach w ciągu dnia. W porywach do czwartej zdrowej przekąski.

 

  • Nieregularny sen. Jasne, kiedyś istniało coś takiego jak podział snu. Ludzie wraz zachodem słońca kładli się spać, potem wstawali na jakieś dwie godziny w nocy i znów zasypiali do wschodu słońca. Nikt nie spał przez bite osiem godzin, jak teraz, to wynalazek współczesności [niemowlaki wciąż mają ten pierwotny zew, prawda?]. Ale to, co ja robiłam ze swoim snem, to była jakaś farsa - kładłam się spać koło drugiej w nocy, spałam do piątej, potem zasypiałam z Daśkiem o 8, budziłam się koło 11. Bywało, że po południu zdrzemnęłam się na godzinkę na stojąco. Absurd. Jak ja mam wypoczęta  skłonić organizm do metabolizmu, jeśli nie daję mu szansy [a ciało najlepiej spala tłuszcz, kiedy śpimy] i funduję sobie krótkie drzemki bez możliwości nawet przejścia wszystkich faz snu?

 

  • Brak wody. Żyłam na kawie. Słodkiej. Dopiero wieczorem, kiedy już wiedziałam, że kawy pić nie mogę, żłopałam wodę z wielkiego dzbana litrami, a piłam ją dopóki, dopóty mi się gwiazdki przed oczami nie zaświeciły i póty nie padłam otumaniona na łóżko. Wydawało mi się, że wtedy prościej mi będzie zasnąć... Nic gorszego  nie mogłam sobie zrobić.

 

  • Słodycze. Zawsze miałam raczej niedocukrzenie niż przecukrzenie. Oscylowałam zazwyczaj poniżej normy i już dawno powinnam wziąć swojego lekarza za fraki, żeby zrobił z tym porządek. Bo zdarzały mi się już zasłabnięcia z powodu zbyt niskiego poziomu cukru we krwi. Ale to, co ja robiłam, to było istne szaleństwo. Bo jak inaczej nazwać naprawianie sobie niższego poziomu cukru dwoma tabliczkami czekolady? Tylko szaleństwem. Nawet jeśli przez tyle lat ta liczba nie wpływała na moją wagę znacząco. Teraz zaczęła. Liczę - to już dwa tygodnie, kiedy jedyną słodką rzeczą jest łyżeczka cukru do kawy. I nic więcej. Żadnej czekolady, żelek, żadnych batoników, słodkich ciasteczek. Dzieciom, jak placki smażę, to podjem trochę na kolację, ale zaraz spalam to na ćwiczeniach.

 

  • Brak ruchu. Bo ćwiczę. Zaczęłam, mimo że nigdy nie przepadałam, a dostosowanie się do grupy na zajęciach fitness doprowadzało mnie do łez. No ale ostatnio zbyt mocno zdałam się na starszaka. Kiedy Kosmyk był mały, nie miałam żadnej wyręki do biegania. Kiedy Adaś zaczął biegać, to biegał głównie za starszym bratem, którego wystarczyło przywołać do siebie i już, obaj chłopcy są przy mnie. Niesamowicie pomocne. I jasne, w wakacje jeździłam na rowerze, pływałam, ale teraz, zimą? Gdzie mam wyjść - w błoto? Na pomysł ćwiczeń wieczornych czy porannych jakoś nie wpadłam albo nie chciałam wpaść. Na szczęście się opamiętałam.

 

I te pięć punktów jest główną odpowiedzią na źródło moich problemów: złe jedzenie, niewyspanie, brak ruchu, brak witamin, które dodatkowo wypłukuje spora dawka kofeiny. Mało pomysłowe? Oczywiste wręcz! A jednak każde z nich popełniałam, bzdurząc sobie w głowie, że tym jednym razem mi nie zaszkodzi. Wypisałam te punkty, a potem zmieniłam w listę postanowień: regularne jedzenie, bez podjadania w nocy, regularny sen - lepiej przespać się pięć godzin niż pięć razy po godzinie. Pić. Nie tylko kawę. Na tę pozwalam sobie dwa razy dziennie. Zamiast tego piję wodę [i to jest ironia - moje dzieci piją wodę bez kłopotu, a ja sama mam z tym problem!]. Ograniczyłam słodycze. Do zera praktycznie. Ja! Zero słodyczy! To już ponad dwa tygodnie! Do stałego mojego planu dnia włączyłam albo ćwiczenia, albo ponad godzinny spacer.

 

 

 

 

wcisnąć w stare dżinsy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czuję się lepiej. O wiele lepiej. Nie żałuję sobie snu. Łykam witaminę D i faszeruję nią rodzinę. Dzielnie wykorzystałam tydzień bez dzieci, pisząc sobie szkice tekstów, więc nie siedzę po nocach tworząc wszystko od A do Z, a jedynie na drzemce dziecka kończę to, co zaczęłam. Powoli odzyskuję energię. Coraz częściej zauważam, jak błyskotliwa może być codzienność [ten wpis znów się rozszedł jak bułeczki,  a napisałam go jak dawna ja - godzinę po zdarzeniu]. Wreszcie, po tylu miesiącach mozolnej pracy nad każdym zdaniem wychodzącym spod klawiszy jak gruda, czuję tę lekkość wylatywania myśli z głowy. Najważniejsze jest to, że rano wstaję bez mgły w oczach, że długie spacery z psem kończę bez zadyszki, że zaczęłam wreszcie ćwiczyć i nie umieram po 30 minutach ciągłego ruchu. Jest lepiej.

 

I nawet jeśli w moich genach tkwi gdzieś tam ukryta predyspozycja do choroby, nie ułatwię jej dostępu. Niech się postara. Niech się, kurde wysili, bo ja z każdym dniem jestem coraz silniejsza i poradzę sobie nawet z tym, co może być mi pisane.

 

 

Testy w laboratorium i tak sobie zrobiłam. Chcę wiedzieć, jakie mam  szanse i na co jeszcze powinnam uważać. To tylko próbka śliny i zamówienie kuriera. Wynik przyjdzie w ciągu dwóch tygodni razem z zaleceniami. Czeka mnie jeszcze dodatkowe badanie tarczycy. I wszystko przez te jedne dżinsy, których założenie stało się moim celem. Już nie jest. Teraz chcę tylko nie zboczyć z tej drogi, na którą weszłam przez przypadek i na której jest mi coraz lepiej. Z minimalną dawką kawy i słodyczy.

 

I już powoli przestaję w tych dżinsach czuć ucisk w pasie 🙂 To mój jedyny wyznacznik efektu chudnięcia, bo nie ma chyba rzeczy na świecie, która zmusiłaby mnie do przejmowania się wagą wyrażoną w liczbach. Cenię sobie za to dobre samopoczucie 🙂 I jeśli ktokolwiek zapyta mnie, czemu się wzięłam za siebie i ćwiczeń, to właśnie dla tego dobrego samopoczucia - czuję, że żyję, czuję, że robię sobie zwyczajnie dobrze. I każdemu to polecam.

 

 

 

 

A  ramach współpracy z Invicta mam dla was 100 zł zniżki na badania w topgenetics.pl, jeśli też chcecie je sobie zrobić lub potrzebujecie motywacji. Kod to inv201703jj. A pięć osób, które pięknie napisze mi, jak najlepiej zmotywować się do zdrowszego trybu życia, otrzyma badanie za darmo 🙂 Żebyście tak jak ja, zrobili sobie dobrze 🙂

 

 

 

[A teraz, wiem to dobrze, wszyscy będą wypatrywać, kiedy wreszcie będzie mnie mniej, po to właśnie takie rzeczy pisze się publicznie - taka podpowiedź 🙂 ]

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
Jestem Asia.
Piszę o tym, jak uciec z miasta i wychowywać dzieci na wsi, z dala od sklepów, ale bliżej siebie.

Naszą historię znajdziesz Tutaj

Ale ona wciąż się pisze, więc zostań ze mną w kontakcie:


    20 czerwca 2022
    Moja najbliższa koleżanka depresja. Jak z nią żyję i przeżyję?

    Hej. Jestem Asia. Od trzech lat mam depresję, stany lękowe i zaburzenia odżywiania. Zdiagnozowano u mnie zespół stresu pourazowego (PTSD) i zaburzenia ze spektrum autyzmu. Oprócz dzieci są to najbardziej stałe elementy mojego życia. Ponad pół roku temu zakończyłam kolejną terapię. Bywa, że wciąż ze zmęczenia śpię po 14 godzin na dobę i jedyne, co […]

    27 maja 2022
    Kiedy nauczyć dziecko jeździć na rowerze i jak go przekonać, żeby chciał?

    A kiedy kupisz im pierwsze rowery? A kiedy zaczniesz ich uczyć jeździć na rowerze? A czemu oni jeszcze nie potrafią na rowerze? Kto to widział sześciolatek, a jeszcze nie umie... Taki duży, a jeszcze na biegowym jeździ? Takie teksty towarzyszyły mi bardzo długo i były połączone z różnymi staraniami, żeby zmobilizować dzieci do szybszej nauki […]

    24 marca 2022
    ZROBIŁAM TO! Stary pokój chłopców zmieniłam na moją własną sypialnię! [metamorfoza z Lenart Meble]

    Wchodzę do pokoju i rzucam się na łóżko. Pod skórą czuję nową, świeżo wypraną pościel. Wtulam w nią policzek i oddycham głęboko. Leżę na swoim własnym łóżku we własnej sypialni. Tylko mojej. Nie marzyłam o niej.  Wyobrażałam sobie raczej to miejsce jako coś, co nigdy się nie zdarzy, bo zawsze będą inne potrzeby. A teraz […]

    26 lutego 2022
    Szukasz dobrej pralki? Pralko-suszarka Haier i-Pro 7 to sprzęt, który wybrałam

    – Mamo, ja jej w ogóle nie słyszę... – powiedział mój młodszy syn, który w naszym domu najbardziej lubi prać.  – I wszystko widzę, co się dzieje w środku! – ucieszył się, gdy zobaczył, że nowa pralko-suszarka Haier i-Pro 7 ma podświetlenie wewnętrzne.  Poszłam za ciosem. Wymieniłam starą przeciekającą pralkę na nową i jeśli czegoś […]

    10 stycznia 2022
    Dni zniszczone przez siekierę dzieci, kartę do bankomatu oraz komunizm

    Już w poprzednią niedzielę przebierałam nóżkami, żeby wrócić do publikowania w social mediach. Niestety, wszystko wokół sprzysięgło się, żebym nie była gotowa na publikowanie czegokolwiek. To jest niby proste - napisać coś, kliknąć "publikuj" i z bańki. Tylko jeśli chce się, żeby to wszystko miało ręce i nogi, trzeba swoje przemyśleć. A ja mam plan […]

    16 grudnia 2021
    Jeszcze zdążysz kupić najładniejsze książeczki dla dzieci!

    Obiecałam pokazywać więcej książek dla dzieci i pokazuję książeczki dla dzieci 🙂 Jeszcze zdążysz je złapać przed świętami i obdarować jakieś dziecko, bo książki to zawsze najfajniejsze prezenty. Przynajmniej ja w tym wpisie pokażę takie, które najfajniejszymi prezentami będą. Gotowa? Jedziemy!  

    Obserwuj nas na Instagramie

    instagramfacebook-official