Cyc albo nic

Joanna Jaskółka
6 maja 2015

Udostępnij wpis

Nie czytaj tego tekstu, jeśli jesteś wojującą laktatorką. Nie czytaj tego tekstu, jeśli karmienie piersią jest dla ciebie obrzydliwe. Nie zamierzam usprawiedliwiać ani jednej, ani drugiej strony. Nie stoję po żadnej stronie. Jestem po prostu matką, która odstawiła swoje dziecko od piersi, kiedy miało trzy tygodnie. W momencie, gdy zaciskające się palce zostawiły na skórze noworodka ślad. Jednego się dowiedziałam, czytając wywody piewców lub przeciwników karmienia - na świecie jest za dużo idiotów.

 

 

Nie poruszałam nigdy tego tematu, bo w sumie przez długi czas byłam wściekła na wszystkie namawiające mnie do karmienia i piętnujące moje rzekome lenistwo i brak zaparcia laktatorki. Kilka razy podchodziłam do tematu, ale go zostawiałam w odmętach, bo przecież "nie wypada".

 

 

Nigdy o tym nie pisałam. Omijałam ten temat, nie odpowiadałam na pytania. Coś tam kiedyś skrobnęłam, że nie lubiłam, ale "nie lubiłam" to mało powiedziane. Za każdym razem, kiedy przystawiałam synka do piersi, mój świat się walił. Jedyne, co czułam. to przeraźliwa niechęć do dziecka, siebie, wreszcie przerażenie, że zamiast być zła na swoje uczucia, zaczynam być zła na to trzytygodniowe maleństwo. Kochałam je tylko wtedy, kiedy nie ssał. Kiedy ssał, miałam ochotę rzucić nim o ścianę. W efekcie karmiłam i wymiotowałam w ukryciu pod nogi. Z żalu. Z niemocy. Z niechęci do siebie. Gdy to się kończyło, a on zasypiał, siedziałam z nim bezsenna, czekając na kolejną pobudkę i płacząc nad nim, że czuję, co czuję, dając mu to, co najlepsze.

 

 

No nie wypada. W Polsce nie wypada rozmawiać o karmieniu inaczej niż w peanach nad piersiami mlekiem płynącymi albo głębokim oburzeniu, że ktoś ośmiela się ich używać do czego innego niż seks, a jak jeszcze do tego publicznie, to już masakra, pożoga. Nie można być pomiędzy, bo i tak wsadzą cię i dosadnie poinformują za kim stoisz.

 

 

Przeczytałam wywiad z Hafiją i niestety przeczytałam komentarze. Potem natknęłam się na kilka żywych dyskusji w necie. Jeszcze rok temu zapewne przyłączyłabym się do wyrażonego przez wielu zniesmaczenia, ale teraz, kiedy coraz bardziej zbliża się ten moment, gdy będę musiała nakarmić piersią drugie dziecko, zwyczajnie jestem wściekła. Wściekła na siebie, bo już wiem, z czym wiązała się moja niechęć do karmienia. Wściekła na idiotów, co wrzucają Agatę do worka "laktacyjna terrorystka" i "wariatka". A to właśnie ona potwierdziła mi, że to, co czułam, wcale nie tkwi w mojej głowie, jak starały się mi się udowodnić laktacyjne pseudo znawczynie. To D-MER. Fizjologiczna przypadłość, która związana jest z gwałtownym spadkiem dopaminy w trakcie wypływu mleka. To nie moja głowa, to nie moja psychika. To czysta fizjologiczna rzecz, która mnie dopadła i na którą, wbrew obiegowym opiniom, nie miałam zupełnie wpływu. Szerzej pisze o tym Mataja:

 

 

 

Podłoża D-MER upatruje się w gwałtownym spadku poziomu dopaminy w momencie wypływu mleka. Dopamina to taki neuroprzekaźnik (przenosi sygnały pomiędzy komórkami nerwowymi), który przyczynia się m.in. do odczuwania przyjemności. Cała reszta to już chemia karmienia – dopamina działa hamująco wobec prolaktyny (hormonu odpowiedzialnego za produkcję mleka), w związku z tym aby mleko mogło się produkować poziom dopaminy musi na chwilę spaść. Znakomita większość karmiących tego spadku nie zauważy, niemniej u kobiet z D-MER jest on na tyle silny i gwałtowny, że kobieta odczuwa go jako nagłe uderzenie fali negatywnych emocji.

 

Innymi słowy D-MER ma podłoże hormonalne, fizjologiczne, a nie jak sądzi większość kobiet – psychiczne. Zresztą w nomenklaturze angielskiej określa go słowo reflex, czyli odruch. I tak samo jak nie możemy nic poradzić na odruch źreniczny (zwężanie pod wpływem światła) czy kolanowy (wymach nogą po tym uderzeniu młoteczkiem w kolano), tak samo karmiąca z D-MER nie może nic poradzić na pojawianie się dysforii. Ta świadomość istotnie poprawia komfort życia (i karmienia) wielu kobiet, bowiem zwykle przed diagnozą upatrują one źródła swoich problemów w psychice (obawiają się depresji lub zaburzeń psychicznych, obwiniają się o to, że nie kochają swego dziecka i że są dziwne bo przecież mówi się tylko o tym jak cudownie jest karmić) i przeszłości (traumatyczne doświadczenia).

 

 

 

Dopadł mnie D-MER. I to dość silny, bo autoagresja zaczęła się przerzucać na dziecko. Internet i doradczynie laktacyjne sugerowały albo zaciśnięcie zębów i podstawienie sobie miski na wymioty, albo przejście na butelkę. Nic pomiędzy, bo to wyłącznie wina mojego mózgu. Wiedza o D-MERZE w Polsce jest zerowa. Nic dziwnego, biologia to trudna sprawa. Trzeba znać tyle rzeczy, a samo napisanie słowa "dopamina" nastręcza już wielu trudności. Wybrałam to, co najlepsze w tamtym momecie. Butelkę. Butelkę, z którą wreszcie mogłam normalnie przytulić moje dziecko podczas karmienia, patrzeć mu w oczy bez złości, cieszyć się tym, że je i rośnie.

 

 

Rozmowę o karmieniu piersią w naszym kraju zawładnęły dwie frakcje. Anty i Za. Przedstawiciele obu są w dużej mierze idiotami, bo w sumie albo cyc, albo nic. Do tego się cała dyskusja sprowadza. Albo jesteś za karmieniem i jesteś fajny dla tych, co są za karmieniem. Albo jesteś przeciwko i jesteś fajny dla tych, co są przeciwko. Żadnych pomiędzy, żadnego półśrodka. Nie ma półśrodków, gdy chodzi o dziecko. I ostatecznie sprowadza się do tego, że każda ze stron walczy trzema argumentami:

 

 

Laktatorki operują standardem:

 

 

- nie karmi, bo nie wie, że mleko matki jest najlepsze, więc jej to napiszę, jak tysiąc osób przede mną

- nie karmi, bo nie dostała odpowiedniej pomocy, więc zamiast jej pomóc, po prostu to napiszę, że potrzebowała pomocy

- nie karmi, bo pewnie myśli, że butelką prościej, więc jej napiszę, jak to przyjemnie nie wstawać tylko w półśnie "wyciągnąć mleczarnię"

 

 

Ci, co są przeciw, zazwyczaj się brzydzą:

 

 

- ona nie ma prawa przyznać się, że karmi piersią, bo to obrzydliwe, ale ja mam prawo jej to napisać

- jeśli karmi i pisze, że to lubi, pewnie jest odmóżdżoną idiotką, bo przecież nikt normalny nie lubi, kiedy ktoś inny je

- patologia, bo ja tego nie robiłam, a mieszkam na Żoliborzu

 

Ostatecznie, każda rozmowa o karmieniu piersią może mieć tylko trzy scenariusze: 

 

 

- Będziesz karmić piersią? To dobrze, bo to najlepsze dla dziecka.

- Nie będziesz karmić piersią? To źle, bo to najlepsze dla dziecka.

- Nie będziesz karmić piersią? To dobrze, bo to obrzydliwe.

 

 

Albo cyc, albo nic.

 

 

Zastanawiam się, co mogłam zrobić, żeby pokonać swoją fizjologię, żeby zwalczyć to paskudne uczucie, którego nienawidziłam. Mataja pisze "myśl jak Harry Potter podczas ataku dementora o najszczęśliwszych chwilach życia". Myślę już teraz, bo przygotowując się do porodu, na samo przypomnienie tego uczucia przeraźliwej mlecznej zapaści oblewam się potem, a ręce zaczynają drżeć. Z czego to wynika? A z tego, że dopadły mnie laktacyjne stereotypy "wina głowy" i "nie starałaś się" oraz nie laktacyjne standardy "daj butlę, dla świętego spokoju". I wkurza mnie to, że w kwestii karmienia trzeba być koniecznie za, a nawet przeciw. Hejtować albo sikać ze szczęścia. Brakuje mi zwyczajnej, prostej zasady "żyj i daj żyć innym". Mimo mojej przypadłości, nie przeszkadza mi matka karmiąca przy mnie piersią, nie czuję obrzydzenia na widok wszystkich laktacyjnych akcesoriów, nie przeszkadzają mi "cyce na ulice", wiem, że z dzieckiem i tak dość trudno wyrwać się z domu [o rany, wiem to lepiej, niż wy wszyscy, mieszkając w środku lasu], czemu jeszcze to komplikować obawą, żeby nikt nie zobaczył moich piersi? Czyim problemem jest karmiąca piersią kobieta w miejscu publicznym? Kobiety? Czy tego faceta, co nie potrafi odwrócić wzroku, tylko się bezczelnie na nią gapi? Nie wiem, jak wy, ale jeśli ja widzę coś, co mi nie pasuje, zwyczajnie staram się na to nie patrzeć - polecam wszystkim, życie staje się łatwiejsze.

 

Przejmujemy się wyborami innych ludzi* niemalże jakby to właśnie przez te wybory szef nie wypłacił nam pensji o czasie, wszechświat się zatrzymał, włosy na nogach zaczęły bardziej rosnąć, a dziecko zbiło talerz z najnowszej zastawy. Jednocześnie utrzymujemy uparcie, że cudze wybory nic nas nie obchodzą, jesteśmy tolerancyjni i akceptujący! A potem spędzamy godziny produkując elaboraty i udowadniając, że mimo że nic nas to nie obchodzi, to i tak wybrałaś źle, bo inaczej niż ja. Głupia pipo.

 

I chociaż wiem, że z drugim dzieckiem spróbuję jeszcze raz i powalczę, tak przeraża mnie myśl, że będę to robić w kraju, w którym dziewczyna prowadząca specjalistycznego bloga, mająca szereg kursów, tysiąc rozmów i prawie czteroletnie doświadczenie w karmieniu jest hejtowana przez szarą masę, bo przecież lepiej wysłuchać durnowatych rad koleżanki z półrocznym stażem niż opinii doświadczonej kobiety z papierem. Z jednej strony staramy się być oświeceni, mądrzy, tolerancyjni, ale kiedy wychodzi babka, co potrafi, wie, ma doświadczenie i może pomóc tysiącom kobiet z laktacyjnymi chęciami i kłopotami, jednocześnie nie wciskając na siłę swojej ideologii, mamy z tym problem, bo jak to można mówić tak otwarcie o jedzeniu, nie zmuszać batem, tylko celebrować macierzyństwo, opowiadać  o swoich poglądach na rodzicielstwo. Tylko my mamy poglądy. Nikt inny.

 

Będę walczyć sama, nie tylko z fizjologią, ale też cholerną polską mleczną schizofrenią: karm, bo to najlepsze dla dziecka, ale rób to tak, żeby nikt o tym nie wiedział, nikt się nie domyślał. W komfortowych warunkach kibla na stacji benzynowej, za śmietnikiem, pod parasolem, w bagażniku, z miską na wymiociny. Karm, ale też nie waż się wyrazić swoich wątpliwości - to niemodne, a poza tym zbanujemy każdego, kto będzie chciał ci pomóc.

 

Albo cyc, albo nic.

 

Proste.

 

Bo przecież pozwolić ludziom robić to, na co mają ochotę nie można. Na świecie jest za dużo idiotów.

 

 

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
19 maja 2019
Szymbark - wycieczka, w którą zostałam wrobiona i w którą ja nikogo nie wrobię

Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku to jedno z miejsc, które mi wpadło w oko podczas wyjazdu na Kaszuby. Wybraliśmy się tam w majowe popołudnie, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać, ale chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o Kaszubach i ich historii. Wstępnie powiem tak - wzięliśmy za mało pieniędzy.  

16 maja 2019
Po wizycie w ośrodku Zawiaty - czy ucieknę z Mazur i przeprowadzę się na Kaszuby?

Jeśli przeżyjesz wyjazd z rodziną na wakacje i nie wrócicie pokłóceni, przeżyjesz wszystko - tak mi kiedyś powiedziała znajoma. Czyli jestem już jak najbardziej zahartowana, bo pięciodniowy wyjazd majowy mam za sobą, wróciliśmy i nikt się z nikim nie pokłócił. No dobra. Nie wróciliśmy pokłóceni. ZAWIATY

7 maja 2019
Bądź z dzieckiem wtedy, gdy najbardziej cię potrzebuje, a nie tylko wtedy, kiedy jest grzeczne

Jedną  z najcięższych dla mnie rzeczy, które musiałam przepracować, było przepracowanie tego, co dzieje się ze mną, kiedy moje dziecko krzyczy. I kiedy dziś rozmawiałam ze znajomą, która ma małe dziecko, potwierdziłam kolejny raz swoje przypuszczenia. Kiedy dziecko krzyczy lub źle się zachowuje, mamy ochotę uciekać w najdalszy zakątek świata i wrócić jak się uspokoi. […]

28 kwietnia 2019
Drobna rzecz, którą zawsze robię w sklepie, a która pomaga wszystkim

Smutno mi było, kiedy dowiedziałam się, że to jest jakieś wyjątkowe. Że mało kto to robi. Smutno mi, że za każdym razem, kiedy to proponuję, spotykam się z zaskoczeniem jakby to było coś wyjątkowego i nie wiadomo jak miłego. A to przecież normalne. I logiczne. Tak myślę. A ty?  

25 kwietnia 2019
Czemu syn od trzech miesięcy regularnie podbierał nam pieniądze z portfela?

Mówi się, że dzieci są wredne, złośliwe, manipulują i robią wszystko, żeby nam uprzykrzyć życie, wymuszając, co chcą, płaczem. Tak się mówi. I za każdym razem, kiedy przyłapiemy dzieci na czymś złym, utwierdzamy się w tym przekonaniu. Ja również się utwierdziłam, kiedy przyłapałam młodszego syna na wybieraniu mi pieniędzy z portfela.  

23 kwietnia 2019
PAŁAC w Drogoszach za grubą kasę, zamek w Reszlu za grosze, zamek w Barcianach za miliony

Święta to nie jest dla nas czas siedzenia przy stole. My nie potrafimy siedzieć przy stole. To w święta odkrywaliśmy kiedyś piramidę w Rapie czy mosty w Stańczykach i to w święta oglądaliśmy najfajniejsze zakątki Mazur. A teraz odkrywamy je na nowo - z dziećmi. Taki zamek w Reszlu - starszak był w nim, kiedy […]

Obserwuj nas na Instagramie

instagramfacebook-official