Jestem z zadupia i na przeddupie się nie wybieram.

Joanna Jaskółka
14 marca 2019

Udostępnij wpis

Wstaję i od razu robię kawę. Żeby wypić w ciszy przed dziećmi. Młodszy jeszcze się przekręca sennie na łóżku, starszy pochrapuje u siebie. Piję kawę i wyglądam przez okno, czy lis znowu dobierał się do śmieci i rozniósł je na pół podwórka. Dzisiaj nie. Dzisiaj wystraszyły go jelenie. O czym świadczy kupsko zostawione tuż przed tarasem. Wielkie, brązowo-zielone kulki gówna. Pozdrowienie od natury.

 

 

 

- Jestem wiejską matką. Mam las. Mam jezioro. Nie mam pod domem sklepu. W mojej gminie nie ma żłobka. Często nie ma u nas prądu. Jeszcze częściej - internetu. Żeby było ciepło, trzeba palić w piecu. Zakupy robimy hurtowe, bo do miasta minimum 15 kilometrów. Po większe jedziemy trochę dalej - 30 kilometrów. Mam za to błoto. Śnieg. Nie mam pod domem latarni. Nie ma u nas przystanku. Pociąg czuję wyłącznie do słodyczy, a raz widziałam, jak jedzie. Wtedy właśnie wyprzedziliśmy go rowerami. Jestem świadoma, że gdy coś się stanie mojemu dziecku, karetka może nie zdążyć. Więc oszczędzam na samochód. Chodzę w dresach. Zdarza mi się włożyć gumiaki mojego ojca. Mam klapki Kubota. Skarpetki kupujemy na bazarze. ["Wiejska matka", 23.01.2014]

 

Myśleliśmy, czy się nie wyprowadzić. Czy nie zamieszkać gdzieś, gdzie dojeżdżałby autobus i można by dzieci odprowadzić na przystanek i mieć w dupie. Gdzie byłby sklep, w którym kupiłabym mleko, jak zabraknie albo majeranek, bo zawsze mi się kończy w najmniej odpowiednim momencie. A najbliższy sklep daleko. I nawet rowerem nie przejedziesz z dwójką dzieci.

 

Myśleliśmy, żeby sprzedać to wszystko i wyprowadzić się w cholerę do cywilizacji, gdzie asfalt byłby asfaltem, a nie łatanym co pół roku fragmentem czegoś twardszego niż piasek, co kruszy się tydzień po tym łataniu i stanowi realne zagrożenie każdego podwozia.

 

Taki moment miałam w ciąży. Co ja zrobiłam, do cholery? Schodziłam z wielkim brzuchem do piwnicy podłożyć do pieca i za każdym razem zastanawiałam się, co będzie jak spadnę z tych schodów. Czy trzyletni syn wybierze numer na pogotowie i znajdzie zasięg, żeby się dodzwonić. I czy karetka zdąży pokonać te 40 kilometrów do mnie, wykrwawiającej się na schodach.

 

Co ja zrobiłam, że tu zamieszkałam?

 

Wyprowadziłam się z miasta. W miesiąc nam się udało pozamykać sprawy, co tylko świadczy, jak ważne były to sprawy, że w miesiąc można je było domknąć. Przyjechaliśmy z 50 zł w kieszeni i pralką. Absurd tej pralki do dziś mnie bawi, bo nie miałam jej nawet gdzie postawić, żeby jej używać, ale ją miałam. Nie miałam za to kasy na pieluchy dla dziecka.  Dom był zapleśniały, nie zamieszkały, wyziębiony i całkowicie zagracony przez pięć lat wywożenia do niego wszystkiego, co niepotrzebne.

 

Stałam się wiejską matką.  Wielbiłam to i przeklinałam.

 

 

Drzewka kupiliśmy, pamiętam. Że chociaż te jabłka mieć własne będziemy. Nie zdążyliśmy nawet osłonek założyć, pieprzone jelenie zeżarły sadzonki za jakieś 1000 zł. Zeżarły w noc. Bo tak. Bo mogą. Ale trzeba przyznać, że ziemię gównem po jabłonkach użyźniły i do połowy lipca jeszcze zajeżdżała mi ta woń pod okna.

 

Króliki wszystkie poszły na rosół. Cholera z nimi, trzy razy dziennie karmić i jeszcze pilnować, żeby lis nie zeżarł, bo menda sprytna i dwa razy się wgryzła w deski.

 

Co ja zrobiłam, myślałam i szukałam miejsca, gdzie może będzie łatwiej, gdzie będzie bliżej. Gdzie chętniej znajdzie się kogoś, kto pomoże w naprawach i żyje z pracy, a nie z czegoś. Bo z czegoś większość ludzi tutaj żyje, nie pracując w ogóle.

 

Ale chwila...

 

Dzieci zaczynają się coraz bardziej kręcić. Pierwszy wstaje starszy i zgodnie ze swoim schematem zaczyna wybierać sobie ubranie. Cześć mamo, cześć kochanie. Idę budzić młodszego. Ubrani, jemy śniadanie przy migającym świetle lampy, bo dziś znowu wieje i mimo światłowodu tak szumnie zapowiadającego stałe dostawy prądu, jakimś cudem ten prąd znów ucieka. Raz jest, raz nie ma. I lampa mryga. Jej światło oświetla buzie dzieci, kończących swoje śniadania. Za oknem, przed tarasem leży kupa. Pies, wypuszczony na dwór, usiłuje złapać trop, ale nie może, więc pewnie przed domem stało stado i wszystkie zapachy się pomieszały.

 

Idziemy się ubierać. Wychodzimy. Wyjeżdżamy z podwórka i pytam chłopaków, którą drogą jechać. Tą leśną, mówią, a leśna znaczy nie przez asfalt i las i nie przez szutrówkę i las. Leśna to leśna. Wąska i kręta, błotnista i wyboista, ze sznurkiem trawy po środku. Ale po drodze można wysiąść i odetchnąć powietrzem kilkudziesięciu kilometrów nieprzerwanego ludzkim domem lasu. Można się  zatrzymać i przepuścić wiewiórkę, lisa, jenota  i tego głupiego jelenia, który zawsze sam chodzi, zamiast trzymać się stada i mądrzejszych od niego  łań.

 

Mówiłam, że głupi.

Mówiłaś mamo.

 

Mkniemy przez las, nie pierdzielę się z koksem. Na leśnych drogach jadę pewnie i stanowczo. Nie boję się wertepów, bo jakbym się bała, to bym już siwa chodziła. A poza tym jestem stąd. Mijam zwalone drzewo, zatrzymuję się przed myszą przebiegającą drogę.

 

- Mamo, jak tu pięknie, widzisz? Słońce w koronie drzewa? To jest piękne, mamo, aż chce mi się płakać. - mówi starszy i mi łzy napływają do oczu. Myśleliśmy, czy się nie wyprowadzić.

 

Potem stoję na podwórku i wdycham powietrze. Moje powietrze, najczystsze w kraju. Hektary lasu o to dbają i wiem, że mogę je z całych sił wdychać w płuca. Wokół mnie burdel. Chałupa bez elewacji, trawnik ledwo co żyje na pokładach piasku. Ogród od północnej strony jeszcze skrzy się śladami śniegu. Nie wykopałam tulipanów i reszty kwiatów, szlag je pewnie już trzy razy trafił i cholera pomacała. Ale co tam.

Jestem z zadupia.

Jestem stąd, jestem u siebie.

 

 

Mam pierdzielnik, nie położyłam kostki przed domem, nie mam automatycznej bramy, ogródka w kwadraty, walczę z błotem, gruzem i jeleniami. Ganiam jenota w wolnych chwilach, co mi plastiki zżera. Wciąż mam daleko do sklepu, choć mi latarnię postawili na cholerę ona, doprawdy. Nocami patrzymy się w gwiazdy, które już w miastach zniknęły. Popołudniami chodzimy na bosaka i słuchamy takich prawdziwych ptaków, nie z youtuba.

 

 

Myśleliśmy, żeby sprzedać to wszystko i wyprowadzić się w cholerę do cywilizacji, gdzie asfalt byłby asfaltem, a nie łatanym co pół roku fragmentem czegoś twardszego niż piasek, co kruszy się tydzień po tym łataniu i stanowi realne zagrożenie każdego podwozia. A potem wychodzę przed dom, ćpam to powietrze, masturbuję się ciszą, pozdrawiam lecącego nad domem orła i sama siebie pytam, czy mnie przypadkiem od pieca nie pogrzało.

Jestem u siebie.

Tam, gdzie powinnam być.

Jestem z zadupia.

 

 

PS. Dzieci wybiegane, unurzane w błocie i wykąpane wodą nagrzaną we własnoręcznie rozpalonym piecu, pochrapują już w łóżkach, otoczone kotami, a ja siedzę pod lampą, która wkurzająco miga i kończę coś, nad czym pracowałam od września. Każdy z nas ma swoje zadupie, swoje miejsce, w którym czuje się dobrze i które kocha. Każdy z nas jest z jakiegoś zadupia.

 

Już dziś będziecie mogli informować o tym tak, jak ja. Szczegółów szukajcie w Sklepie z Zadupia, o tutaj. 

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
19 maja 2019
Szymbark - wycieczka, w którą zostałam wrobiona i w którą ja nikogo nie wrobię

Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku to jedno z miejsc, które mi wpadło w oko podczas wyjazdu na Kaszuby. Wybraliśmy się tam w majowe popołudnie, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać, ale chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o Kaszubach i ich historii. Wstępnie powiem tak - wzięliśmy za mało pieniędzy.  

16 maja 2019
Po wizycie w ośrodku Zawiaty - czy ucieknę z Mazur i przeprowadzę się na Kaszuby?

Jeśli przeżyjesz wyjazd z rodziną na wakacje i nie wrócicie pokłóceni, przeżyjesz wszystko - tak mi kiedyś powiedziała znajoma. Czyli jestem już jak najbardziej zahartowana, bo pięciodniowy wyjazd majowy mam za sobą, wróciliśmy i nikt się z nikim nie pokłócił. No dobra. Nie wróciliśmy pokłóceni. ZAWIATY

7 maja 2019
Bądź z dzieckiem wtedy, gdy najbardziej cię potrzebuje, a nie tylko wtedy, kiedy jest grzeczne

Jedną  z najcięższych dla mnie rzeczy, które musiałam przepracować, było przepracowanie tego, co dzieje się ze mną, kiedy moje dziecko krzyczy. I kiedy dziś rozmawiałam ze znajomą, która ma małe dziecko, potwierdziłam kolejny raz swoje przypuszczenia. Kiedy dziecko krzyczy lub źle się zachowuje, mamy ochotę uciekać w najdalszy zakątek świata i wrócić jak się uspokoi. […]

28 kwietnia 2019
Drobna rzecz, którą zawsze robię w sklepie, a która pomaga wszystkim

Smutno mi było, kiedy dowiedziałam się, że to jest jakieś wyjątkowe. Że mało kto to robi. Smutno mi, że za każdym razem, kiedy to proponuję, spotykam się z zaskoczeniem jakby to było coś wyjątkowego i nie wiadomo jak miłego. A to przecież normalne. I logiczne. Tak myślę. A ty?  

25 kwietnia 2019
Czemu syn od trzech miesięcy regularnie podbierał nam pieniądze z portfela?

Mówi się, że dzieci są wredne, złośliwe, manipulują i robią wszystko, żeby nam uprzykrzyć życie, wymuszając, co chcą, płaczem. Tak się mówi. I za każdym razem, kiedy przyłapiemy dzieci na czymś złym, utwierdzamy się w tym przekonaniu. Ja również się utwierdziłam, kiedy przyłapałam młodszego syna na wybieraniu mi pieniędzy z portfela.  

23 kwietnia 2019
PAŁAC w Drogoszach za grubą kasę, zamek w Reszlu za grosze, zamek w Barcianach za miliony

Święta to nie jest dla nas czas siedzenia przy stole. My nie potrafimy siedzieć przy stole. To w święta odkrywaliśmy kiedyś piramidę w Rapie czy mosty w Stańczykach i to w święta oglądaliśmy najfajniejsze zakątki Mazur. A teraz odkrywamy je na nowo - z dziećmi. Taki zamek w Reszlu - starszak był w nim, kiedy […]

Obserwuj nas na Instagramie

instagramfacebook-official