O porodzie pisałam raz i tylko raz. Zdecydowałam się na to z jednego ważnego powodu – w czasie ciąży otaczały mnie tak liczne relacje straszące, że sikałam w majty na samą myśl tego, co będzie. A dziś dostałam wiadomość od Ani, która jest w 25 tygodniu ciąży i trafiła na mojego bloga z tekstu o porodzie w Puszczy Piskiej. Ciężko się z nią nie zgodzić – zobaczcie:

 

 

„Przeczytałam twój tekst o pięknym porodzie i chciałabym ci bardzo za niego podziękować. Wiesz, od kiedy jestem w ciąży, a to już 25 tydzień, nie usłyszałam żadnej historii porodowej, która by mnie nie przerażała. Nie wiem, z czego to wynika – czy z faktycznie kiepskich standardów porodowych? Chociaż wydaje mi się, że wszystkie położne, które mnie prowadzą, są doskonale przygotowane… A może z takiej naszej dziwnej chęci podkreślenia, jak nam to źle i niedobrze i jakie to my jesteśmy doświadczone, ile przeszłyśmy, jakie jesteśmy mądre, wiesz, trzeba nad kimś górować wiedzą, prawda? Bo przecież w to, że ktoś specjalnie chce mnie nastraszyć nie wierzę. Nie chcę nawet myśleć, że mam tak wrednych znajomych.

 

 

Koleżanka powiedziała mi, że to dla mojego dobra. Żebym się przygotowała… Ale wcale mi nie pomogła, ja się bałam jeszcze bardziej. Dopiero jak zaczęłam szukać, to trafiłam na twój tekst i dziękuję ci bardzo za niego, bo widzę, po twojej historii i historii dziewczyn, że to, co mnie czeka, wcale nie jest takie straszne. Że wszystko będzie dobrze. Z coraz większą radością czekam na pojawienie się na świecie Oli i czuję w sobie siłę, która mi pomoże na porodówce. Dziękuję ci pięknie za to, że nie straszysz!”

 

 

Czytając ten tekst, upewniałam się tylko w swoich spostrzeżeniach. Okres ciąży i straszenia wokół. Potem reakcje, kiedy przypomniałam tekst o porodzie na FB. Te wypowiedzi dziewczyn, morusających się w strasznie przeżytych chwilach, ubabranych w nich, opowiadających na lewo i prawo, jak było strasznie, jakie to okropne przeżycie, jak traumatyczne… Podkreślających swoje cierpienie po to, by wydać dziecko na świat.

 

Po co? W jakim celu? Żeby przygotować? Tak ja pisze Ania – to nie pomaga. Jeszcze się bardziej stresuje, jeszcze trudniej się przez to przechodzi. Ja w drugiej ciąży ze stresu wylądowałam w szpitalu i urodziłam dwa tygodnie przed terminem. Pięknie było, ale jednak trochę ten poród był przyspieszony tym, że byłam sama ze starszym dzieckiem, tym, że byłam wręcz maltretowana prośbami o pomoc dla chorych dzieci i nie mogłam przestać o nich myśleć [na fp matki dostawałam ich w ostatnim miesiącu ciąży od 20 do 30 dziennie!]. Tym, że wciąż i wciąż ktoś się mnie pytał, czy się nie boję, bo u znajomej to… I wiesz co? Kij z twoją historią o znajomej. Bardzo jej współczuję, ale to, że jej się przytrafiło coś złego, nie znaczy, że trafi się to samo mi. Powiedz wprost, że masz ochotę mnie przestraszyć,  żeby się samej poczuć lepiej, będę miała powód, żeby się więcej do ciebie nie odzywać. Bo chcę urodzić zdrowe dziecko i nerwy są ostatnią rzeczą,której potrzebuję.

 

Ja się pewnie znowu komuś narażę, ale szczerze uważam, że jeśli spotkała nas w życiu jakaś trauma – wypadek samochodowy na przykład – nie przestrzegamy ludzi przed wsiadaniem do auta, nie straszymy, że przejażdżka do sklepu może spowodować śmierć na miejscu. Jeśli ktoś z naszej rodziny złamał nogę podczas chodzenia, to nie ostrzegamy przed chodzeniem, nie okopujemy się w domu i nie zerkamy z przerażeniem za okno.

 

Nie rozumiem, totalnie nie rozumiem trendu wyolbrzymiania porodowych cierpień. Pękających półdupków, rozerwanych pochew, przerażającej krwi, omdleń, wrzasku i straszenia tym wszystkim kobiet, które dopiero co spodziewają się dziecka. To im wcale nie pomaga, naprawdę. To ich do niczego nie przygotowuje. Wyłącznie jeszcze bardziej je przeraża i nakręca, przez co pierwsze skurcze doprowadzają je do paniki i naprawdę robi się z tego porodowa jatka. Taka samonakręcająca się spirala strachu. Po co, do cholery, po co my to sobie robimy kobiety?

 

Tylko my rodzimy dzieci, tylko my jesteśmy w stanie wypchać je na świat. Jeśli straszenie nie pomogło tobie, czemuż robisz to samo koleżance, siostrze, córce? Wiesz… mój pierwszy poród nie był marzeniem. Był antymarzeniem, koszmarem wręcz z krzyczącą na mnie położną, żebym nie robiła z siebie ofiary i parła zamiast stękać. Ale w dużej mierze sama jestem sobie winna – bo nie zrobiłam dobrego rozeznania, bo nie przygotowałam się odpowiednio, bo przez dziewięć miesięcy zapoznałam się tylko z kilkoma standardami opieki okołoporodowej, bo nie byłam zainteresowana tym wszystkim i poszłam na żywioł. Tak, to była częściowo moja wina. Nie umiałam zaprotestować, nie umiałam bronić swoich praw, nie potrafiłam jasno i prosto powiedzieć, jak chcę, żeby mój poród się odbywał i czego nie toleruję. I mogłabym opowiadać o wszystkich moich traumach, mogłam się w tym babrać i straszyć inne kobiety… ale po co? Co by mi to dało, skoro to mój problem, moje przeżycia i najlepiej bym zrobiła, gdybym sobie z tym jakoś poradziła. Sama lub we wsparciu psychologa?

 

Poradziłam sobie. Było, minęło. Nie muszę rozpamiętywać tamtych chwil i z premedytacją udostępniłam i promowałam tekst „Poród w Puszczy Piskiej„, bo… daje nadzieję.

 

Nadzieję, że będzie dobrze, nadzieję, że nie wszystkie szpitale są złe, nadzieję, że jeśli tylko zachowasz spokój, zapoznasz się z tematem, określisz swoje oczekiwania i o nich uprzedzisz [również męża, żeby pomógł ci walczyć o swoje prawa], dzień porodu nie będzie taki straszny.

 

I tak jak rozumiem, że nie każdy poród jest ideałem, i nie każdy poród odbywa się z zgodnie z tym, co sobie wymarzyłyśmy, bo… zdarza się. No zdarza się, kurde, że następują komplikacje. Przykro mi, jeśli ciebie spotkały, ale tak bywa! Tak nie rozumiem rozpamiętywania tego i szerzenia przerażających historii wśród koleżanek. Wiesz… jeśli ktoś nie potrafi się pogodzić z jakimś zdarzeniem z przeszłości, idzie z tym do odpowiedniego lekarza. To nie wstyd. To norma, pozwalająca zachować zdrowy rozsądek.

 

Straszenie swoimi okropnymi przejściami nie pomoże ci pogodzić się z tym, co cię spotkało. Ja wiem, że ty w taki sposób radzisz sobie z przeżyciami, ale straszenie innych nie uleczy twojej duszy. Nie pomoże ani tobie, ani tej dziewczynie, która i tak jest dostatecznie skołowana tym, co się dzieje z jej ciałem. Więc jeśli musisz koniecznie straszyć kogoś swoim okropnym porodem, zastanów się czy nie warto postraszyć nim profesjonalistę. Bo przyszła mama jest ostatnią osobą, która powinna tego wysłuchać przed rozwiązaniem.