Marzenie, które jak cień za mną krąży, na które codziennie się patrzę i które kiedyś wreszcie się spełni

Joanna Jaskółka
9 stycznia 2020

Udostępnij wpis

To był maj, pachniała... ulica Anielewicza w Warszawie, a ja podjęłam decyzję, że spadam z tego miasta i więcej tu nie wrócę. Po siedmiu, prawie ośmiu latach mieszkania w stolicy, bogatsza o dwa kierunki studiów i dziecko, pakowałam manatki, bo... w sumie nie miałam nic do stracenia. Po latach ludzie będą mówić, że ej, ale ty miałaś odwagę, tak rzucić wszystko. A ja nie miałam odwagi... dłużej wszystkiego ciągnąć.

 

 

 

Wpis powstał w ramach współpracy z Panią Swojego Czasu 

 

Stał ten dom, stary nasz dom, w którym się wychowałam. Stała też obórka. Pamiętam, że kiedy ustalałam z rodzicami, że tam zamieszkamy, że kredytem się wyremontuje, ojciec powiedział: a z tej obórki, kiedyś będzie  można zrobić pensjonat.

Śmiałam się jak głupia, bo oboje nie mieliśmy jeszcze pracy, nawet kredyt na remont domu jeszcze nie był pewny, a tu jakaś gadka o kolejnym kredycie na pensjonat. To było takie śmieszne, gdyby nie było tak dołujące i nierealne.

 

I tak mieszkamy sobie na skraju lasu, siedem lat później. Wyremontowaliśmy, co się dało w domu, przygotowujemy się do remontu poddasza, zrobiliśmy sobie ogródek, zasadziliśmy drzewka, hodujemy sobie króliki i pilnujemy, żeby niewidomy pies nie wpadał na krzesła, a wiekowy kot nie zakrztusił się własną śliną. Nie śpieszymy się. Bo po co na razie? Z jedną nogą rzeki nie przeskoczysz, jak powiedział mój kolega, gdy kupił sobie protezę. My na protezę jeszcze zbieramy, a potem jeszcze trochę trzeba będzie się do niej przyzwyczajać.

 

A stara mazurska obórka przed domem stoi.

 

W wakacje na jej poddaszu, gdzie jako dziewczynka wdrapywałam się i żarłam lody, żeby siostra nie widziała, gnieżdżą się teraz osy, w nocy pohukują w niej sowy, a na wiosnę za przybudówką rozmnaża się jenot. Dach przybudówki z tyłu zeżarły norki, dawny kurnik, który był po prawej stronie budynku stał się graciarnią, której nie zdążyliśmy przejrzeć, gdy odgracaliśmy lewą część- starą obórkę, w której później moi rodzice prowadzili przez lata sklep. Jedyny w promieniu dziesięciu kilometrów.

 

Kiedy zakładałam blog, w pierwszych miesiącach po przyjeździe na Mazury, nie planowałam  niczego - chciałam pisać, żeby nie zwariować z nadmiaru lasu, z nadmiaru ciszy, z nadmiaru monotonii przy jednym dziecku. A teraz jemy, a teraz się ubieramy, a teraz śpimy, a teraz się bawimy, a teraz jemy i ble ble ble, ciągle to samo. Pomysł ojca mnie bawił, ale wydawał się szalony.

 

Ale ta obórka stała. Kuła w oczy. Patrzyłam się na nią codziennie, jak marniała w oczach, jak z dachu spada dachówka, z zadaszenia ptaki zdzierają papę, jak ściany szarzeją i przestają świecić bielą. A później słuchałam jednego z webinarów Budzyńskiej i ona mówiła, że dobrze mieć cel i jaki ty masz cel, pytała, a nie pytała kilku setek słuchających się ludzi, pytała mnie konkretnie. I ta obórka mi stanęła przed oczami. Piękna, odnowiona.  Z czarnym drewnianym gankiem otoczonym niebieskim kwiatami, z odnowionym białym murem. Z niebieskimi oknami i przepięknym przeszklonym bokiem, w którym byłaby bawialnia i oranżeria. Wpół wiejsko, wpół nowocześnie.

 

Zobaczyłam to moimi oczami i od razu wytrząsnęłam z głowy, bo jak to - ja piszę bloga, ja mam mieć cel związany z blogiem. Rozwój, przeobrażenie w portal, w platformę, w rozszerzenie działalności, zatrudnienie ludzi, pisanie, zdobywanie fanów, czytelników, rozrost do milionów. I ta cholerna obórka przed moimi oczami. Ten dach, który jest tak pięknie stary, ten widok z okien na całe pola, na których latem rozsiewam facelię dla pszczół...

 

I kiedy patrzę na te całe moje planowanie, które ratuje mi tyłek za każdym razem, kiedy dzieci lub życie zaskoczą mnie czymś nowym, kiedy patrzę w moje świeżo wypełnione karty miesięczne, w którym zaplanowałam sobie styczeń, luty, wstępnie marzec widzę... widzę tę obórkę. Widzę ten czarny ganek oblany niebieską lobelią. Widzę białe ściany i winorośl na dachu. Widzę siebie, jak witam gości i sprzątam im pokoje [dzięki mamo, że wiem, jakie to ciężkie i się nie boję ; )]. Widzę nie zapełniony po brzegi kalendarz, ale kolejny krok, kolejne zbliżenie się do celu. Kolejne ruszenie do realizacji pomysłu, który siedem lat temu zasiał się w głowie i zakiełkował podlany słowami Oli Budzyńskiej na którymś z webinarów.

 

Choć w planach tego jeszcze nie widać. Ot - uprzątnięcie poddasza, spotkanie z architektem na wstępną wycenę. Domowe sprawy i wizyty, których nie można odłożyć, a które zabierają pół dnia z dojazdem i ogarnięciem dzieci, ale jak się je odhaczy, jak się przez to przejdzie, będzie lepiej i prościej za jakiś czas. W lutym wysłanie tekstu książki do redakcji i korekty oraz przygotowanie złożenie ebooka. Po kolei. Po trochu. Nie śpiesząc się, mierząc siły na zamiary. Drobnymi kroczkami. Ale konsekwentnie.

 

 

Zwrócę tylko twoją uwagę na długopisy na zdjęciu, bo każdy, kto je widzi, to pyta. To specjalne wymazywalne długopisy [znajdziesz je tutaj], którymi najlepiej się planuje, jeśli nie jesteś pewna, czy coś się nie zmieni. Ja nie jestem pewna wszystkiego, na przykład tego serduszka w 17 stycznia, więc zobacz, co z nim zrobiłam:

 

 

Wymazałam : )

 

Ale wracając do tematu - nie planowałam bloga, nie planowałam, że ktoś będzie go czytał, nie planowałam na nim zarabiać. On powstał, bo miałam taki kaprys i potrzebę. A w trakcie jego pisania pojawiła się obórka i wizja domku, do którego będą przyjeżdżać ludzie, karmić króliki i słuchać o ich hodowli, zbierać jajka od kur na jajecznicę, uczyć się permakultury  i gotować botwinkę ze świeżo zebranych warzyw. Pojawił się domek, w którym będę prowadzić warsztaty z pisania, a moje dzieci będą pokazywać na żywo, jak źle i bez sensu je wychowałam.

 

Mam ten obraz w głowie i każdego dnia robię coś, co mnie do niego zbliża. Chociażby karmiąc króliki i obserwując je na wolnym wybiegu, czy dowiadując się, że ostatni status na fejsie to był kompletny strzał w kolano i nikogo nie obszedł. Lub zarabiając, chociażby tym wpisem i odkładając sumę na to, żeby w końcu kiedyś zebrać całość i zwołać ekipę remontową. To się nie spełni w tym roku, za rok, za pięć lat nawet. Bo ten domek nie jest czymś, co musi się teraz pojawić. Ja do niego dążę powoli. Ale droga do niego jest długa i poprzetykana małymi celami, które jestem w stanie zrobić teraz i jestem w stanie zrealizować je w dość prosty sposób. Bo mimo wszystko nie lubię się przemęczać. I nie przeskoczę rzeki z jedną nogą.

 

Nic na wariata. Jak pisze Ola w nowej #kursoksiążce [tutaj], którą miałam przyjemność przerobić w moje wolne dni, nie zamierzam się irytować na czynności, które nie są zależne ode mnie oraz godzę z tym, że o ile na efekt wpływu mogę nie mieć żadnego, tak na proces, który do efektu prowadzi, wpływ mam ogromny. I ten proces trwa. Z każdym wpisem. Z każdym dodanym dialogiem, z każdą nową rzeczą w sklepie, z każdym wpisem, któremu patronuje partner. Taki jak Pani Swojego Czasu.

 

Kursoksiążkę polecam przede wszystkim tym, którzy maja problem z określeniem swojego celu/marzenia i borykają się z tym, jak do tego dążyć i jakie decyzje podejmować, na czym się skupiać, żeby iść prostą, jasną drogą, a nie błądzić po bocznych ścieżkach, marnując energię.

 

Obórka stoi. I czeka. Doczeka się.

 

Wpis powstał w ramach współpracy z Panią Swojego Czasu 

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
Jestem Asia.
Piszę o tym, jak uciec z miasta i wychowywać dzieci na wsi, z dala od sklepów, ale bliżej siebie.

Naszą historię znajdziesz Tutaj

Ale ona wciąż się pisze, więc zostań ze mną w kontakcie:


    Subscribe
    Powiadom o
    guest
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    View all comments
    14 listopada 2022
    O chłopcu, który przestał biegać

      Biegł przez las na bosaka. Nie widział swoich stóp uderzających miarowo o ziemię, nie czuł muskających jego skórę traw, których dywan rozdzielał dwa pasma rozjeżdżonej leśnej drogi. Było ciepło, to w końcu początek wakacji. Był w spodenkach i koszulce, przygotowany na wyjście nad rzekę, ale nie zdążył nad tę rzekę iść. Teraz musiał zdążyć, […]

    3 listopada 2022
    Jak fajnie ubrać siebie i dzieci, nie wydając na to majątku?

    Kiedy to piszę, mam do spakowania dwie paczki ciuchów, które jeszcze dziś pójdą w świat. Planuję kupić sobie i chłopcom nowe kurtki zimowe i nie chcę wydać na nie grosza z pieniędzy odłożonych na życie. Jak to zrobię? Wykorzystując idealnie to, co mam.  Od lat udaje mi się fajnie ubrać siebie i dzieci, nie wydając […]

    31 października 2022
    Chcesz mieć kury? Ja chciałam i mam [krótki poradnik, jak założyć kurnik]

    Jednym z największych pragnień albo przynajmniej pomysłów do rozważenia każdego mieszczucha przeprowadzającego się na wieś jest to, żeby mieć kury. Ja co prawda ze wsi wyszłam do miasta, a potem wróciłam, ale moja wieś to było turystyczne zagłębie, które krowę widziało w moim wczesnym dzieciństwie. Potem już tylko kajaki i pokoje do wynajęcia. Zaczynałam od […]

    13 października 2022
    Czy warto było zakupić pralko-suszarkę HAIER - fakty i mity po pół roku używania

    W wakacje często rozwieszałam ubrania na dworze. Kiedy tylko widzieliście je w tle, wysyłaliście mi masę dobrych rad, by zainwestować w suszarkę bębnową. Czytając je, uśmiechałam się pod nosem, bo ja przecież już mam pralko-suszarkę, z której jestem szalenie zadowolona! Na dworze po prostu dosuszam rzeczy znad jeziora lub te, które nie zmieściły się w […]

    4 października 2022
    Meltdown, shutdown, ASD i inne dziwne słowa w spektrum autyzmu [część 1]

    Kiedy opowiadam o byciu w spektrum na moich relacjach facebookowych i instagramowych, często używam określeń, które dla mnie są już od lat oczywiste, ale dla moich odbiorców są całkowitą zagadką. Postanowiłam więc troszeczkę rozjaśnić chociażby część określeń, takich jak meltdown, shoutdown czy inne. Znasz już te określenia?     Postanowiłam zrobić mały cykl o spektrum, […]

    5 sierpnia 2022
    Łódź i Druskienniki - nasze budżetowe wakacje i wspaniała lekcja oszczędzania dla dzieci.

      Kiedy kończył się rok szkolny, ostatnią rzeczą, jaką chciałam, to gdziekolwiek z dziećmi wyjeżdżać. Czułam, że nie podołam ani finansowo, ani psychicznie. Jednak przyjazd mojej koleżanki z Norwegii i jej energia do działania sprawiły, że usiadłam i zaczęłam liczyć. Nasze  budżetowe wyjazdy zaplanowałyśmy w ciągu dwóch dni.  

    Obserwuj nas na Instagramie

    instagramfacebook-official