Hejtujemy brzydkie słowa!

Joanna Jaskółka
4 maja 2015

Udostępnij wpis

W podstawówce miałyśmy z przyjaciółką taką zabawę w pastwienie się nad najbardziej znienawidzonymi słowami. Pamiętam, że "flamaster" i "mazak" zajmowały wtedy pierwsze miejsce na podium i nawet wymyśliłyśmy alternatywną nazwę na te przyrządy - "drajwer". Drajwer się nie przyjął, bo nikt nie wiedział, o co nam chodzi, gdy prosiłyśmy o pożyczenie mazaka czy tego, no [w dalszym ciągu mam do flamastra uraz], więc nasza inwencja została zakopana, ale ostatnio  cała podstawówkowa akcja przypomniała mi się, gdy ktoś napisał mi, żebym pogłaskała od niego [wdech, wydech]... brzusio!

 

Postanowiłam więc sporządzić małą listę najbardziej znienawidzonych przeze mnie słów i zaprosić was do podawania swoich typów. Może stworzymy jakiś plakat, na którym dumnie pokażemy, jakie słowa mogą doprowadzić do czerwoności każdego ojca i każdą matkę? Które z typowych określeń sprawiają, że mamy ciarki na plecach, a po których zaczynamy bezwiednie, acz boleśnie, kąsać? Zaczynam pierwsza! W moim przypadku pierwsze miejsce, inaczej niż dwadzieścia lat temu, zajmuje nie mazak czy flamaster, a słodka, kilkutygodniowa [a czasem jeszcze kilkumiesięczna]:

 

 

 

FASOLKA

 

 

 

Jeśli przed zajściem w ciążę byłaś całkiem zdrową, normalną kobietą, a po zobaczeniu dwóch kresek na teście nagle w twoim brzuchu zamieszkała "fasolka", znaczy, że już odeszłaś ze świata dorosłych i weszłaś w tajemny krąg opętanych "mazaczkami", "śliniaczkami", "pierdółkami", "kupkami" i "siczkami" kobiet. Istnieje szansa, że się z tego amoku uratujesz, ale jest ona taka sama, jak to, że do końca życia będziesz sugerowała znajomym i nieznajomym kobietom, że mają w brzuchu ogródek warzywny albo [chyba gorsze] pytała je, jak się ów ogródek czuje [skąd mam, do jasnej ciasnej wiedzieć, jak się czuje kijanka, plemnik, całkowicie odrębna komórka, no skąd?].

 

Podsumowując, fasolka niech wyleci w kosmos, a my po prostu bądźmy w  ciąży. Fasolki hodujmy w ogródku. I niech was ręka opatrzności broni, żeby swoją ciążę nosić w czymś takim jak:

 

 

 

 

BRZUSIO

 

 

 

Mi osobiście "brzusio" kojarzy się z brzuchem Kubusia Puchatka, który z kolei niezmiennie kojarzy mi się ze starym, spoconym pedofilem [no, sorry, nie znoszę tej bajki, jako dziecko przeżywałam żałobę, gdy leciał Kubuś zamiast Gumisiów]. Ewentualnie z brzuchem starego ochlejusa, co to klepie się po brzusiu, żeby zrobić miejsce na kolejne piwko, przed którym rytualnie beka [zresztą słownik synonimów ma podobne skojarzenia]. Dlatego też nie mogę zrozumieć, jak ktoś może tak nazywać nawet chwilowe lokum dziecka?  Ja wiem, że niektóre matki wraz zajściem w ciążę wracają do przedszkola i zaczynają wszystko zdrabniać, upieszczać, infantylizować ten cały swój stan do granic możliwości, ale na litość  - naprawdę przestałyście mieć brzuchy, a zrobiły wam się brzusia?

 

 

 

 

CYC

 

 

 

Kolejny przykład na to, że matki lubią przeginać. Jak nie brzusio, miodzio i inne fasolki, to jedziemy po bandzie z cycem [wulgarnie: kobieca pierś]. Można dać dziecku pierś [chociaż z tą piersią to też nie do końca, bo ja na przykład oprócz stanika mam piersi w zamrażarce, indycze], ale przecież można je też zwyczajnie nakarmić. I wcale nie trzeba ostentacyjnie podkreślać, czy karmisz je cycem, piersią z patelni, słoikiem [dzieci lubią szkło] czy czekoladą. Musisz nakarmić i koniec. Na razie. I błagam, nie wsadzaj dziecku do buzi czegoś takiego jak:

 

 

 

 

DYD/DID

 

 

 

Kiedy spytałam się koleżanki, czemu mówi na swoją pierś "dyd", ta odpowiedziała, że właśnie tak nazywa smoczek jej dziecko. I teoretycznie mogłabym się z tym pogodzić, gdybym nie znała dwóch dziewczyn, które dzieci nie mają, a konsekwentnie używają zamiennie słów "dyd" albo "did" na smoczek czy pierś. Więc "dyd" to przykry dowód na to, że to nie dzieci zarażają nas infantylnością, ale często my sami tę infantylność dzieciom wciskamy. I robimy im pod górę, bo zamiast uczyć je w miarę poprawnego języka polskiego i jego przecudnych możliwości, wciskamy mu w usta dziwne słowa, które on nie dość że sobie, to potem jeszcze innym musi tłumaczyć. Bez sensu.

 

Swoją drogą, mi osobiście "dyd" kojarzy się z dyndającym penisem, więc gdy ktoś mówi, że jego dziecko ssie dyda, to możecie mi współczuć obrazu, jaki tworzy się w mojej głowie 🙂

 

 

 

 

PIENIĄŻKI

 

 

 

Sprawa jak z brzusiem. Chociaż trochę szersza, bo tego słowa nie używają wyłącznie mamusie, co dają dziecku pieniążki na tacunię w kościółku, ale też całkiem dorośli, często bezdzietni. I znów wiem, że musimy pokazać nasz emocjonalny stosunek do pewnych rzeczy i zdrabniany pieniążki, jakbyśmy za rzadko z siebie robili matołków, ale jak już ktoś tak bardzo kocha monety, to niech sobie zrobi skarbiec jak wujek Kaczora Donalda albo się zbytnio słownie do pieniążków nie przywiązuje. Bo one raz są, raz ich nie ma. Nie ma co ich nadmiernym pietyzmem obdarzać. Serio.

 

 

 

 

KAWUSIA

 

 

 

Kawusia srusia. Jak wyżej. Wypijesz, wysikasz. Pogódź się z tym.

 

 

 

MAŁŻ

 

 

 

Jakiś czas temu zastanawiałam się, czy nie zacząć banować za epatowanie posiadaniem mięczaka. W ogóle nie rozumiem tego skrótu od "małżonek" i niesamowicie mnie irytuje.  W sumie to czułabym się źle, gdybym odkryła, że Chłop to nie Chłop, ani nawet nie mąż, tylko jakiś "małż". Ja wiem, że śmichy chichy, chcemy być zabawni, mamy dystans do swojego małżeństwa i w ogóle, ale odkryję przed wami tajemnicę: małże już wyszły z mody. Teraz popularne jest określenie TODW [Ten Od Dawania Wypłaty], ewentualnie TOSPŁ [Ten Od Sprzątania Pod Łóżkiem].

 

 

 

PARENTING

 

 

 

UGH. Trudna sprawa, bo słowo już tak się rozpowszechniło, że mój pierwotny sprzeciw na jego istnienie został rozłożony na łopatki. I chociaż w dalszym ciągu uważam, że ładniejsze jest słowo "rodzinny", to nie jestem Don Kichotem, żeby walczyć z ekspansją "parentingów". No niech będzie. W życiu przecież chodzi o jakiś kompromis, ważne też jest używanie niektórych słów w odpowiednim, czasem prześmiewczym kontekście [czego 80 procent z was nie zrozumie i za miesiąc wytknie mi, że napisałam w jakimś poście "brzusio" bo z całej ironii wysupłają to jedno słowo, no ale - takie życie :D], a poza tym niektóre z nich są po to, żeby je porządnie raz na jakiś czas wyśmiać 🙂

 

 

Zhejtować jest jak "parenting". To taki synonim "pastwienia", ale lepszy, bo zhejtować można zawsze, ale pastwić się można wyłącznie teraz, bo za chwilę, to co - spastwić, spastować? O, zadręczyć. Jak napiszę "zadręczyć, to nie wejdziecie, bo hejt się sprzedaje, a dręczenie to "Celebrity Splash" lecące w TV, kiedy leżę chora w łóżku, a Chłop schował gdzieś pilota. Maltretować? Dobre. Ale za długie. No niech będzie to "hejtować". Jak już pisałam, grunt, żeby się nie spinać, tylko trochę te słowa pognębić. Niech mają, dziady jedne, że irytują porządnych ludzi, prawda?

 

 

 

 

Zmaltretowałam  kilka słów, może teraz wasza kolej? Nie krępujcie się, zostanie to tylko w naszym gronie, a macie przecież jedyną szansę w życiu, żeby wyżyć się na najbardziej znienawidzonych przez was wyrażeniach 🙂 Piszcie, jakich słów nie lubicie i dajcie znać znajomym, że też się mogą wyżyć 🙂

 

 

 

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
14 marca 2019
Jestem z zadupia i na przeddupie się nie wybieram.

Wstaję i od razu robię kawę. Żeby wypić w ciszy przed dziećmi. Młodszy jeszcze się przekręca sennie na łóżku, starszy pochrapuje u siebie. Piję kawę i wyglądam przez okno, czy lis znowu dobierał się do śmieci i rozniósł je na pół podwórka. Dzisiaj nie. Dzisiaj wystraszyły go jelenie. O czym świadczy kupsko zostawione tuż przed […]

10 marca 2019
Czas raz a dobrze skończyć z laktoterroryzmem, który panuje w naszym kraju!

Nadszedł ten czas i pewnie nie jedna zdziwi się, że o tym mówię. Pierwszego syna nie udało mi się karmić piersią, ale z drugim poszło lepiej - karmiłam trzy lata ponad i niestety nie udało mi się karmić do osiemnastki, gdyż dziecko samo zakończyło tę przygodę. Ale jako matka, która była po jednej i po […]

7 marca 2019
Z tymi słowami nawet na krok nie zbliżaj się do ciężarnej [nawet jak już urodzi]

Ciąża to czas specyficzny. Wiem, bo byłam. Ponad 18 miesięcy łącznie, bo pierwsze dziecko trochę przenosiłam. I mimo że półtora roku obchodzenia się ze sobą jak z jajkiem to długo, ów stan nie wyszedł mi tak bardzo uszami, jak niektóre teksty, które podczas niego słyszałam. Pewnych rzeczy po prostu ciężarna nie może zdzierżyć i zaraz wam […]

5 marca 2019
Zachowanie ginekologa, które nigdy nie powinno mieć miejsca [i co z takim fantem zrobić]

Takich maili dostałam kilka w ostatnim czasie i przyznaję, że doprowadzają mnie do rozpaczy. Bo dużo się mówi o badaniach profilaktycznych, nagłaśniana jest konieczność regularnych badań, kobiety coraz częściej je wykonują i wiedzą o tym, jak wczesne wykrycie choroby jest istotne w jej leczeniu. A kiedy wchodzą do lekarza i siadają już w tym arcy […]

3 marca 2019
Dlaczego rodzice nastolatków straszą matki małych dzieci, jak to później będzie gorzej?

Pamiętam, że kiedyś bardzo mnie to denerwowało. Kiedy po nieprzespanej nocy i trzech godzinach histerii starszego syna, obitym podczas nich moim i jego nosie [on o podłogę, ja oberwałam nogą] pisałam cokolwiek o zmęczeniu, wpadały wszystkowiedzące matki nastolatków i z pełną fałszywego uśmiechu empatią pocieszały mnie, jak to później będzie gorzej. Jak to potem starsze […]

19 lutego 2019
Po czym kobieta poznaje, że jest w ciąży? Wszystkie ściemy, które ci wciskają i w które nie powinnaś wierzyć.

Rozmawiam z wami, mailuję, koresponduję, wreszcie - zdarza się, że spotykam. I zawsze tak się dziwnie składa, że większość z was ma dzieci albo... mieć je zamierza. Temat ciąży i tego, jak się w niej czułyśmy, wraca więc jak bumerang i dodatkowo jesteśmy bombardowani tymi objawami na każdym forum i w każdej kobiecej gazetce. Ale […]

Obserwuj nas na Instagramie

instagramfacebook-official