Na fejsie prace ogrodowe trochę umknęły, instastory za to aż szumało, bo relacjonowałam tam nasze prace cały czas i gdyby nie wsparcie od dziewczyn z insta i z mojej grupy Wiejskich Matek, pewnie byśmy odpuścili po pierwszym zagonku. Ale się udało. Zgodnie z prośbami pokażę od początku od czego zaczynaliśmy i na czym skończyliśmy. A zaczęło się od totalnego ugoru…

 

Nie planowałam robić ogrodu w tym roku, w związku z tym nie przygotowałam porządnej relacji z prac ogrodowych. Jak to się stało, że jakimś cudem zrobiliśmy sobie ogródek, opiszę niżej. Ale na razie zdjęcia, jak było wcześniej. Kiepskiej jakości, bo i nie chwaliłam się za bardzo tą masakrą, jaka się działa na tym zboczu:

 

Zdjęcie z 2015 roku. Krzak jeszcze nie był taki duży.

 

To zdjęcie, które z racji napisu wrzuciłam kiedyś na insta. W tle – masakra na zboczu. 

 

 

I jakoś dwa tygodnie temu przechodziłam obok tego krzaka i zobaczyłam, że ziemia się trochę osunęła i z tych krzaków wystaje jakiś korzeń [wcześniej w tym miejscu były kojce psów i kupa różnych patyków, drągów, które wciąż leżały w krzaczorach, bo o ile pigwowca można było jakoś oczyścić, to to wiecznie zielone dziadostwo na przodzie stawało okoniem]. I ja zobaczyłam ten korzeń i sobie pomyślałam, że jak dzieci przez przypadek wpadną w te krzaki, to se oko na nim wydłubią, więc „pociągłam”, a jak „pociągłam”, to i korzeń wyrwałam.  A jak i korzeń, to i część krzaka. A jak część krzaka, to zobaczyłam, że teraz jest nierówno, więc zaczęłam ciągnąć  z drugiej strony i jakieś trzy godziny później, gdy 3/4 krzaka były już wyrwane, dzwoniłam do Chłopa, żeby przyjechał pomóc, bo został mi jeden korzeń, który mi siadł na ambicji i jak mi on tego korzenia nie wyrwie, to ja osiwieję i dzieci osierocę. Więc przyjechał, wyrwał, a jak wyrwał, to się łyso zrobiło i przypomniało nam się, że mamy paliki z zeszłego roku, które można wkopać i zrobić mały ogródek. To wkopaliśmy. Ale palików starczyło do widocznej niżej na zdjęciu granicy. W międzyczasie zdzwoniłam się z mamą, która była w sklepie i dokupiła nam ziemi i pierwsze kwiatki.

 

 

– Jutro przyjadę, to to dokończę – obiecał mi Chłop, a ja parsknęłam śmiechem, że zawsze mówi, że coś skończy i nigdy nie kończy. Chyba wjechałam mu na ambicję, bo następnego dnia ogródek wyglądał już tak, a ja dostałam przykazanie, żeby dumać, co dalej robić.

 

Z pomocą przyszedł starszak, który od zawsze chciał, żeby mieć swoją kamienną „tajną” ścieżkę, zamiast oficjalnych kamiennych schodków. A że trzy lata temu Chłop w żwirowni kupił kilka ton kamieni [dwa lata się śmiałam z niego, że taki prezent mi zrobił], a te kamienie jak wyrzut leżały na polu i nie wiadomo, co z nimi [bo nie było nikogo, kto by chciał zarobić i zrobić nam z nich podjazd], to wreszcie udało je się wykorzystać.

 

A jak już schody były gotowe i powiedziało się B, to trzeba było jechać dalej z alfabetem i zrobić ogródek dalej. Nie wspominałam o tym, ale w tym pierwszym zagonku to po prostu wywaliliśmy ziemię i wsypaliśmy nową. Poszło na to jakieś 7 50-litrowych worków ziemi. Więcej, niż na ziemię, poszło na to, żeby ją przywozić, kiedy okazywało się, że kolejne dwa to jednak za mało, więc na zagonach pod płotem postanowiłam walczyć rękami. Na moje nieszczęście. Dwa dni przewalałam tę ziemię, żeby wydłubać z niej wszystkie bulwy chwastowe, korzenie, kamienie i śmieci. A i tak, kiedy już przebrałam i posypałam dla ładnego wykończenia czarną ziemią, okazało się, że dwa worki 50-litrowe to dla tej ziemi tyle co nic. Więc czarnej ziemi jest tylko kawałek, następny dowóz planuję po weekendzie. Miałam zrobić to wcześniej, ale…

 

W tym ogrodowym amoku kupiłam ciut za dużo kwiatów [tutaj tak zaszalałam] i nie miałam, co z nimi zrobić. I znów z pomocą przyszedł mi Chłop, który, gdy zobaczył ceny dużych donic, jakie mi się zamarzyły, odważył się sam je zrobić z desek walających się od lat na poddaszu. I zbił mi piękne drewniane dwie donice i pomalował na kolor, na który będzie pomalowany też taras być może już w te wakacje, bo chłopcy już prawie każdą deskę zaznaczyli i trzeba pomalować na nowo, bo brzydko wygląda. Resztką sił i rykoszetem udało nam się też zrobić kamienną obwódkę wokół donic. O całej pracy pisałam tutaj. Centralnie wykorzystaliśmy te dawno temu zakupione kamienie ze żwirowni, własnymi rękami je zbieraliśmy, płukaliśmy i tak się udało stworzyć jako taki zakątek, który czeka tylko, żeby posiana trawa wyrosła.

 

Na górze rosną dwie hortensje. Korzystając z okazji, że jeszcze są małe, posadziłam obok nich truskawki i poziomki. Najwyżej je przesadzę za rok lub dwa, jak mi hortensje wyrosną. Niżej są byliny i cebule kwiatów. Głównie w kolorach białych i niebieskich, z czerwonymi akcentami.

edf

W donicy rośnie kamelia. Zakup biedronkowy, dopingujemy, żeby rosła. W ziemi jest też mnóstw cebul, również z biedronki i kilkanaście cebul pięknych purpurowych lilii, które dorwałam w ogrodniczym i kilka jasnoniebieskich bylin, które jeszcze nie chcą wyrosnąć.

W ogródku po lewej swoją siedzibę znalazły żaby. W sumie zostały zmuszone do zamieszkania, bo chłopcy zaczęli je hodować i musiałam im nawet wkopać garnek, żeby miały basen, ale gdyby im było źle, to by uciekły, prawda? A siedzą. I dobrze. Niech zżerają muchy i komary. Z naszych obserwacji wyszło, że mieszkają u nas głównie żaby trawne, ale i pokazuje się jeden młody kumak. Przepiękny!

Nie wiem, dlaczego, ale żurawka to jedna  z moich ulubionych roślin.

 

 

I teraz przejdźmy do konkretów – ile to wszystko kosztowało?

 

Na ziemię wydaliśmy łącznie ponad 300 zł. Nie widać tej ziemi wcale, ale rachunki mówią swoje. Bardzo dużo ziemi poszło na donice i najwięcej na ogródek po lewej. I tutaj, gdybyśmy myśleli, to moglibyśmy przyoszczędzić, bo niedaleko nas jest pieczarkarnia, z której mogłam przywieźć sobie taką ładną, skompostowaną ziemię, trochę śmierdzącą, ale żyzną. Ale jakoś tak wyszło, że jak miałam przyczepkę, to akurat tej ziemi nie było, a jak była, to nie miałam przyczepki. I dupa.

 

Za to dzięki Chłopu zaoszczędziłam na schodkach, bo metr takiej ścieżki u kamieniarza, to ok. 200 zł. Myślę, że jakieś 1000 zł zaoszczędziliśmy, dzięki temu, że Chłop przyglądał się swego czasu pracy faceta, który robił taką ścieżkę u moich rodziców i dzięki temu potrafił sam ułożyć kamienie. Kilka lat temu za siedem ton kamienia [który miał iść na podjazd], zapłaciliśmy ok. 700 zł. Tego kamienia zostało nam jeszcze  w opór, więc i na podjazd starczy. Kilka osób pytało się, skąd kamień – szukajcie go w żwirowniach. My mamy ze żwirowni Brejdyny.

 

Odpadła nam też cena donic. W sklepach budowlanych ceny takiej donicy zaczynają się od 150 zł. A my mamy jedną mniejszą i drugą ogromną, na całą długość tarasu. Jedyne, co kupiliśmy, to lakierobejcę za ok. 100 zł.

 

Największym kosztem okazały się te słupki – kupione w tartaku już zabezpieczone przed wodą, jeden słupek mniejszy kosztował 2 zł, większy 2,5 zł. Łącznie na słupki wydaliśmy ok. 600 zł.

 

Ile konkretnie wydałam na kwiaty – nie pamiętam. Kupowałam z doskoku – hortensje i kamelia są z biedronki [po dychu]. Pierwiosnki uratowałam z trawnika. Kilka pierwiosnków i stokrotek kupiła mi mama. Poziomki i truskawki – babcia. Kilka kwiatów kupiłam w Mrówce za jakieś 30 zł. Cebule i byliny kupowałam w biedrze podczas zwykłych zakupów i się wtapiały w rachunki [maks 30-40 zł do każdych zakupów, a robię je raz, góra dwa razy w tygodniu]. Część kwiatów kupowałam również na tyły ogrodu [bluszcze, krzaki owocowe i winogrona] i dwa razy byłam na takich większych kwiatowych zakupach po ok. 300 zł każde. Ale część roślin z tych zakupów  nie była stricte do tego ogródka.

 

I w zasadzie trochę żałuję, że zabraliśmy się za ten kawałek ogrodu z tak zwanego doskoku, bo ani nie zaplanowaliśmy sobie tej ziemi z pieczarkarni, urobiliśmy się jak norki [dwa tygodnie codziennie non stop, prawie od rana do wieczora], dużo rzeczy kupowaliśmy bez przemyślenia i planu i pewnie te 2000 zł to dużo przy takim efekcie jak na zdjęciach 😀 Robionych zresztą telefonem, bo mi aparat jeszcze z naprawy nie przyszedł.

 

Plus jest taki, że chłopcy się zaangażowali i dzielnie pomagali, interesowali się i [zresztą słusznie] uważają skończony ogród za swoje dzieło. Ale kiedy pomyślę, że ten kawałek ogrodu to dopiero 1/20 naszego kawałka ziemi, to mam ciarki i nie wiem, czy w przyszłości nie będzie lepiej wynająć kogoś, kto zrobi to lepiej, składniej i szybciej niż my 😀 Domyślam się, w zasadzie już widzę, że część roślin posadzona jest od czapy i będę musiała je przesadzać, a krzyż powoli mi siada od schylania się nad pieleniem ziemi, z której nie dało rady usunąć wszystkich chwastów.

 

A jeszcze w trakcie prac ogrodowych dowiedziałam się o cudzie ogrodów w permakulturze i plułam sobie w brodę, że nie dowiedziałam się o tym wcześniej. Mam nadzieję, że chociaż podcast nagram wkrótce z ogrodniczką, która zna się na ogrodach tego typu. Daj znać, czy chciałabyś posłuchać!

 


Natomiast jeśli interesują cię wpisy ode mnie, zainstaluj sobie, proszę, aplikację na telefon, gdzie będziesz mogła w każdej chwili spojrzeć, czy nie pojawiają się jakieś nowe wpisy: Tu wersja na Android, a tu na IOS.    Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na facebooku [jeśli chcesz widzieć, co tam piszę],  zawsze też jestem na instagramie, więc tam możesz zerkać, co gadam na żywo ?  dziękuję! A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam [tutaj].