Poród w Puszczy Piskiej

Total
208
Shares

 

 

Skurcze obudziły mnie o piątej rano. Nic dziwnego, budziły mnie tak od jakichś dwóch tygodni. Dzień w dzień zwlekałam się z łóżka z myślą, czy może to właśnie dziś wszystko się rozwinie, ale ból przechodził złośliwie przed południem – akurat tak, żebym wyszła na spacer z Kosmykiem. Tego dnia na szczęście nie przeszło przed południem, ale ja, zamiast do szpitala, spokojnie chodziłam po obrzeżach Puszczy Piskiej.

 

 

Godzina 8.00. Skurcze co 30 – 40 minut

 

 

 

Nie są silne, ale regularne. Delikatny ból krzyża i górnej części ud. Przez te kilkanaście sekund zamieram w bezruchu, ale gdy skurcz mija, robię dalej to, co zaczęłam przed nim. Wstawiam pranie [nie wiem, czy Chłop w stresie zauważy, że Kosmykowi kończą się czyste ciuchy], wstawiam zmywarkę, zmywam garnki, zmieniam pościel i ścielę łóżko, dopakowuję ostatnio rozpakowaną torbę, podlewam kwiaty i pomidory.  Wychodzę na dwór i nasłuchuję ptaków. Dziś są wyjątkowo wrzaskliwe, ale spoko, może też czekają na poród, wybaczę im.

 

 

 

Godzina 10.30. Skurcze co 20 minut

 

 

 

Chłop musi na chwilę wyjechać, więc błagam siostrę, żeby przyjechała go zastąpić. Skurcze są regularne, dość bolesne, ale w przerwach czuję się dobrze, spaceruję po podwórku, rozwieszam pranie, zaglądam do ostatnio narodzonych królików. Króliczyca spokojnie wcina trawę. Tydzień wcześniej równie spokojnie urodziła. Podobno króliki nie są najmądrzejsze, to ja też nie będę gorsza, nie będę panikować. Na skurczu wciągam głęboko powietrze i patrzę się w niebo na szybującego orlika.

 

 

 

Godzina 12.00. Skurcze co 15 minut

 

 

 

Chłopa coś zatrzymało, a siostra się denerwuje:

 

– Błagam, nie idź do łazienki! Co ja zrobię, jak urodzisz do ubikacji? Nie dam sobie rady! Chodź, zawiozę cię już do szpitala!

 

Tłumaczę, że od tych coraz boleśniejszych i regularnych skurczy do porodu jeszcze długa droga i wolę do ostatniej chwili spacerować w komfortowych warunkach lasu niż denerwować się w szpitalu, ale w jej oczach ciągle widzę strach i niedowierzanie. Na szczęście wraca Chłop.

 

 

 

Godzina 13. Skurcze co 10 minut

 

 

 

Są coraz silniejsze i trwają coraz dłużej. Na każdym z nich staję jak zamurowana i głęboko oddycham, aż przejdą. Dobrze, że jestem w domu. Las szumi, ptaki śpiewają. Kot leniwie rozkłada się na kamieniach. Robimy sobie z Chłopem kawę i siadamy przed domem. Kosmyk buja się na huśtawce i jest wyjątkowo cichy i posłuszny. Chyba widzi, że dzień inny niż zwykle, albo to te lody, które pożarliśmy zaraz po śniadaniu. Zaczynam zapisywać dokładny czas skurczów. Na wszelki wypadek, żebym mogła to ogarnąć. Są coraz częstsze.  Ale muszę się ruszać, ciężko mi leżeć  i biadolić, więc na szybko dokarmiam jeszcze króliki i ostatni raz podlewam truskawki. Przekazuję Chłopu instrukcje. Jest zaskoczony, że nie mamy tylko dwóch doniczek pomidorów, ale 7. Dziw, że podczas mojej ostatniej wizyty w szpitalu te pomidory przeżyły. Po drzewie hasa wiewiórka. Dawno jej nie było. Macham jej ręką na pożegnanie. Zobaczymy się niedługo – mówię.

 

 

 

Godzina 14. Skurcze co 6-8 minut

 

 

 

Wśród wrzasku żurawi [dziwne, że krzyczą o tej porze] wsiadamy do samochodu i odwozimy Kosmyka do dziadków. Sami zmierzamy w stronę szpitala. Po drodze zahaczamy o punkt wyborczy, a potem zajeżdżamy do sklepu, bo zapomniałam zapakować sobie butelki wody no i dopadł mnie delikatny głód. W drodze do szpitala pożeram całą paczkę herbatników i zastanawiam się, czy nie dokupić sobie hot doga.

 

 

 

Godzina 15. Skurcze co 4-5 minut

 

 

 

Meldujemy się w szpitalu. Na izbie przyjęć pielęgniarka przeprowadza dokładny wywiad, a kiedy już myślę, że skończyła, to okazuje się, że niechcący dane się nie zapisały i musi wpisywać od nowa. Skurcze przychodzą coraz częściej, ale przyjmuję ten ból z jakimś dziwnym spokojem – wiem, że musi boleć, jestem na ten ból przygotowana, wcale mu się nie dziwię i spokojnie zapisuję kolejną godzinę z minutami.

 

15.21

 

15.26

 

15.30

 

15.34

 

 

 

Godzina 16. Skurcze co 3 minuty

 

 

Na pełnym rozwarciu wjeżdżam na salę porodową. Pierwsze, o co pytam położnej, to czy będę musiała przeć, bo to był koszmar mojego pierwszego porodu. Na szczęście uspokaja mnie, że natura sobie poradzi, skurcze parte przyjdą niedługo i pomogą wypchnąć dziecko. Z taką informacją mogę na ktg leżeć następne pół godziny. Chłop stoi przy łóżku i z przerażeniem obserwuje, jak wyginam się w skurczu. Denerwuje mnie to jego spojrzenie, bo wcale nie jest tak źle, jak wygląda. Każę mu iść przestawić samochód. Wraca zbyt szybko.

 

– Pani w ogóle nie krzyczy – dziwi się pielęgniarka – inne to by się już od kilku godzin wydzierały.

 

Ból skurczowy jest już bardzo silny, aż mnie wygina i zaczynam odczuwać lekki strach. Przez kilka chwil panicznie boję się skurczów partych i tego, co mnie za chwilę czeka. Przerażona, próbuję złączyć nogi i w sumie to najchętniej zabrałabym manatki i wróciła do domu. Krzyczeć nie mam potrzeby, ale serce kołacze mi jak u przerażonego zająca. Położna radzi, żebym na każdym skurczu oddychała tak, jakbym chciała zgasić świeczkę. Przynosi ulgę. Samo skupienie się na gaszeniu wymyślonej świeczki to już pomoc w niezwracaniu uwagi na ból. Przerażony wzrok Chłopa mnie denerwuje i coraz bardziej stresuje. Spodziewał jakiejś histerii, a ja spokojnie leżę, oddycham i widzę, że on nie wie, jak ma na to spokojne leżenie zareagować. Zamiast na sobie, zaczynam skupiać się na nim, więc proszę, żeby wyszedł z sali. Mówię, żeby chwilę ochłonął na korytarzu, zaraz go zawołam.

 

 

Godzina 16.55

 

 

Wypycham z siebie worek z wodami. Fajnie, że  leżę na łóżku, bo z Kosmykiem zalałam całą salę porodową. Przypominają mi się słowa mojej babci, która z całą właściwą jej pewnością opowiadała mi, że jak odejdą wody płodowe, to będzie zły poród. Babcine przesądy są fajne, bo zaczynam czuć rozbawienie na myśl o tym, jak “zachowuję” w sobie te wody, żeby poród poszedł dobrze. Pierwszy skurcz party przechodzę bez szwanku. Czuję się niemalże zatkana. Wcale nie muszę specjalnie przeć, jak to zwykle rozkazują na filmach i jak kazali mi na Madalińskiego w Warszawie. W ogóle nie prę. Siła skurczu jest tak silna, że  już na drugim czuję wyraźnie, jak parcie przesuwa dziecko na zewnątrz. Orientuję się, że powinnam zawołać Chłopa, ale zaraz przychodzi trzeci, proszę położną, żeby wyciągała dzieciaka za uszy, bo w sumie to trochę boli, ale niemalże natychmiast przychodzi czwarty skurcz i już czuję to niesamowite uczucie ulgi, gdy wszystko się odtyka i czuję, jak dziecko wypada ze mnie wprost w ręce położnej. Godzina 17.02. Dwie godziny od zameldowania się na Izbie Przyjęć.  Chłop przyszedł, jak już było po wszystkim.

 

 

Godzina 17.02

 

 

Nie mogę uwierzyć, że można trzymać na rękach coś tak małego. Chłop się śmieje:

 

– To dziecko też będzie ojcu uciekać. Wcześnie zaczyna.

 

 

 

 

Godzina 19. Żadnych skurczy, dziecko na rękach 

 

 

To naprawdę niesamowite uczucie – moment, gdy dziecko wychodzi z ciebie na świat. Wcześniej porównywałam to je do uczucia ulgi po bardzo długo wysiedzianej kupie, dziś skłonna jestem nadać temu momentowi bardziej metafizyczny charakter. Podobno, żeby rozstać się z dzieckiem, trzeba odciąć symboliczną pępowinę. Nieprawda. Poród jest właśnie pierwszym rozstaniem. Od dziś każdego dnia będziemy się trochę ze sobą rozłączać. Aż wreszcie zobaczę, że jest całkiem samodzielne i w sumie to mnie wcale nie potrzebuje. Poczułam to wyraźnie, tak bardzo, że chciało mi się płakać, bo oto po 9 miesiącach totalnej ode mnie zależności, mam na rękach człowieka, całkowicie ode mnie odrębnego człowieka, któremu mogę dać jedynie drogowskazy na podróż i trochę jedzenia do plecaka.

 

 

Drugi poród to też kolejne rozstanie z pierwszym dzieckiem. Może nie drastyczne, ale na pewno wyraźne. W nocy po porodzie, karmiąc Drugie, myślałam o Kosmyku. Już nie jest tak mały i bezbronny, jak to, które mam na rękach. Już nie pamiętam tego uczucia, które czułam, gdy trzy lata temu trzymałam tak w nocy jego i patrzyłam na małe zaciśnięte kosmykowe oczka. Kosma, mimo że wciąż mnie potrzebuje, wydaje się teraz tak ogromny, taki dorosły, taki już coraz bardziej nie mój, ale właśnie totalnie swój, niezależny. Ściskam Drugie i zaczynam płakać, bo wiem, że za trzy lata i to uczucie pójdzie w zapomnienie. Choćbym nie wiem, jak się starała je zatrzymać. Dziecka nie da się zatrzymać. Z dzieckiem każdego dnia musimy się trochę rozstawać. Przyjmuję to. Odkładam Drugie i wreszcie zasypiam.

 

 

***

 

 

Nie krzyczałam podczas porodu. Może powinnam. Może powinnam skowytać, bo oto przecież nastał ten dramatyczny moment oderwania się dziecka od matki. Patrzę się w te małe, zasklepione jeszcze czymś tam oczka i mówię:

 

– No siema. Długa droga nas czeka, ale nie martw się, będę tuż obok.

 

 

 

 

Serdecznie dziękuję wszystkim lekarzom, położnym i pielęgniarkom ze Szpitala Powiatowego w Piszu za tygodniową opiekę nade mną i dzieckiem, pomoc w karmieniu piersią i troskę, czy wszystko z nami w porządku i czy na pewno niczego nam nie brakuje. Mimo że wciąż biadoliłam, że koniecznie i jak najszybciej chcę od was uciec, wiedziałam, że u was i ja, i dziecko będziemy bezpieczni i odpowiednio się nami zajmiecie.  Dziękuję i niezmiennie polecam. Tym bardziej, że właśnie u was 29 lat temu urodziłam się… ja 🙂

 

 

 

 

You May Also Like